Klin

0
102
borowiec1417
REKLAMA

Płytę Nazareth po raz pierwszy usłyszałem w radiowej Trójce w Kiermaszu płyt – programie Piotra Kaczkowskiego. Było to zaledwie kilka tygodni po jej wydaniu. Nagrany krążek stał się natychmiast jednym z najczęściej odtwarzanych na mojej zetce (magnetofon ZK‑140). Zresztą Szkoci należeli wtedy do ścisłego grona moich ulubionych rockowych bandów. Płyta, całkiem bezsensownie zresztą, dla mnie i moich rówieśników pewnie już zawsze będzie miała idiotyczny polski tytuł: Sierść psa. Wtedy nikt z nas tego nie wymyślił, ot, po prostu w Polskim Radiu taki tytuł się pojawił i tak zostało. Jednak Hair Of The Dog w żadnym wypadku nie należało tłumaczyć dosłownie. Idiom ów znaczy tyle co klin, ten na złagodzenie kaca.
Pracę nad płytą rozpoczęto w 1974 roku. Po trzech wcześniejszych albumach, których produkcją, zresztą bardzo udanie, zajął się basista zespołu Deep Purple – Roger Glover, tym razem w poszukiwaniu nowych rozwiązań zrezygnowano z jego usług. Osobą odpowiedzialną za ostateczny efekt brzmieniowy stał się gitarzysta zespołu – Manny Charlton. To jego nazwisko w tej roli widnieje na płycie. Ponoć jednak główną rolą Charltona było uzyskanie kompromisu między pozostałymi członkami zespołu, z których każdy miał własne pomysły dotyczące produkcji.
O pracy nad Hair Of The Dog frontman grupy Dan McCafferty tak opowiadał (przytaczam za Teraz Rock): Większość kawałków powstała przed sesją. Podkłady nagraliśmy w maleńkim studiu w Kent, a w Air Studios w Londynie dodaliśmy partie wokalne i trochę nakładek. Całość powstała w dwa tygodnie. Od początku złapaliśmy fajny, blues‑rockowy feeling. Od pierwszego dnia sesji wiedzieliśmy, że powstaje coś wyjątkowego. Trzeba przyznać, że McCafferty miał absolutną rację, bo dzięki owemu feelingowi, mimo krótkiej pracy w studio, powstał album wyborny, który szybko stał się hardrockowym klasykiem.
Wydawnictwo otwierał utwór tytułowy, którego poszczególne elementy – zakręcony riff, natrętny cowbell wybijający skoczny rytm, motyw z zastosowaniem talk boxu i drapieżny, krzykliwy śpiew – od dawna należą do rockowego kanonu. Warto tu dodać, że po kompozycję, wydaną na singlu w styczniu 1975 roku, chętnie sięgały rockowe bandy, w tym Guns n’ Roses w 1994 roku, a także Deep Purple i The Michael Schenker Group. W USA numer był wykorzystywany w telewizyjnej reklamie samochodów marki Dodge.
Po Hair Of The Dog prosty i potężny riff wprowadzał słuchacza w utwór Miss Misery. Kiedy pojawiał się gniewny wokal McCafferty’ego, wiadomo było, że mimo prostych środków ekspresji to wyższa szkoła hardrocka.
Trzecim utworem w europejskim wydaniu płyty była pełna bólu ballada Guilty. W wersji amerykańskiej natomiast był to cover piosenki The Everly Brothers, rozsławionej przez Roya Orbisona – Love Hurts. O pojawieniu się tego numeru basista Peter Agnew tak się wypowiadał: Gdy przynieśliśmy materiał do A&M (wydawca płyty w USA), Jerry Moss z tej firmy stwierdził, że usunie z programu płyty „Guilty”, a w to miejsce wstawi „Love Hurts”. Dziękujemy Bogu za Jerry’ego Mossa! Było za co dziękować, bo pełna żaru i emocji Love Hurts do dziś uchodzi za jedną z najsłynniejszych ballad w dziejach rocka i, co by nie mówić, największy przebój Nazareth, zwłaszcza w opinii pań.
Pierwszą stronę winylowego krążka zamykał sześciominutowy Changin’ Times. Numer, który nawet jeśli poprzez gitarowe zagrywki i partie wokalne budził skojarzenia z zeppelinowym Black Dog, to w gruncie rzeczy niczym mu nie ustępował. Drugą stronę otwierała dwuczłonowa kompozycja z ciężkim Beggars Day i nastrojową Rose In The Heather.
Przedostatnim utworem na płycie był utrzymany w southernowych klimatach, tradycyjnie brzmiący blues – Whiskey Drinkin’ Woman.
Całość wieńczył grand finale – monumentalnie brzmiący, niemal 10‑cio minutowy Please Don’t Judas Me. Utwór wyłaniał się z ciszy i nabierał niezwykle ekspresyjnego klimatu. Dramatyczny finał z chórami i intrygującym solo gitary jeszcze długo po wybrzmieniu pozostawiał słuchacza wciśniętego w fotel.
Mimo bardzo dobrej sprzedaży Hair Of The Dog w USA (pokryła się platyną), próżno jej szukać w zestawieniach najlepszych krążków wszech czasów. Szkoda, bo na miejsce w drugiej setce (jeśli nie w pierwszej) zasłużyła. Na koniec jeszcze mała dygresja. Z odbiorem i popularnością zespołu Nazareth w świecie było lepiej niż na przykład z Budgie. Co by jednak nie mówić, najlepiej, tak w jednym, jak i w drugim przypadku, było w Polsce.

REKLAMA
REKLAMA

Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments