Kochaj jak mężczyzna

0
85
borowiec1716

Wielu krytyków uważa Cricklewood Green za największe osiągnięcie Alvina Lee, lidera, gitarzysty, głównego kompozytora, a zarazem producenta Ten Years After. Od strony komercyjnej trzeba stwierdzić, że kiedy płyta się ukazała, w historii zespołu trwała świetna passa. Miał za sobą spektakularny występ na festiwalu w Woodstock, a zarejestrowane wtedy porywające wykonanie utworu I’m Going Home stawało się legendą.
Album Cricklewood Green był nagrywany w 1969 roku w londyńskim Olympic Studio. Muzykom udało się zachować swoje charakterystyczne brzmienie, dzięki któremu potrafili być rozpoznawalni i – mimo że poruszali się w obszarze kilku różnych gatunków muzycznych – krążkowi nie można było zarzucić braku spójności. Przeważającym elementem w wydanym materiale pozostawał oczywiście blues, ale nie pełnił już tak dominującej roli jak wcześniej.
Album Cricklewood Green, jak twierdził Alvin Lee, ukazał się w takim momencie, że można go było uznać za rodzaj podsumowania lat sześćdziesiątych. Natomiast utwór Love Like A Man, jak czas pokazał, stał się największym przebojem Ten Years After. Nie byliśmy zespołem, który zabiegałby o przeboje – mówił Lee. Nie byliśmy zespołem singlowym, a albumowym. Ba, nawet nie wiedzieliśmy, że wytwórnia zdecydowała się wydać „Love Like A Man” na singlu. Ale to był przebój – piąta pozycja na listach. I pewnie dlatego wiele osób go pamięta.
Singel z Love Like A Man znalazł się na brytyjskiej liście bestsellerów w czerwcu 1970 roku, do pierwszej dziesiątki awansował dwa miesiące później, a w zestawieniu pozostawał do października. Na stronie A krążka umieszczono kadłubową, bo skróconą do trzech minut wersję studyjną, na szczęście na drugiej stronie zmieszczono ponad siedmiominutową wersję na żywo, zrejestrowaną w końcu lutego 1970 w nowojorskiej Fillmore East.
Na Cricklewood Green znalazły się energetyczne kawałki, jak Sugar The Road oraz Working On The Road, w których są i ostre partie gitary Alvina Lee, i przyjemny organowy sound Chicka Churchilla, i sprawna gra sekcji w składzie Leo Lyons i Ric Lee. Na płycie zamieszczono też kompozycję bardziej złożoną, z elementami stonesowskiego rocka – 50,000 Miles Beneath My Brain, a ponadto: spokojną, nastrojową piosenkę – Circles, bluesowo-barowy utwór Year 3.000 Blues, ozdobiony jazzowymi aranżacjami Me And My Baby oraz ciężki, psychodeliczny, pełen efektów dźwiękowych As The Sun Still Burns Away. Bardzo dobry zestaw, ale najważniejszy był Love Like A Man z rewelacyjnym motywem przewodnim, wspaniałą linią melodyczną i częścią instrumentalną zawierającą kapitalną improwizację.
Osobiście z Kochaj jak mężczyzna zetknąłem się po raz pierwszy latem 1974 roku. Pamiętam, że późnym wieczorem podczas rodzinnych wczasów w Rabce cichutko podsłuchiwałem radiowej Trójki. Kiedy zabrzmiało solo Alvina Lee, odpłynąłem. Do dziś Love Like Man jest dla mnie jednym z kilku utworów w historii, które przy pierwszym przesłuchaniu zrobiły na mnie piorunujące wrażenie, a potem tak już pozostało. Po wielu latach, w sierpniu 2011 roku podczas koncertu Alvina Lee na Festiwalu Legend Rocka, mogłem usłyszeć utwór na żywo. Warto było.
W połowie lat 90-tych Alvin Lee został zapytany przez Wiesława Weissa o to, jak narodził się pomysł Love Like A Man, odpowiedział wówczas: To był utwór o wolnej miłości. Temat znamienny dla lat sześćdziesiątych. W tekście opisałem pewne swoje przeżycie, kiedy próbowałem wyjaśnić dziewczynie, że skoro już decyduje się zamieszkać ze mną, może sobie pozwolić na wszystko, na co ma ochotę, że w seksie nie ma żadnych barier. Do tego dodałem bluesowy riff, dobry riff. Często gitarzyści mówią mi, że od tego właśnie riffu zaczynali naukę gry na instrumencie. Bardzo łatwo to zagrać. Ale to jest riff, który robi wrażenie. Tak wiele osób wzięło gitarę do ręki z powodu „Love Like A Man”. Uznali, że skoro to takie proste, warto spróbować. Gdy dziś przychodzą do mnie i mówią mi o tym, pytam, czy mam się czuć winny.
Na koniec, podobnie jak w zeszłym tygodniu, jeszcze osobista refleksja. Otóż na mojej prywatnej liście 100 utworów wszech czasów kompozycja Alvina Lee ma zapewnione miejsce w pierwszej dziesiątce i – tak jak przypomniani ostatnio Jeźdźcy burzy The Doors – znajduje się w gronie tych utworów, których mogę słuchać codziennie.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o