Komunikat

0
70
borowiec1924
REKLAMA

Dire Straits to jeden z tych zespołów, którego nie doceniłem na początku. Pierwszy album wydawał mi się zbyt wycyzelowany, muzyka nań zawarta mało emocjonalna, przekombinowana i w ogóle nie porywająca. Myliłem się, i to bardzo. Na szczęście czas na weryfikację moich odczuć przyszedł wkrótce, i w roku 1984 byłem już rozsmakowany w każdym krążku firmowanym przez band Marka Knopflera.
Wypada przypomnieć, że fonograficzny debiut Dire Straits (rok 1978) przypadł w trudnym dla takiej muzyki okresie. Przez Wyspy wciąż przetaczała się punkowa rewolta, wobec czego ci, którzy startowali i nie grali punk rocka, nie mogli spodziewać się sukcesów. Na szczęście jednak, zgodnie z zasadą, że siła muzycznego przekazu tkwi w prostocie, a nie w prostactwie, krążek znalazł wielu oddanych fanów.
Współzałożyciele Dire Straits, urodzeni w Glasgow bracia Mark i David Knopfler, byli synami węgierskiego architekta, który wraz z rodziną przeniósł się do Newscatle-upon-Tyne, w czasie gdy chłopcy byli jeszcze mali.
Na początku lat 70. bracia osiedlili się w Londynie, gdzie wynajęli mieszkanie w Deptford. Zamieszkali tam z grającym na basie Johnem Illsleyem i perkusistą sesyjnym Pickiem Withersem. W tym czasie ich dobry kumpel, bolejąc nad trudną sytuacją finansową muzyków, nadał im nazwę Dire Straits (poważne tarapaty) i tak już zostało.
Powyżej nie bez przyczyny wspomniałem o braciach Knopfler. Tak się bowiem złożyło, że Communiqué była ostatnim efektem ich współpracy w studio. Wkrótce później David opuścił grupę.
Communiqué została nagrana jesienią 1978 roku w Compass Point Studios na Bahamach zaledwie w dwa tygodnie, i właściwie… okazała się kontynuacją pierwszej. To jednak wcale nie było zarzutem, a raczej potwierdzeniem tego, że grupa wypracowała swój własny styl.  
Communiqué wypełniły w większości łagodnie płynące z naturalną lekkością muzyczne opowieści. Płyta – jak w 1996 roku napisał na łamach miesięcznika Teraz Rock Marcin Gajewski – przyniosła bardzo wyrównany i spójny materiał. Z pietyzmem dopracowany aranżacyjnie, ze starannie wyważonymi proporcjami brzmieniowymi.
W rodzimej Anglii krążek pokrył się platyną, we Francji i Kanadzie była to już platyna podwójna, a w Szwajcarii nawet potrójna.  
Album otwierał numer Once Upon A Time In The West będący uroczym mariażem bluesa i reggae. Jak czas pokazał, utwór stał się obowiązkowym „koncertowcem” i nie bez przyczyny rozpoczynał zarejestrowaną na żywo, wydaną pięć lat później płytę Alchemy.
Krążek Communiqué od pierwszych taktów pulsował optymizmem. Muzycznie w wykwintnej formie przyniósł – tak na dobrą sprawę – trzy kwadranse optymizmu. I to mimo tekstów nienastrajających pozytywnie, jak miało to miejsce w miłej dla ucha balladzie News i mrocznej Where Do You Think You’re Going?
Tu coś a propos tekstów. One również przydawały płycie aury. Stanowiły, albo celne obserwacje konkretnych miejsc, albo opisy damsko-męskich relacji, zabarwione szczyptą ciepłej ironii. W tym drugim przypadku mówiło się, że Knopfler przekuł swoje doświadczenia z rozpadu pierwszego małżeństwa w słowa. Słowa może trochę smutne, ale napawające otuchą. Wracam jednak do muzyki.
Tytułowa piosenka Communiqué (czwarta na płycie) okazywała się lekką, melodyjną, swingującą kompozycją, sprawiającą, że nogi same rwały się do tańca. Z kolei promującą album na singlu Lady Writer otwierała partia gitary podobna jak w hicie Sultans Of Swing, pulsował w niej też podobny rytm, ale ona sama okazywała się szybsza i pogodniejsza.
Następną była piosenka Angel Of Mercy – lekka i fajnie bujająca. Miejscami, za sprawą wspólnego śpiewania muzyków, jakby radośnie knajpiana (Niech saksofon gra z nami aż do chórów o brzasku), w żaden jednak sposób nie zmierzająca ku banałowi. W podobnym, słoneczno-wakacyjnym klimacie utrzymana została kolejna piosenka – Portobello Belle.
Przedostatni utwór na płycie Single-Handed Sailor  począwszy od intro był jeszcze jednym przykładem tego, że szlachetnie brzmiącą gitarę Knopflera trudno pomylić z jakimkolwiek innym „wiosłem”.
No i wreszcie finał – Follow Me Home. Cudownie letnia, rozmarzona kompozycja. Szum morza, grzechotki, cykady i bębny w tle, a wkrótce wyłaniająca się z oddali gitara. To najbardziej klimatyczny fragment płyty. Muzyczna laguna skrząca się w świetle wschodzącego księżyca. Tak sobie myślę, że choć jest wiele zdecydowanie lepszych utworów w dorobku Dire Straits, Follow Me Home pozostaje (chyba) moim ulubionym. Wciąż mógłbym go słuchać kilka razy dziennie.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o