Łabędzi śpiew Joy Division

0
135
Borowiec2017

Było to 2 maja czterdzieści lat temu. Na uniwersytecie w Birmingham zespół Joy Division zagrał swój ostatni koncert. Szesnaście dni później jego lider Ian Curtis popełnił samobójstwo.
18 maja 1980 roku, dwa dni przed planowaną trasą koncertową po Stanach Zjednoczonych, a dwa miesiące przed dwudziestymi czwartymi urodzinami, Ian Curtis, niby zwyczajnie, wrócił do swojego domu w Macclesfield. Tym razem jednak namówił swoją żonę, aby pozostała na noc w domu rodziców. Tego wieczoru chciał być sam. Oglądnął film Stroszek Wernera Herzoga, posłuchał nagrań Iggy’ego Popa, a potem w skrajnie depresyjnym nastroju poszedł do kuchni i tam… powiesił się. Deborah znalazła go następnego dnia.

Curtis, poeta grozy i absurdu życia, nijak nie pasował do roli idola kultury masowej. Jego śmierć przydała jednak mrocznej twórczości grupy wymiaru tragicznego. W jakiś sposób za sprawą odejścia Curtisa, ale przede wszystkim jednak za sprawą muzycznego przekazu, ta manchesterska kapela stała się legendą. Siła jej muzyki tkwiła nie tyle w prostych riffach i niepokojącym rytmie, ile w swoiście depresyjnej, pełnej rezygnacji, przygnębiającej atmosferze.
Dokonania grupy miały, jak się okazało, ogromny wpływ na twórczość wielu zespołów, zwłaszcza tych spod znaku zimnej fali.
Za życia lidera twórczość Joy Division nie była interpretowana jednoznacznie. Nie dostrzegano wówczas bardzo cienkiej granicy między poetycką alegorią a neurotycznymi urojeniami Curtisa. W prostej i świadomie „brudnej” estetyce tej brytyjskiej kapeli było coś, co pociągało młodych ludzi. Mroczne klimaty, pokręcone, zupełnie nie przebojowe teksty i ten Curtis, taki Morrison z Manchesteru, tworzący swoistą ponurą aurę swoich muzycznych wypowiedzi.
Krótka historia kapeli sięga 20 lipca 1976 roku. Wówczas to w Leser Free Trade Hall w Manchesterze występowali Sex Pistols, przed których koncertem jako support zagrały dwie lokalne kapele: Slaughter Ane The Dogs oraz Buzzcocks. Wydarzenie to stało się inspiracją dla trójki młodych ludzi. Bernard „Dicken” Albrecht, Peter Hook oraz Terry Mason kupili instrumenty. Po kilku tygodniach dołączył do nich Ian Curtis i sformowali zespół. Pierwotnie grupa miała nazywać się Stiff Kittens, przyjęła jednak nazwę Warsaw. Trzeba tu podkreślić, że nazwa nie wzięła się w tym przypadku z jakiejś szczególnej sympatii do naszej stolicy. Dla mieszkańców Manchesteru Warsaw brzmiało bowiem tak egzotycznie, jak dla nas Marrakesz. Prawdziwym powodem przyjęcia tej nazwy był utwór Davida Bowie, pochodzący z płyty Low, a zatytułowany właśnie Warsaw.
Kapela zadebiutowała 29 maja 1977 roku w manchesterskim Electric Circus. Niespełna dwa miesiące później nagrała swoje demo w Pennine Sound Studios. Niedługo potem z powodzeniem występowała w klubach Rafters i Factory, czasem tylko wyjeżdżając do Birmingham i Londynu. Koncertów mogłoby być zdecydowanie więcej. Niestety, prowadzenie tego rodzaju działalności utrudniała epilepsja Curtisa. W grudniu 1977 roku kapela zarejestrowała EP-kę zatytułowaną An Ideal For Living. Miesiąc później zmieniono szyld grupy na Joy Division. Curtis zaczerpnął tę nazwę z książki The House Of Dolls Karola Cetinsky’ego, a oznaczała ona grono młodych dziewcząt, utrzymywane w obozach koncentracyjnych ku uciesze hitlerowskich oficerów.
W maju 1978 roku kapela w ciągu zaledwie pięciu dni nagrała materiał na swoją debiutancką płytę Unknown Pleasure. Na przełomie 1978 i 1979 roku grupa odbyła swoje jedyne europejskie tournée. W marcu 1980 roku zarejestrowała swój najbardziej znany singel Love Will Tear Us Apart oraz materiał na wydaną również w Polsce płytę Closer.
Jakkolwiek muzyka zespołu utrzymana była niezmiennie w tej samej stylistyce, to jednak teksty Curtisa ewoluowały. Otwierający płytę Unknown Pleasure utwór Disorder był zaledwie wyznaniem chłopięcej bezradności w obcym i nieprzyjaznym świecie, ale już trzy kompozycje zamykające Closer – desperacka Twenty Four Hours, do bólu przygnębiająca Decades oraz The Eternal, brzmiąca jak marsz żałobny – wyraźnie wskazywały, że granica między udręką Curtisa i jego przerażająco smutnymi tekstami właściwie przestała istnieć. Egzystencjalna trauma autora znalazła w nich pełne odzwierciedlenie.
Na koniec wracam jednak do kawałka Insight z pierwszej płyty, który zaczyna się sugestywnym efektem zatrzaskiwania drzwi. I tu coś a propos drzwi – na fotografii, umieszczonej na wewnętrznej kopercie płyty są one jeszcze uchylone. Stojąc u progu tych drzwi narrator mówi o gotowości ich przekroczenia, wyznając: Nie boję się wcale.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o