Lato dzieci kwiatów

0
39
REKLAMA

Niedawno przypomniałem w tym miejscu Monterey Pop Festival, który pełnił rolę swoistej uwertury do „lata miłości”. W gruncie rzeczy jednak przygotowania do tamtego sezonu rozpoczęły się znacznie wcześniej i miały miejsce głównie w San Francisco. Jeszcze w 1965 roku poeta beatnik – Allen Ginsberg, zgodnie z teorią, że jeśli stosowna ilość „dobrych wibracji” zaistnieje w jednym miejscu, to wszystko będzie możliwe, zorganizował we „Frisco” pierwszy be‑in („bądź w”). Owe be‑ins, „zorganizowane dla działalności niezorganizowanej”, stały się ulubionym zajęciem kontrkulturowym po obu stronach Atlantyku, a „lato miłości” określano jako przedłużony be‑in.
Tamten wakacyjny sezon eksplodował w San Francisco tysiącem kolorów, wszechobecną muzyką gitar, plamami migającego światła, zapachem kadzideł z drzewa sandałowego, wonią marihuany, barwnymi tkaninami i pięknymi, choć utopijnymi ideami.
Kilka miesięcy wcześniej, w styczniu 1967 roku, w podmiejskim Golden Gate Park odbył się pierwszy zlot hippisów, lub, jak kto woli, zlot dzieci kwiatów, w którym udział wzięli również radykałowie z Uniwersytetu Berkeley. Było to pierwsze tego rodzaju wydarzenie, które jako pierwsze zauważone zostało przez amerykańskie media. Zapamiętano je jako „Gathering of The Tribes”, czyli „Zlot plemion”. Wystąpiły wówczas takie zespoły jak The Grateful Dead, Quicksilver Messenger Service, Big Brother & The Holding Company oraz Jefferson Airplane. A odnośnie muzyki, to trzeba podkreślić, że „lato miłości” przyniosło światu niezapomniane przeboje.
10 czerwca ukazała się na singlu piosenka San Francisco Scotta McKenzie. Została nagrana podczas całonocnej sesji w Sound Factory w Los Angeles i – jak na tamten czas przystało – miała sporo kwiatów w tekście. Ten hippisowski manifest, głoszący naiwną wizję świata, do którego każdy, jeśli tylko chce, może się przyłączyć, stał się megahitem, mimo że na prestiżowej liście tygodnika Billboard dotarł zaledwie do pozycji czwartej. Numer napisał dla Scotta, namówiwszy go uprzednio do przyjazdu do Los Angeles, John Philips – jeden z najbardziej wziętych kompozytorów tamtej dekady, członek słynnego zespołu Mamas And Papas.
Z kolei Light My Fire zespołu The Doors – jeden z najsłynniejszych kawałków w historii rocka. Utwór ten fani kojarzyli zawsze z osobą Jima Morrisona, ale jego wkład był niewielki. Odpowiedzialny za Light My Fire był gitarzysta Robbie Krieger. To on napisał muzykę i niemal cały tekst, w którym tylko trochę pomagał mu Morrison. Zresztą trzeba przyznać, że to kawałek, który zawsze był wizytówką całego zespołu. Wzbogacony przez Raya Manzarka podniosłym, zainspirowanym muzyką klasyczną, organowym wstępem, w swojej środkowej partii skrzy się od swobodnych, jazzujących improwizacji zajmujących jego sporą część. To utwór, w którym zespół przejawił nie tylko niespotykaną wcześniej rozpiętość środków ekspresji, ale także pełną nad nim kontrolę. W końcu lipca 1967 roku hit dotarł na szczyt listy tygodnika Billboard i plasował się tam przez trzy tygodnie.
Nieco wcześniej na czele brytyjskich list przebojów uplasowała się kompozycja A Whiter Shade Of Pale zespołu Procol Harum, który jako jeden z pierwszych tworzył muzyczne fundamenty dla stylu nazwanego po latach art rockiem. Partia organów w utworze została oparta na jednym z tematów kantaty Vernigte Ruh’ beliebte Seelenlust Jana Sebastiana Bacha, linię basu wzięto z wiodącego motywu jego Arii na strunie G z III Suity orkiestrowej. Całość wzbogacono nostalgicznym i podniosłym śpiewem Gary’ego Brookera.
I wreszcie All You Need Is Love – Beatlesów. Hit ten oficjalnie po raz pierwszy zabrzmiał w programie telewizyjnym Nasz Świat – będącym jednocześnie pierwszym w historii przekazem satelitarnym. Manager zespołu, Brian Epstein załatwił ten występ, dzięki temu Beatlesi reprezentowali Wielką Brytanię przed 300 milionami widzów. W numerze wykorzystano i kawałek Marsylianki, i odrobinę In The Mood, i fragment Greensleeves. All You Need Is Love, które Harrison nazwał subtelną promocją Boga, błyskawicznie dotarł na czoło zestawień w całym niemal świecie.
Przepełniona muzyką hipisująca młodzież kierowała się tamtego lata hasłem czyń pokój, nie wojnę. Ufała sile kwiatów i mocy muzyki, a poszukując w świecie pozytywnych wibracji, wierzyła we wszechobecną potęgę miłości.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments