Legendy z Charlotty

0
31
REKLAMA

Ten Years After to ciągle ci sami muzycy, którzy 45 lat temu wspólnie z Alvinem Lee założyli zespół. Lee, okrzyknięty niegdyś najszybszym gitarzystą świata, od lat nie gra z bandem, ale to inna historia. Osobiście byłem ciekaw, jak wypadnie porównanie grupy z legendarnym liderem, który w minionym roku wystąpił w Charlotcie. Jego koncert, co warto przypomnieć, choć był niewątpliwą atrakcją, wcale nie powalił.
Basista Leo Lyons, pałker Ric Lee, keybordzista Chick Churchill oraz występujący z nimi od 2003 roku, śpiewający gitarzysta Joe Gooch zagrali… no, powiedzmy, że poprawnie. Trochę to mało jak na zespół tej rangi, notabene koncertujący w Polsce już któryś raz z rzędu.
Fajnie było usłyszeć Hear Me Calling, 50 000 Miles Beneath My Brain czy I Can’t Keep From Crying, Sometimes. Niestety, zdecydowanie mniej fajnie brzmiał jeden z popisowych numerów Alvina Lee, czyli Love Like A Man. Gooch to nie Lee, nie da się ukryć, ale i cały zespół, zresztą nie tylko w tym utworze, grał jakoś „kwadratowo”. Byłoby chyba całkiem do luftu, gdyby nie finał i bis. W finale zagrali I’m Going Home i śmiem twierdzić, że uczynili w sposób bardziej porywający niż Alvin Lee w ubiegłym roku. W tym legendarnym numerze pojawiła się i jakaś świeżość, i radość, i młodzieńcza energia. Bis to wrażenie jeszcze wzmocnił, bo zagrali swojego klasycznego rock and rolla – Choo Choo Mama. Zagrali z wykopem i solidnym powerem. Tych kilkanaście czadowych minut zatarło wcześniejsze, bardzo przeciętne wrażenie. Może więc starsi panowie powinni równo jechać rockandrolla, a mniej serwować brzmiące ze średnim feelingiem bluesy?
Po Ten Years After na scenie pojawiła się legenda londyńskiej sceny bluesowej – zespół Savoy Brown. Formacja istnieje od 1965 roku i ma tylko jednego stałego artystę w składzie, jest nim założyciel, gitarzysta, wokalista, harmonijkarz i kompozytor Kim Simmonds. Niewątpliwą ciekawostką w historii zespołu jest to, że w czasie czterdziestu siedmiu lat istnienia przewinęło się przezeń blisko osiemdziesięciu muzyków.
Savoy Brown przybył do Charlotty z niemałymi kłopotami. Podczas międzylądowań zawieruszył się sprzęt i muzycy musieli posłużyć się pożyczonym. Nie przeszkodziło to jednak temu, że ich koncert brzmiał bardzo solidnie. Usłyszeć można było zarówno stare numery oraz klasyczne bluesy, jak też bardzo udane, świeże kawałki, ot, jak choćby Natural Man czy tytułowy z ostatniej płyty – Voodoo Moon. Na koniec panowie zaserwowali kapitalnie brzmiące Savoy Brown Boogie i rock and rolla w postaci Whole Lotta Shakin’ Going On. To był naprawdę dobry koncert. Simmonds to kawał muzyka, perkusista Garnet Grimm i basista Pat De Salvo doskonale znają swój fach, a śpiewający saksofonista Joe Whiting pozostawił po sobie szczególne wrażenie.
Oczy i uszy ostrzyłem sobie na koncert zespołu Cactus. Jeszcze jakiś czas temu sądziłem, że na festiwalu pojawi się basista Tim Bogert, który przed laty tworzył wspólnie z Carminem Appicem najlepszą sekcję rytmiczną na świecie. Niestety Bogert nie wystąpił, ale publiczność po raz kolejny mogła oklaskiwać – co by nie mówić – wybitnego pałkera w osobie Carmine’a Appice’a. Appice przed rokiem zagrał w Charlotcie z zespołem Vanilla Fudge. Zresztą Waniliowego Karmelka – podobnie jak i Kaktusa – zakładał wspólnie z Bogertem. Z legendarnego składu formacji zabrzmiał w Charlotcie gitarzysta Jim McCarty, poza tym na basie zagrał Pete Bremy, na harmonijce Randy Pratt, a w roli frontmana wystąpił bardzo solidny wokalista Jimmy Kunes.
Swoją drapieżną, bluesrockową jazdę kwintet rozpoczął od Long Tall Sally, potem był przebojowy Let Me Swim i One Way Or Another. Nie zabrakło też takich utworów, jak: Evil, Parchment Farm czy Cactus Boogie. Na bis band brawurowo wykonał numer Rock’n’Roll Children. Co by nie mówić, każdy z członków zespołu to wytrawny muzyk, można by jedynie dyskutować, który z nich jest w swoim fachu lepszy, tu jednak, przy podziwie dla wokalisty, osobiście wskazałbym na Appice’a.
Cactus to formacja, którą trzeba lubić, jej ostre, hard‑blues‑rockowe brzmienie, które na dobrą sprawę nie zmieniło się od samego początku, nie znajdzie poklasku wśród miłośników „okrągłych kawałków”. Ten, kto jednak zespół znał, nie zawiódł się.
Kiedy koncert dobiegał finału, zrobiło się późno, deszczowo, nieprzyjemnie, a muzycy grali i grali. Wiedzieli, że oddana, choć mocno przetrzebiona publiczność tego właśnie oczekuje. Za to też czapki z głów.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o