Letnie hity lat 60.

0
94
borowiec2027
REKLAMA

Lato, przynajmniej w kalendarzu, już na dobre. Zatem proponuję dziś wycieczkę w odległe lata sześćdziesiąte, by przypomnieć polskie przeboje, które podczas wakacji cieszyły się szczególnym powodzeniem.
W tamtych latach byłem dzieckiem, wobec czego osobiście pamiętam tylko niektóre piosenki, i to wyłącznie te z drugiej części dekady.
W połowie lat sześćdziesiątych na polskich estradach królowała Kasia Sobczyk. O mnie się nie martw, o mnie się nie martw, ja sobie radę dam. Jesteś to jesteś, a jak cię nie ma to też nie wielki kram – śpiewała podczas II Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w 1964 roku w Opolu. Tym przebojem wykonanym wraz z Czerwono Czarnymi zdobyła Nagrodę Główną, a wówczas sukces w Opolu gwarantował piosence popularność przez całe lato. W roku następnym Kasia dorzuciła do kolekcji kolejną Nagrodę Główną, otrzymała ją za piosenkę Nie wiem czy warto i, ugruntowując swoją pozycję, zaśpiewała kolejny hit – To nie grzech, który stał się Radiową Piosenką sierpnia. W piosence można było usłyszeć: Osiemnaście mieć lat to nie grzech. Umieć głośno się śmiać to nie grzech. Poza tym z piosenki wynikało, że można nie mieć forsy, można nie mieć fiata, ale za to być młodym i gwiazdom mówić na ty.

REKLAMA

W 1966 roku Nagrodę Główną w Opolu wyśpiewała Marta Martelińska piosenką Nie bądź taki szybki Bill, która stała się superprzebojem, spopularyzowanym także przez polską telewizję. W tym samym roku Radiową Piosenką sierpnia został sentymentalny utwór Kochać Piotra Szczepanika, a rok później radiowym przebojem czerwca stała się jego piosenka Jesteś tu.
W 1968 szlagierem lata był Spacer dziką plażą w wykonaniu Stana Borysa. Jak można zauważyć, już sam tytuł plasował ten hit wśród letnich kawałków.
Rok 1968 obfitował nie tylko w wydarzenia polityczne, lecz również w szlagiery. Latem tamtego roku nuciło się sporo piosenek. Były wśród nich nagrodzone w Opolu: Takie ładne oczy Czerwonych Gitar, Po ten kwiat czerwony grupy No To Co, czy Przyjedź mamo na przysięgę Trubadurów. Zresztą był to szlagierowy rok dla tej kapeli. W ogłoszonej w lipcu, w tygodniku Panorama Ogólnoklubowej Liście Przebojów Trubadurzy ulokowali na czele dwie piosenki: Byłaś tu oraz Znamy się tylko z widzenia. Na pozycji piątej tegoż zestawienia wylądował kawałek No To Co Te opolskie dziouchy, który śpiewały nawet dzieciaki w piaskownicy. Nawiasem mówiąc, rok później na Festiwalu Piosenki w Sopocie zespól Piotra Janczerskiego wykonał tę piosenkę w pięciu językach.

Tu coś a propos festiwali. Właśnie latem Polska „zakwitała” festiwalami, zaczynało się od Opola, potem w lipcu odbywał się Festiwal Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu (pierwszy odbył się w Połczynie), a w sierpniu był Sopot. Mowa rzecz jasna o tych najbardziej popularnych, które gromadziły przed telewizorami miliony widzów. Kołobrzeski festiwal miał, jak zresztą wszystko, co było wówczas oficjalne, ważny kontekst polityczny, z żołnierzem pilnującym socjalizmu w roli głównej. Właśnie w Kołobrzegu, latem 1969 roku wspomniana grupa No To Co wylansowała szlagier Gdy chciałem być żołnierzem. Piotr Janczerski śpiewał w nim: Gdy byłem chłopcem, chciałem być żołnierzem i miałem szablę i z gazety hełm i kilka ołowianych żołnierzyków, co przelewali w moich bitwach krew. Tekst tej piosenki znał każdy polski smarkacz.
U schyłku lat sześćdziesiątych do grona letnich przebojów dołączyły: Radiowa Piosenka czerwca roku 1969 – Napisz proszę w wykonaniu Haliny Frąckowiak i grupy ABC, a potem kolejne: Biały krzyż Czerwonych Gitar, Medytacje wiejskiego listonosza Skaldów, Kwiat jeden nocy Alibabek oraz Mówiły mu Maryli Rodowicz. Jej megahit Jadą wozy kolorowe (taborami, jadą wozy kolorowe wieczorami) latem 1970 roku śpiewała cała Polska, a był on jednocześnie radiowym przebojem lipca.

Jako ciekawostkę wypada wspomnieć istotny fakt, który miał miejsce właśnie w lipcu na początku kolejnej dekady. W sopockim Grand Hotelu ruszyła, założona przez Franciszka Walickiego, „Musicorama 70” – pierwsza w Polsce dyskoteka.
Dyskoteki, powstające od tego momentu jak grzyby po deszczu, stały się ważnymi miejscami, dzięki którym piosenki (zwłaszcza zachodnie) zaczęły szerzej docierać do młodzieży. Trzeba przyznać, że dyskoteka była wówczas miejscem specjalnym, a disc jockey, bo tak się wówczas określało prowadzącego, był osobą naprawdę ważną. Był tym kimś, kto posiadał zachodnie płyty, a to było wówczas czymś niezwykłym dla przeciętnego nastolatka. Dobry disc jockey był mistrzem ceremonii, a nawet swoistym guru, dzięki któremu można było dostąpić muzycznego wtajemniczenia. To jednak jest już inna historia.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o