Mötley Crüe i „Brud”

0
167
borowiec1919
REKLAMA

Heavy metalowy Mötley Crüe powstał w 1981 roku i w tamtej dekadzie stał się najbardziej pożądanym scenicznie zespołem na świecie. Koncertował dla milionów widzów, sprzedał miliony płyt, zarobił miliony dolarów. Ten kalifornijski band właściwie nie był mi jakoś szczególnie bliski. Uważałem, że wizerunkowo, ale też i muzycznie kolesie zahaczają o kicz. Jednak kilka ich płyt w latach 80. przeszło przez moje ręce, a debiutancki krążek Too Fast for Love miałem nawet nagrany. W ubiegłym roku kupiłem płytę Blu–ray z ich pożegnalnym koncertem w rodzinnym Los Angeles, zarejestrowanym w sylwestrową noc roku 2015 i stwierdzam, że muzycznie… wszystko się tam zgadza. Brud (wyprodukowany przez platformę Netflix), oparty został na bestsellerowej biografii zespołu, wydanej w Polsce jako Mötley Crüe – Brud. Autobiografia. Książki nie czytałem, jednak (jak mi wiadomo) zawiera wiele interesujących wątków, które nie zmieściły się w filmie. Pewnie byłoby inaczej, gdyby powstał serial (jak np. Vinyl). Filmowy Brud to opowieść bez cenzury. Powiedzieć, że obrazuje hasło sex and drugs and rock’n’roll to… za mało. To seksizm, dragi, burdy i skandale razem wzięte i podniesione do kwadratu, do tego podlane cysternami alkoholu i, co oczywiste, strumieniami glamowego heavy metalu. Jest to film zdecydowanie dla widzów dorosłych, zarówno dla tych, którzy uwielbiają band, jak i dla tych, którzy patrzą nań jak na zjawisko socjo-kulturowe. Treść całej historii zawiera się właściwie pomiędzy dwoma zdaniami. Pierwsze z nich jest wypowiedziane przy okazji imprezy w 1981 roku: Nie byliśmy kapelą, tylko bandą. Drugie brzmi w finałowej sekwencji: Jakimś cudem ani nie jesteśmy martwi, ani nie siedzimy. Tym samym Brud to film o odjechanych, skrajnie hedonistycznych gówniarzach, dla których świat był rozimprezowanym lunaparkiem pełnym używek. Zważywszy jednak, że członkowie zespołu (zarazem współautorzy scenariusza) są dziś gośćmi w poważnym wieku, Brud jest też pewną formą ich „spowiedzi”, zapewne bezczelnej, ale za to szczerej do bólu. W gruncie rzeczy należy docenić to, że muzycy zdecydowali się ani nie taić, ani nie łagodzić historii swoich największych skandali. Ich mega ekscesy chluby im nie przynoszą, ba, wzbudzają wręcz zażenowanie. Paradoksalnie jednak ta nieufryzowana i bezkompromisowa szczerość stanowi o wartości filmu, bo upiększonych ekranowych opowieści o rockmanach i ich rockandrollowym życiu powstało już nader sporo, a fakt, że są wśród nich bardzo udane, jak Bohemian Rhapsody, nie zmienia stanu rzeczy. Wartki scenariusz, sprawna reżyseria (Jeff Tremaine) i obsada aktorów w rolach muzyków to także walory tego filmu. Douglas Booth jako odjechany Nikki Sixx, Daniel Webber jako frontman Vince Neil, Iwan Rheon jako schorowany Mick Mars i wreszcie raper Machine Gun Kelly jako szalony Tommy Lee zostali świetnie dobrani. Co więcej, nawet bohaterowie epizodyczni, jak Rebekah Graf w roli popularnej aktorki Heather Locklear, czy zwłaszcza Tony Cavalero jako zidiociały Ozzy Osbourne, wpisują się w tę opowieść znakomicie. Trzeba przyznać, że obok scen wzbudzających śmiech i rozbawienie, są fragmenty niesmaczne, a nawet obrzydliwe (Ozzy na basenie), dobrze jednak, że znalazło się miejsce na wątki przejmujące. Za takie bowiem należy uznać historię narkotykowego nałogu Sixxa, czy podwójną tragedię Neila, któremu umiera córeczka, a który wcześniej powoduje śmierć kumpla z zespołu Hanoi Rocks w wypadku samochodowym. Porusza też postępująca choroba Marsa (zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa) oraz życiowe zagubienie Lee. Brud w tym kontekście jawi się jako opowieść o ludziach z krwi i kości, o ludziach, co prawda, mocno odjechanych, ale podlegających tym samym prawom, co my wszyscy. Może to i dziwne, ale w tym bezczelnie szczerym i autoironicznym obrazie jest dzięki temu miejsce na szczyptę „myślenia według wartości”. A co, jeśli chodzi o muzykę? Na ścieżce dźwiękowej (soundtrack został również wydany) nie zabrakło hiciorów, m.in. Live Wire, Home Sweet Home, Shout At The Devil, czy Girls, Girls, Girls, a także, co dla fanów ważne, pojawiły się nagrania zupełnie nowe. Na koniec mała dygresja. Właściwie trudno w to uwierzyć, ale kiedy czyta się historie z życia Stonesów, czy nawet Led Zeppelin, to można odnieść wrażenie, że w porównaniu z historiami Mötley Crüe są to opowieści dla grzecznych dzieci.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments