Odcienie karmazynu

0
37
borowiec1414
REKLAMA

W czwartkowy wieczór na krakowskiej scenie wystąpiło sześcioro muzyków grających jako sekstet lub jako dwa tria: Stick Men i The Adrian Belew Power Trio.
Zatem, tytułem wprowadzenia, słowo o artystach.
Adrian Belew (rocznik 1949) to gitarzysta szalenie wszechstronny, o wybornej technice, bez cienia przesady można go nazwać wybitnym. Artysta ma na swoim koncie grę nie tylko w King Crimson, ale także z Frankiem Zappą, Nine Inch Nails, Talking Heads, Tori Amos i Davidem Bowie.
Tony Levin, który w czerwcu skończy 68 wiosen, od lat jest legendą basu, a do tego wirtuozem tzw. Chapman stick, instrumentu będącego jakby samym gryfem, na którym gra się, stosując oburęczny tapping. Charakterystyczne partie basowe Levina brzmią w takich światowych przebojach jak: Woman Johna Lennona, Sledgehammer czy Don`t Give Up Petera Gabriela. Artysta zagrał na ponad 500 albumach, wziął udział w sesjach nagraniowych wielkich gwiazd sceny muzycznej, m.in. Yes, Dire Straits, King Crimson (co oczywiste), Pink Floyd, Alice Cooper, Paul Simon, David Bowie.
Pat Mastelotto (w przyszłym roku skończy 60 lat) nie bez przyczyny nazywany jest wirtuozem instrumentów perkusyjnych. Współpracował nie tylko z King Crimson, ale także z: Mr. Mister, Alem Jarreau, Pointer Sisters, Patti LaBelle, Kennym Logginsem, duetem Hall & Oates, zespołami Rembrandts i Flower Kings.
Markus Reuter (rocznik 1972) obdarzony niezwykłą wyobraźnią, świetnie „malujący” dźwiękowe pejzaże muzyk, który gra na tzw. touch guitar. To on podczas tegorocznej trasy otwiera koncerty The Crimson ProjeCKt swoją kompozycją Soundscape.
Wreszcie muzycy tworzący z Adrianem Belew jego trio: znakomita młoda basistka – Julie Stick (rocznik 1986) i bębniący od czwartego roku życia pierwszorzędny pałker – Tobias Ralph. Cały band, jak i każde trio z osobna można określić dwoma słowami: światowa ekstraklasa.
Rozpoczęty kilkanaście minut po 20‑tej koncert otworzyło subtelne intro Markusa Reutera. Gdy skończył, ruszyły dwie perkusje, zabrzmiał wygrywany przez Mastelotto i Ralpha soczysty, gęsty drive, który, jak się z czasem okazało, stał się jednym z muzycznych wyróżników wieczoru.
Na początek zespół uderzył kompozycjami pochodzącymi z wydanej w 1996 roku crimsonowskiej płyty Thrak. W kolejności zabrzmiały B’Boom, tytułowa oraz Dinosaur. Pierwszy set zagrany w sekstecie zakończył utwór Sleepless z płyty Three Of A Perfect Pair. Muszę wyznać, że właśnie tym kawałkiem zostałem absolutnie porażony. Siedziałem, jakby mnie ktoś podłączył do transformatora wysokiego napięcia, miałem nie tylko uszy i oczy, ale również i usta szeroko otwarte. Potęga brzmienia, precyzja wykonania, a wulkaniczna ekspresja większa niż u największych metalowców.
Po tym utworze mistrz ceremonii – Adrian Belew, przedstawił muzyków i zapowiedział grę w różnych konfiguracjach personalnych. Tak też się stało, zatem najpierw zabrzmiały dwie kompozycje w wykonaniu jego trio, w tym crimsonowska Neurotica, a potem dowodzony przez Levina Stick Men. Dalej Stick Men i Belew (Lark’s Tongues in Aspic i Three Of A Perfect Pair), potem Belew i Levin (Matte Kudasai), i wreszcie w ostatnim secie znowu wszyscy muzycy razem, serwując m.in. kolejne numery King Crimson, takie jak: One Time, Red i w finale Elephant Talk i Thela Hun Ginjeet.
Trudne, mocno połamane rytmy, super power, niezwykłe klimaty, bardzo zróżnicowane i melodycznie, i brzmieniowo, do tego nieprawdopodobne wręcz zgranie muzyków, oto co można było zobaczyć i usłyszeć tego wieczoru. Przy tym wszystkim tryskający ze sceny entuzjazm i młodzieńcza radość grania. Doznania widowni, jak można sądzić, bezcenne, sami muzycy mocno rozbawieni, a przy tym Levin i Belew pstrykający fotki rozentuzjazmowanej publiczności. Super wieczór. Koneserzy zachwyceni i… szalejący młodzi fani. A ja? No, cóż, jako człowiek wychowany na metrum 4/4 chyba nie należę do tych pierwszych, do drugich metrykalnie nie łapię się tym bardziej. Ten absolutnie niezwykły, widowiskowy wieczór free‑prog‑new‑metal‑cośtam‑rockowy trochę mnie zmordował. Byłem jednak zadowolony, bo przecież nie co dzień można podziwiać artystów tego formatu.
I jeszcze coś na koniec, ot, tak dla przykładu. Jeśli chodzi o dramaturgię i eksplodujący powerem muzyczny przekaz, Metallica w zestawieniu z The Crimson ProjeKCt jest jak… Czerwone Gitary.

REKLAMA
REKLAMA

Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments