Ojciec Bo

0
102
REKLAMA

Za kilka dni Diddley skończyłby 84 lata, niestety, nie doczekał jubileuszu osiemdziesiątych urodzin. Pół wieku temu, jako rhythm’n’bluesowa legenda (już wówczas), był jedną z najważniejszych postaci towarzyszących narodzinom brytyjskiego rocka. Grupa The Pretty Things przyjęła nazwę od jednego z jego utworów, a kompozycje artysty znalazły się w repertuarze wielu czołowych kapel, wykonywali je m.in.: The Animals, Manfred Mann, The Kinks, The Yardbirds i – oczywiście – The Rolling Stones. O tym, z jakim szacunkiem Stonesi wypowiadali się o Diddleyu, można przeczytać choćby w autobiografii Keitha Richardsa – Życie. Bez mała pół wieku temu Mick Jagger tak mówił: Nie mam specjalnego pojęcia o ekonomii, pieniądze rozpływają mi się jak woda… głównie na ubrania, chińskie jedzenie i płyty Bo Diddleya.
Osobiście widziałem i podziwiałem Bo na żywo. Było to ponad ćwierć wieku temu. Na początku 1983 roku przyjechał do nas z serią koncertów, wystąpił w Katowicach, Wrocławiu i Krakowie. Jego krótka trasa po Polsce była bardzo skąpo reklamowana, plakaty informujące o występie artysty w Krakowie głosiły: Bo Diddley – koncert ojca The Rolling Stones.
Artysta swoją przygodę z gitarą, tudzież z innymi instrumentami (skrzypce, puzon), rozpoczął jeszcze w dzieciństwie. Od początku lat czterdziestych występował na ulicach Chicago. Najpierw w duecie z Earlem Hookerem, a potem z własnym zespołem. W 1951 roku otrzymał propozycję występów w słynnym wówczas 708 Club. Ponoć jeszcze jako nastolatek rozpoczął treningi bokserskie i wtedy właśnie miał otrzymać przydomek Bo Diddley. Istnieje też inna wersja, która mówi, że jest to pseudonim z czasów szkolnych, który zawdzięcza jednostrunowemu afrykańskiemu instrumentowi o nazwie „diddley bow”.
W 1954 roku artysta stworzył formację z Billym Boyem Arnoldem i zarejestrował nagrania demo utworów I’m A Man oraz Bo Diddley. Nagrania te w marcu 1955 roku powtórzono w Chess Studio z towarzyszeniem solidnego zespołu akompaniującego, w którym grał wówczas jeden z najwybitniejszych pianistów bluesowych – Otis Spann. Kompozycja Bo Diddley, wydana na singlu, stała się dużym rhythmandbluesowym hitem w czerwcu 1955 roku. Zniekształcone, a zrazem wzmocnione brzmienie – wykonanej na zamówienie – gitary (o kształcie pudełka cygar) stało się wkrótce znakiem rozpoznawczym Diddleya. Jego styl znalazł wielu naśladowców, podobnie jak i pomysł nadawania utworom tytułów odnoszących się do samego siebie – Bo Diddley’s A Gunslinger, Bo’s A Lumberjack czy Diddley Daddy.
W 1959 roku utwór Say Man pojawił się w amerykańskiej Top Twenty. W cztery lata później w dolnych rejonach brytyjskiej listy przebojów znalazły się Pretty Thing oraz Hey Goood Looking. Piosenki Diddleya korzeniami tkwiły bardzo mocno w czarnej muzyce, natomiast dynamika i sposób, w jaki je grał, a także zamiłowanie do ekscentrycznego trybu życia lokowały go ewidentnie w świecie rock and rolla.
W okresie psychodelicznego boomu w Ameryce jego klasyczna wersja piosenki Who Do You Love znalazła się w stałym repertuarze wykonawców tego rodzaju, co Quicksilver Messenger Service, The Doors czy Bob Seger. Na Wyspach natomiast grupa Juicy Lucy wprowadziła ten numer do Top Twenty.
W latach siedemdziesiątych Diddley próbował unowocześnić swoje brzmienie, niestety jego sława nieco przygasła. Za to u schyłku dekady (w 1979 roku) odbył tournee z będącą wówczas u szczytu popularności punk rockową formacją – The Clash.
W 1983 roku w wywiadzie udzielonym Jerzemu Bojanowiczowi Diddley bez fałszywej skromności mówił: Rock and roll nie umarł, choć w swoim podstawowym wydaniu wyraźnie się osłabił. Ja byłem pierwszy. (sic!) Przez cały czas konsekwentnie pracowałem. Przyznawał się jednak wówczas: współczesnej muzyki niekiedy nie rozumiem, w moich czasach inaczej budowało się utwory, obowiązywały inne schematy melodyczne. Dziś zostały one wywrócone.
Warto wiedzieć, że w 1984 roku w filmie Nieoczekiwana zmiana miejsc – z Eddym Murphym i Danem Aykroydem – Diddley świetnie wcielił się w postać właściciela lombardu. W kilka lat później pojawił się w filmowej biografii Ritchiego Valensa – La Bamba.
O wiele większe znaczenie niż własne sukcesy miał w historii muzyki wpływ Diddleya na innych artystów. Jego styl inspirował muzyków różnych generacji, a oprócz wcześniej wymienionych należałoby jeszcze dodać Buddy’ego Holly’ego, zespół The Who, a także U2.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o