Pałker zwany Bonzo

0
251
borowiec1439
REKLAMA

Był prostym, ponoć bardzo równym facetem obdarzonym niezwykłą iskrą bożą, która pozwoliła mu zostać wybitnym perkusistą. Zdobywanie tajników wiedzy ogólnej nie było mu jakoś szczególnie bliskie, bo niemal od zawsze i niemal wyłącznie interesowała go perkusja.
Bonham w wieku szesnastu lat opuścił szkołę, a tamten czas tak wspominał: Kiedy skończyłem szkołę, zacząłem pracować z moim ojcem, który prowadził interes budowlany. Wydawało mi się, że nawet to lubię. Ale to gra na perkusji była jedyną rzeczą, którą robiłem naprawdę dobrze, pozostałem więc przy tym przez trzy czy cztery lata. Gdyby mi się nie powiodło, mogłem przecież zawsze wrócić do budowania. Po opuszczeniu szkoły byłem tak spragniony grania, że gotów byłem robić to za darmo, co też i miało miejsce przez długi okres. Na szczęście moi rodzice wspomagali mnie finansowo.
Bliski kolega, Robert Plant, tak o nim mówił: Był kimś ogromnie wrażliwym i czułym. I chociaż był zarazem narwańcem i zgrywusem, miał w sobie wiele delikatności. To właśnie lubiłem w nim najbardziej, a znałem go dłużej niż ktokolwiek inny. Ktoś, kto zetknął się z nim tylko przelotnie, mógł stworzyć sobie fałszywy obraz jego osoby. John nie obnosił się bowiem ze swoją wrażliwością. A jednak można ją było dostrzec na jego twarzy.
Każdy fan Led Zeppelin ma ulubione utwory z Bonhamem w roli głównej. Trudno jednak sobie wyobrazić, żeby nie było wśród nich takich numerów jak Moby Dick z drugiego krążka zespołu oraz wieńczącego słynną „Czwórkę” – When The Levee Breaks. Pierwszy z nich był regularnym popisem Bonhama w czasie koncertów zespołu, drugi stał się niedoścignionym przykładem, co może znakomity bębniarz wsparty niezwykłym pomysłem nagraniowym.
Potężne transowe brzmienie bębnów utworu powstało w Headley Grange, gdzie muzycy Led Zeppelin pracowali nad jednym z utworów. Jimmy Page w książce Brada Tolinskiego Światło i cień tak o tym opowiadał: Pracę zakłócił dochodzący skądś odgłos drugiego bębna. Zamiast przerwać, zaprosiliśmy tych ludzi do nas. Bęben ustawili w sieni. Było to pokaźne pomieszczenie, z którego centralnej części wychodziła studnia klatki schodowej, sięgająca samego strychu. Przyszedł Bonzo i spróbował zabębnić. Rozległo się głuche dudnienie niczym w jakiejś pieczarze. Postanowiliśmy, że to właściwe miejsce na perkusję. Andy Johns z wysokości drugiego piętra spuścił pare mikrofonów M160, podłączył do kompresora, dodał odrobinę echa, które także skompresował. (…). Akustyka klatki schodowej była tak zrównoważona, że zbędny był mikrofon przy wielkim bębnie. Tak nagraliśmy podkład rytmiczny.
Sam Bonham ogólnie o swojej grze wypowiadał się zdecydowanie skromnie. Nigdy świadomie nie próbowałem być najlepszym perkusistą na świecie, zresztą nie chciałbym tego. Dużo dzieciaków mówi mi na przykład: „Jest wielu lepszych perkusistów od ciebie”. A ja po prostu lubię grać najlepiej, jak potrafię i dlatego właśnie to robię. Nie twierdzę, że jestem lepszy niż Buddy Rich, ale nie gram tego, czego nie lubię. Jestem prostym, prostolinijnym perkusistą i nie próbuję udawać, że jestem lepszy niż rzeczywiście jestem.
Pozostały po nim nie tylko nagrane płyty, ale również sfilmowane występy. Warto więc zobaczyć, a nie tylko posłuchać, jak ten gigant radził sobie, grając zarówno pałeczkami, jak i gołymi rękami gęste, często mocno połamane rytmy. To nie tylko potężny power, to nie tylko ogromna sprawność techniczna, to również delikatność, finezja i muzyczna wyobraźnia. Nic dziwnego, że po śmierci Bonhama Zeppelini nie wyobrażali sobie kogoś innego na jego miejscu. 4 grudnia 1980 roku muzycy wydali oświadczenie: Wobec utraty naszego drogiego przyjaciela, w całkowitej jednomyślności pomiędzy nami i naszym menażerem, postanawiamy, że nie możemy już dłużej być tym, czym dotychczas byliśmy.
W ubiegłym roku Gibson sporządził listę 10 najlepszych perkusistów świata. Chodziło przy tym o takich pałkerów, którzy swoją grą potrafią (lub potrafili) angażować publikę i sprawiać, że głowa sama buja się do bitu. Co więcej, są to w założeniu muzycy, których gra stanowi (lub stanowiła) faktyczny kręgosłup zespołu i spójną podstawę dla riffów. W zestawieniu nie chodziło więc o szybkość, triki czy inne magiczne zdolności. W tym rankingu na miejscu drugim znalazł się Neal Peart z Rush, a potem kolejno: Keith Moon z The Who, Dave Grohl z Foo Fighters, Lars Ulrich z Metalliki, Mike Portnoy z Dream Theater i legendarny Ginger Baker z Cream. Na szczycie listy, co chyba nikogo nie dziwi, znalazł się John Bonham.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments