Piąty album Sabbathów

0
14
borowiec1748

Dla mnie Sabbath Bloody Sabbath pozostaje pierwszym albumem kwartetu z Birmingham, z którym zapoznałem się w całości i niejako na bieżąco. Dzięki Piotrowi Kaczkowskiemu i jego programowi Kiermasz płyt (na antenie radiowej Trójki) krążek nagrałem wkrótce po jego wydaniu. Wcześniej poznałem tylko niektóre kompozycje z Paranoidu i kilka z pozostałych trzech płyt. Tym samym dopiero ten piąty longplay zespołu poraził mnie jako całość. Zapewne dlatego (choć nie wyłącznie) pozostaje on do dziś moim ulubionym dokonaniem Sabbathów, podobnie jak pochodzący zeń utwór Sabbra Cadabra.
Ponoć niewiele brakowało, aby do powstania albumu w ogóle nie doszło. Zespół przechodził olbrzymi kryzys. Sukces i niekończące się pasmo hedonistycznych rozrywek zaczynały zbierać swoje żniwo. Znużenie, wypalenie i wzajemne niesnaski działały destrukcyjnie.
Basista zespołu, Geezer Butler tak wspominał początek prac nad płytą: Pojechaliśmy do Los Angeles, gdzie powstawał album „Vol. 4” i przez sześć tygodni siedzieliśmy w studio, ale nie stworzyliśmy ani jednego utworu! Wszystko wskazywało na to, że zespół jest skończony. Chcieliśmy rozwiązać Black Sabbath. Po powrocie do domu postanowiliśmy jednak spróbować po raz ostatni. Zamknęliśmy się w starym zamku w Walii. Ozzy i Bill ponoć widzieli tam ducha, a Tony… wymyślił świetny riff, który przerodził się w utwór „Sabbath Bloody Sabbath”. Następne kompozycje powstawały już błyskawicznie. Po latach autor wspomnianego riffu (gitarzysta Tony Iommi) tak się wypowiedział o płycie: Zaczęliśmy brzmieć w sposób, w jaki uważaliśmy, że chcemy brzmieć, a nie w sposób, w jaki inni uważali.
Wyprodukowana przez sam zespół płyta przyniosła muzykę, na której typowe, a zarazem prekursorskie dla heavy metalu elementy stylu grupy przeplotły się z art rockiem. Efekt był imponujący.
Aranżacje stały się bardziej wymyślne, a muzyka w zestawieniu z wcześniejszymi kompozycjami mniej brutalna i zdecydowanie bardziej przestrzenna. Aranżacjom towarzyszyło wzbogacenie brzmienia o rozmaite instrumenty klawiszowe, na których grali zarówno Iommi i Butler, jak i Ozzy Osbourne.
Wokalista zespołu zagrał na syntezatorze w utworach Killing Yourself to Live oraz Who Are You?. W tym drugim Geezer Butler wsparł go na mellotronie.
W pięknej, instrumentalnej kompozycji Fluff, przywodzącej na myśl słynnego Albatrossa zespołu Fleetwood Mac, Tony Iommi użył klawesynu, a w Looking For Today zagrał na flecie i organach. W wieńczącym album utworze Spiral Architect zabrzmiały nawet dudy i orkiestra.
W opowiadającym o miłości, wspomnianym utworze Sabbra Cadabra muzyków Black Sabbath wsparł Rick Wakeman. O udziale w tym nagraniu ten wybitny klawiszowiec (wówczas członek zespołu Yes) tak opowiadał: Pewnego dnia Ozzy wpadł do studia, w którym nagrywaliśmy nowy album Yes, i zwierzył się, że nie mogą sobie poradzić z partiami syntezatora w numerze z ich nowego albumu. Poprosił, abym do nich wpadł i to zrobił. Zgodziłem się. Ale kiedy przyszedłem do studia, wszyscy byli pijani (…) leżeli w reżyserce. Także realizator był pijany. Jedynie chłopak, który obsługiwał magnetofony, był trzeźwy i stał w kącie przerażony tym, co się dzieje. Zapytałem, co mam robić. Ozzy wydał z siebie tylko jakiś bełkot. Poprosiłem więc chłopaka, by puścił taśmę i coś tam zagrałem… To „coś tam” na tyle wzbogaciło utwór, że zyskał on ponadczasowy wymiar. Dla mnie Wakeman pomógł tej kompozycji stać się jedną z moich ulubionych, a może nawet najbardziej ulubioną w całej historii dokonań Black Sabbath.
Warto podkreślić, że w nagraniach pochodzących z Sabbath Bloody Sabbath zwracały też uwagę liczne nakładki gitarowe oraz kontrastowanie metalowego czadu z łagodnością w obrębie jednej kompozycji. Dla przykładu, miało to miejsce w utworze tytułowym, gdzie świetny, zadziorny riff sąsiadował z delikatniejszym refrenem. Tu, a propos nośnych riffów, trudno nie docenić ich wartości w Looking For Today czy w bardziej melodyjnej wersji w A National Acrobat.
Piąty krążek zespołu stał się apogeum jego twórczości. Wiele utworów nabrało tu niesłyszanej wcześniej w Black Sabbath „piosenkowatości”. Zniknął surowy, metalowy chłód, a dodatkowo na swoje wyżyny wspiął się Ozzy Osbourne, który udowodnił, że nie jest jednowymiarowym, monotonnym wokalistą.
Co by nie mówić, Sabbath Bloody Sabbath pozostaje najrówniejszym i najbardziej spójnym dziełem w dorobku ojców heavy metalu.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o