Pokazowy lot Zeppelina

0
108
REKLAMA

Ktoś, kto nie lubi Led Zeppelin, stwierdzi, że – zgodnie z zapowiedzią z ubiegłego tygodnia – piszący te słowa będzie dalej nudził o dinozaurach. Trudno. Przy tym nie będę się tłumaczył z tego, że na wydanie Celebration Day: czekałem jak mały, podekscytowany chłopiec.
Doświadczanie koncertu najlepsze jest, co oczywiste, na żywo, ale skoro nie można było…. to należy go odtworzyć w domu. Zaprosiłem serdecznego kumpla, cenionego nauczyciela, znawcę bluesa i miłośnika Led Zeppelin – Rafała, i zdecydowałem się przeżyć ten koncert w jego towarzystwie, ciesząc się obrazem HD i dźwiękiem w technologii DTS.
Na początek otwierający debiutancki krążek numer – Good Times Bad Times – zwarty i mocny. Mimo wszystko jednak towarzyszy nam tu obawa, czy na pewno panowie dadzą radę. Opinie tych, którzy widzieli koncert na żywo to jedno, a przekonanie się na własne oczy i uszy, że starsi panowie „wydolą” – to drugie. Idzie Ramble On z „Dwójki”, a zaraz potem Black Dog z czwartego albumu, zwanego też Zoso (Jason Bonham zaprezentuje w finale The Song Remains The Same tatuaż z tym oryginalnym napisem). Jak dotąd jest solidnie, wszystko się zgadza, ale nie ma jeszcze pewności, że moc jest po stronie artystów.
I oto nadchodzi In My Time Of Dying z Physical Graffity, tekstowo najbardziej chrześcijański numer (Jezu, wyjdź mi na spotkanie, przywitaj mnie w przestworzach). Jest w tym i power, i jakaś monumentalna siła. Dla mnie to jeden z tych numerów, które brzmią zdecydowanie lepiej niż w wersji studyjnej. Nie mała w tym zasługa Johna Paula Jonesa, który jest w rewelacyjnej formie. Gość „jeździ” po bezprogowym gryfie z zadziwiającą łatwością, ale też i z niezwykłą precyzją. Page z tuleją na serdecznym palcu serwuje świetne partie slidem. Jego wiosło brzmi znakomicie. Rafał zwraca uwagę, że aby grać tak trudne podziały rytmiczne, trzeba być wielkim gitarzystą. To prawda, dla mnie niezaprzeczalna od niemal czterdziestu lat. W tym pełnym dramaturgii utworze Robert Plant udowadnia, że wciąż jest wielkim wokalistą. Nie szarżuje, bo by udowodnić klasę, wcale nie musi śpiewać w wysokich rejestrach.
Następnie brzmi For Your Life z płyty Presence, a zaraz po nim Trampled Under Foot z Jonesem na klawiszach. Kompozycja zostaje podana z kapitalnie brzmiącą, lekko rozbudowaną częścią środkową. Uważana przez krytykę za jedną z najlepszych rockowych piosenek zespołu, jest kolejnym przykładem na to, że wersja ciut inna od studyjnej może być nie mniej porywająca.
Potem jest Nobody’s Fault But Mine z płyty Presence, bodaj jedyny (powtórnie nie sprawdzałem) z całego koncertu utwór, na którym Plant gra na harmonijce. Jones natomiast zasuwa, aż miło, na 10‑strunowym basie.
Przychodzi czas na rockowy teatr. Dymy snują się po scenie, dyskretne światła i piękne, niepokojące intro na klawiszach. To No Quarter. W tej kompozycji grający na zestawie Ludwiga Jason Bonham po raz pierwszy używa potężnego kotła.
Wreszcie następuje mój ukochany klasyk – Since I’ve Been Loving You. I co? Niestety, to – jak się okaże – jeden z tych „wykonów” dobrych, tylko dobrych, bo zdecydowana większość to bardzo dobre i znakomite. Tu akurat zabrakło młodzieńczego żaru i chwytającej za trzewia dramaturgii. Szkoda. Ale, co tam. W Dazed And Confused można cieszyć się świetnym współbrzmieniem wokalu i gibsona, na którym Page gra smyczkiem.
Nadchodzi wreszcie czas na Stairway To Heaven. Idzie w ruch dwugryfowa gitara Page’a, Bonham nie pierwszy raz udowadnia, że do wszystkiego, co gra, ma olbrzymie serce. A Plant? Plant śpiewa naprawdę ładnie. Dalej panowie „zapodają” The Song Remains The Śame. Jest czad, Bonham gra z precyzją maszyny. To znowu jest jeden z tych numerów, które brzmią lepiej niż niegdyś. Podobnie jak i następujący po nim Misty Mountain Hope.
Pora na Kashmir. Brzmi świetnie. Plant udowadnia, że wciąż może i potrafi śpiewać jak przed laty. Gdy wybrzmiewa perkusja, kamera pokazuje euforię na widowni, a to przecież już nie dzieciaki.
Na bis wielki legendarny utwór Whole Lotta Love. Słuchając go, zadajemy sobie z Rafałem pytanie: kto jeszcze w historii hard rocka ofiarował światu tak znakomite kompozycje? To już niemal finał. Wulkaniczny Rock And Roll zamyka koncert.
To, że nie zabrzmiał ten czy ów numer, że mogli zagrać ciut dłużej, że mało sfilmowanej widowni, która oddaje atmosferę, to drobiazgi. Co by nie mówić, po prostu wielkie dzięki za ten jeden jedyny raz. Dzięki za to, że legenda pozostała ta sama.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o