16 lutego 1976 roku wydany został album A Trick Of The Tail, siódmy w dyskografii zespołu Genesis. Okazał się jednym z najlepszych krążków nie tylko roku, ale i całej dekady.
To przy tym wydawnictwie zaprzyjaźniłem się z Genesis. Wcześniej, gdy główną postacią tego progresywnego bandu był Peter Gabriel, jakoś nie odnajdywałem szczególnie bliskich mi klimatów. Działo się tak zapewne z racji mojego młodego wieku, ale też z powodu silnego uzależnienia od hardrocka. Moi starsi koledzy, w ślad za tysiącami innych fanów „gabrielowego” Genesis, wieszczyli po odejściu artystycznego guru, rychły koniec grupy. Gabriel był przecież nie tylko głosem, ale też twarzą zespołu, scenicznym demiurgiem i autorem tekstów, które wynosiły progresywny rock w rejony sztuki literackiej.
W takiej to atmosferze niepewności rodził się album A Trick Of The Tail, który miał odpowiedzieć na pytanie, czy Genesis potrafi istnieć bez swojego charyzmatyczny lidera.
Czas pokazał, że nie był to moment załamania, lecz swoistego odrodzenia.
Wcześniejsze dokonania Genesis z Gabrielem, albumy Foxtrot, Selling England by the Pound i koncepcyjny The Lamb Lies Down on Broadway zbudowały legendę formacji ambitnej i teatralnej, ale też bezkompromisowej. W jej muzyce i tekstach była wielowątkowość, rozbudowane formy, literackie metafory i charakterystyczna, lekko ironiczna angielskość. Ale był też pewien ciężar artystyczny i wymagania produkcyjne, które z czasem stawały się krępującym gorsetem.
Album A Trick Of The Tail przyniósł zaskakującą lekkość. Nie oznaczało to jednak uproszczenia muzyki. Kompozycje pozostały złożone, nadal zawierały zmiany tempa i nastroju, stały się jednak bardziej zwarte, bardziej piosenkowe w najlepszym znaczeniu tego słowa.
Słów kilka o najważniejszej zmianie. W roli wokalisty pojawił się perkusista Phil Collins. Wybór początkowo czysto praktyczny (miał jedynie nagrać partie wokalne do demówek) okazał się strzałem w dziesiątkę. Collins nie próbował być „nowym Gabrielem”. Jego głos był jaśniejszy, bardziej emocjonalny i mniej teatralny. Paradoksalnie w utworach takich jak Dance on a Volcano czy Squonk słychać jeszcze ducha dawnego Genesis, ale został on już wyraźnie odświeżony.
Na płycie znalazło się miejsce i na liryzm (Ripples), i na progrockowy rozmach (Los Endos), i na finezyjny humor znany z wcześniejszych tekstów Gabriela (utwór tytułowy). Natomiast Tony Banks i Mike Rutherford udowodnili, że byli pełnoprawnymi architektami brzmienia Genesis już wcześniej, nie tylko wykonawcami wizji Gabriela.
Z perspektywy czasu A Trick Of The Tail jawi się jako jedno z najważniejszych ogniw w historii zespołu. To album łączący progresywną przeszłość z przystępniejszą przyszłością, która miała nadejść pod koniec dekady. Co istotne, nie słychać tu prób udowadniania czegokolwiek. Jest za to spokój, pewność kompozytorska i zespołowa chemia. Można wręcz zaryzykować tezę, że bez tego krążka nie byłoby późniejszego, stadionowego Genesis lat 80, ale też, że bez doświadczeń ery Gabriela nie miałby on swojej głębi.
Najczęstszym określeniem, jakie dotyczyło płyty, a którego z upodobaniem krytycy używali w recenzjach prasowych, było: „piękna”. Temu muzyczno-tekstowemu urokowi Sztuczki dali się uwieść także fani rocka, a wśród nich czytelnicy wpływowego magazynu Melody Maker, którzy dziełu Genesis przyznali miano płyty roku 1976. W pokonanym polu, co warto wspomnieć, znalazły się wtedy Presence Led Zeppelin oraz Desire Boba Dylana. A Trick Of The Tail stała się dowodem na to, że kryzys personalny może stać się impulsem twórczym, a wielkie zespoły poznaje się po tym, że nawet po odejściu ważnych muzyków odnajdują własną tożsamość.







![Noga z gazu na DW975 w Wierzchosławicach [ZDJĘCIA] Nowy chodnik Wierzchosławice](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/03/Nowy-chodnik-WIerzchoslawice-2-218x150.jpg)






![Maksymilian Kwapień wrócił na scenę w Tarnowie [ZDJĘCIA] Maksymilian Kwapień](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/02/Koncert-13-218x150.jpg)






