Pół wieku temu w Monterey

0
48
borowiec1724

W pierwszym w historii tak wielkim plenerowym przedsięwzięciu wzięło udział 31 zespołów, a przez widownię przewinęło się ponad 200 tysięcy osób. Ten niezwykły festiwal, odbywający się pod hasłem „Muzyka, miłość i kwiaty”, przeszedł do historii jako jedno z najważniejszych wydarzeń tamtej dekady i w ogóle całego rocka. W tamtych dniach Kalifornia eksplodowała kolorami, muzyką tysięcy gitar, plamami migającego światła, zapachem kadzideł z drzewa sandałowego, wonią marihuany, barwnymi tkaninami i pięknymi, utopijnymi ideami.
Inspiratorami festiwalu byli Alan Pariser, Paul Simon oraz dwaj późniejsi dyrektorzy imprezy, czyli Lou Adler i John Phillips z The Mamas And The Papas.
Trzydniowe wydarzenie uwiecznił w dokumentalnym filmie Monterey Pop D.A. Pennebaker. Jego ekipa, w której pracowało ośmiu operatorów kamer, nakręciła sporo, jednak po ostatecznym montażu zarejestrowanego materiału w filmie znalazło się zaledwie 79 minut. Po latach wielogodzinny zapis doczekał się edycji na płytach DVD, co stało się gratką dla fanów tamtej, tak ważnej w historii muzyki.
U Pennebakera, oddającego niepowtarzalną atmosferę tamtych dni, fragmenty występów znalazły się na równych prawach z barwnie ubraną publicznością, często z dziećmi na rękach i oczywiście kwiatami we włosach.
Pierwszego dnia imprezy 16 czerwca (wówczas też był to piątek) na scenie w Monterey wystąpili m.in.: Lou Rawls, Johnny Rivers, duet Simon & Garfunkel oraz legendarna kapela The Animals.
W sobotę zagrała cała plejada amerykańskiego rocka, czyli: Canned Heat, Quicksilver Messenger Service, Steve Miller Band, Electric Flag, Moby Grape, Jefferson Airplane, The Byrds, a także The Paul Butterfield Blues Band oraz Booker T. & The MG’s. Niewątpliwie jednak największe wrażenie pozostawiła Janis Joplin i towarzyszący jej zespół Big Brother & The Holding Company oraz entuzjastycznie przyjęty Otis Redding, który wystąpił w kontrastującym z kolorowymi kaftanami, paciorkami i kwiatami, tradycyjnym, czarnym garniturze. Po tym występie Redding nagrał swój największy hit Sitting In The Dock Of The Bay, w którym zawarł przeżycia z tej barwnej imprezy.
Najciekawiej było jednak w niedzielę 18 czerwca. Koncerty rozpoczęły się od występu hinduskiego mistrza sitaru, Ravi’ego Shankara. Po nim pojawiły się m.in.: najlepsza blues‑rockowa formacja z Nowego Jorku – Blues Project, oraz Bufflo Springfield – prekursorska grupa amerykańskiego folk‑rocka z Neilem Youngiem w składzie. Jednak największa zakulisowa zadyma dotyczyła przybyszów z Anglii – grup The Who oraz The Jimi Hendrix Experience. Pat Hartley – przyjaciółka zarówno Hendrixa, jak i Rogera Daltreya z The Who – tak sprawę ujęła: rzecz poszła o to, kto ma wystąpić pierwszy. Jeśli The Who wyjdą pierwsi, Jimi załatwi ich na cacy. A jeśli Jimi pójdzie najpierw, to nie ma sensu, żeby ktokolwiek próbował po nim. Zdecydowano jednak, że The Who pójdą pierwsi, jak się okazało, ku wiecznemu ich żalowi. Obecni na koncercie, utrzymywali jednak, że ich występ przewyższył wszystkie poprzednie popisy. W finale zabrzmiał hymn My Generation, zagrany z potężnym impetem i hardrockową agresją. Na zakończenie Pete Townshend rozbijał gitarę na kawałki, Daltrey tłukł mikrofonem w talerze perkusji, a granaty dymne wybuchały na całej scenie.
Robotę czyścicielską po The Who wykonała kapela z San Francisco – Grateful Dead. Ta, jak czas pokazał, bodaj najbardziej kultowa amerykańska grupa dała występ łagodny, ale zarazem podtrzymujący gorącą atmosferę. Przez większą część jej show publiczność tańczyła.
Wreszcie pojawił się Jimi Hendrxi, zapowiedziany przez swojego kumpla Briana Jonesa z The Rolling Stones. Ponoć dwie pierwsze piosenki nie zdziałały wiele, dopiero kiedy Hendrix runął w dylanowski Like A Rolling Stone, publiczność eksplodowała. Jimi grał na gitarze zębami, trzymając instrument za plecami i między nogami, wił w czasie wstawki instrumentalnej swoim językiem. W końcu wydobył zza wzmacniaczy bańkę z paliwem do zapalniczek, obalał gitarę i podpalił ją, zadziwiając publiczność w najwyższym stopniu.
Krytyk The Los Angeles Times, Pete Johnson stwierdził potem: Jimi Hendrix, Noel Redding i Mitch Mitchell byli burzą w owym lecie miłości. Ich występ na festiwalu był magiczny: to, jak wyglądali, zachowywali się i brzmieli, odległe było o wiele lat świetlnych od wszystkiego, co ktokolwiek tu widział.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o