Queen – Live Killers

0
124
borowiec1825
REKLAMA

Queen lat siedemdziesiątych (i oczywiście późniejszy) poza wysmakowaną muzyką albumów studyjnych oferował swoim fanom wielkie koncertowe show, prezentowane przeważnie dla ogromnych audytoriów. Live Killers – będąc fonograficznym odbiciem tamtych spektakli – pozostaje do dziś świetnym podsumowaniem ówczesnego dorobku zespołu i niemal kompletnym jego „greatest hits na żywo”.
Pamiętam, że kiedy album trafił w moje ręce – całość natychmiast przegrałem na taśmę. Z magnetofonu mogłem go słuchać na okrągło. Krążek fascynował swoją dramaturgią, ujmował zróżnicowanym klimatem i, co było ważne, radował uszy solidnym czadem. W tamtym czasie Live Killers lubiłem nawet bardziej niż Bohemian Rhapsody. No, ale do rzeczy.
Nagrania, które wypełniły wydawnictwo były rejestrowane od stycznia do marca 1979 roku, w trakcie europejskiej trasy Jazz Tour, promującej wydany rok wcześniej album Jazz. Live Killers (jako samodzielna produkcja) został zmiksowany w należących do zespołu Mountain Studios w szwajcarskim Montreux.
Wydawnictwo pomieściło w zasadzie cały koncertowy repertuar Queen, bo jedynymi nieobecnymi wyjątkami pozostały Fat Bottomed Girls z płyty Jazz, oraz hit Somebody To Love. W tym drugim przypadku, zważywszy wyjątkowe zróżnicowanie aranżacyjne, było to jednak zrozumiałe.
Z powodu obfitości materiału zasługującego na płytową prezentację niektóre utwory pojawiły się na Live Killers tylko w formie cytatu. Tak jest choćby z numerem Mustapha, którego zaśpiewy poprzedziły Bohemian Rhapsody. Nawiasem mówiąc w przypadku Rapsodii stwierdzenie, że zespół pokazał jak objawia się dotknięcie geniuszu – nie jest żadnym nadużyciem.
Album spięty został stosowną muzyczną klamrą w postaci otwierającego We Will Rock You (w nieco odmiennej wersji) i wieńczącego całość God Save The Queen. W środku znalazło się sporo gitarowego czadu w postaci: Death On Two Legs, I’m In Love With My Car, Get Down, Make Love, Tie Your Mother Down czy Sheer Heart Attack. Do tego doszły czarujące młodzieńczą radością Don’t Stop It Now oraz Spread Your Wings. Istotne, a zarazem ujmujące brakiem zadęcia, okazywały się drobne wpadki, jakie zdarzyły się w Bicycle Rice czy we wspomnianym I’m In Love With My Car.
Na Live Killers znalazło się też sporo ballad. Dzięki nim można usłyszeć jak wielką umiejętność nawiązywania kontaktu z publicznością posiadał Freddie Mercury. To dzięki niemu koncerty Queen – jak chyba żadnej innej grupy rockowej na świecie – miały swój niepowtarzalny i nieprzewidywalny przebieg i (ponoć) nigdy nie były li tylko sprawnym odegraniem przygotowanej wcześniej setlisty. Współudział widowni nadawał tym występom wymiar wielkiej, wspólnej zabawy i wyjątkowego muzycznego święta, a frontman Queen fenomenalnie potrafił tą widownią dyrygować. Można to usłyszeć, gdy publiczność toczy z nim bój na głosy w utworze Now I’m Here, gdy świetnie odśpiewuje We Will Rock You (w tej drugiej, znanej wersji) oraz gdy współtworzy wokalnie We Are The Champions. W utworze Love Of My Love czyni to na tyle porywająco, że docenia to Brian May zwracając się doń: You are good singers! Pretty good!
Z dzisiejszej perspektywy Live Killers to wspaniały, ba, wręcz monumentalny album zespołu, który wówczas znajdował się u szczytu kariery artystycznej. Fani rocka, którzy (np. z racji wieku) krążka nie poznali dotychczas, powinni to uczynić jak najprędzej, bo to właśnie ten stary wielki Queen.
Live Killers uplasował się na trzecim miejscu brytyjskiej listy bestsellerów. W Stanach Zjednoczonych dotarł zaledwie do pozycji 16 zestawienia według magazynu Billboard, ale z czasem sprzedał się w ilości takiej, że na tamtejszym rynku pokrył się podwójna platyną.
Greg Prato z AllMusic (słynny sieciowy przewodnik muzycznych) określił płytę mianem doskonałego dokumentu ukazującego Queen w okresie jego największej areno‑rockowej potęgi. Zresztą, słów uznania nie szczędzili wydawnictwu ani krytycy, ani, tym bardziej, fani. Powszechnie jednak wiadomo, że Roger Taylor i Brian May ze względu na ostateczne zmiksowanie nigdy nie przepadali za tym albumem. Swoje niezadowolenie ogłosili zresztą zaraz po jego wydaniu. Pomimo jednak niedoskonałości brzmieniowych ten podwójny krążek pozostaje zapisem koncertowego autentyzmu, zapisem niepoprawionym i „nieupiększonym” przez magików w studiach nagraniowych. Dziś takich płyt już się nie nagrywa.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o