Queen we Wrocławiu

0
98
REKLAMA

Koncert Queen był zwieńczeniem Rock In Wrocław Festival. „Królowa” była supportowana przez obchodzący 25‑lecie istnienia zespół IRA oraz bardzo dobry amerykański kwartet Mona. Amerykanie swój debiutancki singel Listen To You Love wydali we wrześniu 2010 roku i od tamtej chwili sukcesywnie zdobywają popularność. Mona to młodzieńcza energia i ożywczy łomot z całkiem udanymi rockowymi melodiami. Występ tego bandu okazał się bardzo solidnym, zgrabnie zagranym koncertem.
Po supportach nadszedł czas na „Królową” z Adamem Lambertem w roli frontmana. Ten utalentowany, 30‑letni piosenkarz zdobył drugie miejsce w amerykańskiej wersji Idola w 2009 roku. Gość wie, co robić z głosem, wie, jak po swojemu wyśpiewać utwory Queen, czyni to dobrze i konsekwentnie. Tylko, niestety, brakuje mu charyzmy. Zdaję sobie sprawę, że śp. Freddie, czy Paul Rodgers, który jeszcze niedawno śpiewał z zespołem, to artyści wielkiego formatu. Może kiedyś i Lambert zasłuży na miano charyzmatycznego wokalisty, należy mu tego życzyć, ale na razie jest tylko (a może aż) dobrym piosenkarzem. To jednak piosenkarz z innej bajki.
A sam Queen? Muzycy zastosowali starą, sprawdzoną zasadę, że publiczność najbardziej kręcą te numery, które zna i lubi. Ten warunek dobrej koncertowej zabawy został spełniony niemal z nawiązką. Niemal, bo żeby zadowolić wszystkich, koncert musiałby trwać ze cztery godziny.
Po pulsującym rozświetloną sceną intro muzycy zaczęli od swojego pierwszego, bez mała 40‑letniego hitu Seven Seas Of Rhye. Dobrze, solidnie z odpowiednim powerem. Potem z tym samym napędem Keep Yourself Alive i szybka wersja We Will Rock You. Kiedy zabrzmiało Under Pressure, Roger Taylor wsparł wokalnie Lamberta i zrobiło się sympatycznie. Zresztą po I Want It All i Who Wants To Live Forever Roger zaśpiewał It’s A Kind Of Magic i Days Of Our Lives.
Dalej przyszła kolej na Briana Maya. Wykonał Love Of My Love i ’39, a potem solo Dragon Attack. Była w tym sceniczna rockandrollowa prawda i za to, panie May, wielki szacun. Potem kolejne hiciory: I Want To Break Free, Another One Bites To Dust i wreszcie Radio Ga Ga. Zobaczyć wielotysięczny las klaszczących w rytm tej piosenki rąk to, mimo wszystko, piękne, wręcz podniosłe przeżycie. Potem były Somebody To Love, Crazy Little Thing Called Love i oczywiście The Show Must Go On. A bis? No jasne, że był. Czadowy Tie Your Mother Down, We Will Rock You po raz wtóry, tym razem w tradycyjnej wersji, i grand finale – We Are The Champions. Publiczność oszalała.
Podczas koncertu pojawił się hologram przechadzającego się Frediego Mercury’ego. Obawiałem się tu jakiegoś technologicznego kiczu, ale nie. Tym bardziej że część publiczności była tym króciutkim widowiskiem po prostu wzruszona. To był kolejny plus tego wieczoru. Dla mnie był jeszcze jeden spory plus. Był to otrzymany w prezencie bilet w loży VIP‑ owskiej.
No więc, co? Co mi nie pasowało? Ktoś powie, że pewnie sam do końca nie wiem, do czego miałbym się przyczepić. Tak, to racja. Tym bardziej że w gruncie rzeczy nie było do czego. Niby wszystko grało, niby wszystko się zgadzało. Były wzruszenia, był najwyższej próby profesjonalizm, był znakomity show, była zachwycona widownia. Do licha! Był występ mega legendy. Niestety, dla mnie wrocławski koncert Queen był jakimś megakotletem. Kotletem z najlepszej rockowej restauracji, ale jednak. Zabrakło mi autentycznych rockowych wibracji, tego czegoś ulotnego, zabrakło rockandrollowego pazura. Można by sądzić, że trudno wymagać tego od gości po sześćdziesiątce (Brian i Roger). To jednak nie do końca jest prawda. Kiedy patrzy się na wydane zaledwie parę lat temu na płytach DVD koncerty Queen z Paulem Rodgersem, wie się, że nie ma tam ściemy. Jest wspólne odczuwanie i – mimo wszystko – wspólne przeżywanie rockandrolla.
A propos Rodgersa. Za możliwość zobaczenia występu Queen właśnie z nim dałbym się pokroić. Niestety, dziś jest na to raczej za późno. Szkoda, bo Brian May i Paul to starzy, doskonale rozumiejący się kumple, a mieszanka utworów Queen, Free i Bad Company w ich wykonaniu to, przynajmniej dla mnie, to muzyczna uczta. Ale co tam; widziałem Queen bez Paula Rodgersa w lipcu, za to w sierpniu w Dolinie Charlotty mam nadzieję zobaczyć Paula Rodgersa bez Queen i na ten koncert bardzo już czekam.
W Internecie nie brakuje entuzjastycznych opinii na temat wrocławskiego koncertu. Zatem, tak sobie myślę, może to ja miałem zły dzień?

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o