Od przynajmniej czterech dekad trudno o nich mówić „chłopcy”, ale w latach 70. określanie ich mianem „źli chłopcy z Bostonu” było, przynajmniej w Ameryce, dość powszechne. Na ten „tytuł” zapracowali „w pocie czoła”. Ich narkotyczne jazdy i związane z nimi ekscesy przeszły do historii. Tom Hamilton, basista zespołu, o upodobaniu do prochów tak się niegdyś wyraził: John McLaughlin i jego grupa medytowali przed każdym występem. My mieliśmy swoją własną medytację – chemiczną.
Historia Aerosmith zaczęła się dość tradycyjnie. Dwaj młodzi mieszkańcy Sunapee (New Hampshire) – Steven Tyler i Joe Perry spotkali się na koncercie Stonesów. Tak bardzo zafascynowała ich muzyka Brytyjczyków, że postanowili założyć własny zespół. Nadali mu nazwę Jam Band, a w roku 1969, przeniósłszy się do Bostonu, grali już jako Aerosmith.
Od pierwszych koncertów muzycy starali się wykorzystywać uderzające podobieństwo Tylera do frontmena Stonesów, a on sam, całkiem zresztą udanie, starał się Jaggera naśladować. Na styl grupy mieli wpływ nie tylko Stonesi, Steven Tyler podkreślał: bardzo podobał nam się Led Zeppelin i jego potężne brzmienie… Chcieliśmy grać tak jak oni.
Początki nie były łatwe. Kwintetowi udało się podpisać kontrakt płytowy dopiero w 1973 roku. Pierwszy album, zatytułowany po prostu Aerosmith, przeszedł właściwie bez echa. Rosła jednak sława grupy i to nie tyle dzięki stonesowskiemu wizerunkowi, ile dzięki znakomitym występom na żywo. Trzecia płyta – Toys In The Attic – ulokowała grupę na szczytach list, a Rocks tę pozycję ugruntowała.
Pamiętam, że krążek ten został przywieziony przez mojego serdecznego kumpla z ówczesnej Jugosławii, gdzie firma Yugoton wydawała licencyjne płyty zachodnich wykonawców. O czymś takim nasza peerelowska fonografia mogła jedynie pomarzyć. Rocks radował nasze nastoletnie uszy mocną, pełną rockowej jazdy, bezkompromisową muzyką. Otwierający płytę kawałek do dzisiaj pozostaje jednym z moich ulubionych w całym dorobku grupy.
Kilka lat temu Paweł Brzykcy na łamach miesięcznika Teraz Rock pisał: Posłuchajcie Rocks, a będziecie wiedzieć, jakie są źródła Guns N’Roses. To jeden z ulubionych albumów Slasha. Ba! I on, i James Hetfield z Metalliki przyznają, że to właśnie ta płyta zachęciła ich do nauki gry na gitarze. Oczywiście nie tylko oni byli zafascynowani muzyką bostończyków. Zdeklarowanym fanem był także Kurt Cobain, a po utwory z albumu sięgnęli także tacy wykonawcy jak zespół Testament czy Sebastian Bach.
Wspomniany Back In The Saddle rozjeżdżał zarówno gitarowym riffem Perry’ego, jak i wokalem Tylera. Utwór Last Child, wytypowany na pierwszy singel promujący album, przypominał stonesowskie, nieco funkujące brzmienia. Piosenka toczyła się z wdziękiem pociągu osobowego, ale następny numer Rats In The Cellar gnał niczym ekspres. Ten czadowy kawałek, zainspirowany śmiercią znajomego dilera narkotyków, ujmował też smaczkami, jakie wykreowane zostały dzięki harmonijce ustnej.
Niewątpliwą jazdą odznaczał się numer Nobody’s Fault, którego głównym autorem był Brad Whitford. Przywoływał skojarzenia z Led Zeppelin nie tylko z powodu tytułu, ale też z racji poweru, jaki wcześniej umieli zaserwować tylko Zeppelini. Cechował go zajadły śpiew Tylera, mocarny beat i heavymetalowe akcentowanie
Muzycy zespołu pokazali również, na jaki luz ich stać, w studio przy rejestracji piosenki Sick As A Dog. Najzwyczajniej pozamieniali się instrumentami. Perry grał na basie, który następnie przekazał Tylerowi, a Tom Hamilton grał na gitarze. Album wieńczyła zgrabna ballada utrzymana w klimacie kompozycji Jeffa Lynna, zatytułowana Home Tonight.
Album Rocks był w tamtym czasie największym sukcesem Aerosmith. Krążek dotarł do trzeciego miejsca listy magazynu Billboard i w dwa miesiące pokrył się platyną (milion sprzedanych egzemplarzy). Joe Perry zapewniał wtedy: Wiedzieliśmy, że Rocks to nasza najlepsza płyta, więc nie było to dla nas zaskoczeniem. Od tamtej pory minęły lata, a krążek uzyskał w tym czasie status poczwórnej platyny. W 2003 roku został sklasyfikowany na 176. miejscu listy 500 albumów wszech czasów magazynu Rolling Stone.
Na finał mała refleksja. Gdy byłem nastolatkiem, bardzo chciałem zobaczyć Aerosmith na żywo. Czekałem blisko cztery dekady, by tamte marzenia spełniły się. Czekać warto było, bo koncert, jaki cztery lata temu w Łodzi zafundowali mi bostończycy, zaliczam do ścisłej czołówki mojego rankingu „koncertów wszech czasów”.
Rocks chłopców z Bostonu
REKLAMA
REKLAMA

![Ostatnie przygotowania do patriotycznych obchodów w Tarnowie [ZDJĘCIA] Obchody patriotyczne](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/08/Obchody-patriotyczne-6-scaled.jpg)





![Sierpniowe wycieczki enomeleksem także do gminy Ryglice [ZDJĘCIA] Enomeleks gmina Ryglice](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/08/Enomeleks-gmina-Ryglice-4-218x150.jpg)













