Samobójca na raty

0
84
REKLAMA

Bon Scott był autentycznym rockandrollowcem, był idealnym przykładem buntownika ucieleśniającego zasadę „sex and drugs and rock and roll”, choć „drugs” w jego przypadku należałoby zastąpić słowem „alcohol”. Z AC/DC przebył do rockowej ekstraklasy długą i wyboistą drogę. Kiedy wrota światowej kariery zostały przed nim i jego kumplami szeroko otwarte, on na własne życzenie,przeniósł się w zaświaty.
Ronald Belford‑Scott, bo tak brzmiało jego imię i pełne nazwisko, dołączył do AC/DC w styczniu 1974 roku podczas koncertów w Adelajdzie. Kiedy tam trafił, miał już za sobą wcale niebłahe dokonania muzyczne. Wcześniej był jednym z dwóch wokalistów The Valentines, zespołu pochodzącego z australijskiego Perth, a następnie stał się frontmanem grupy Fraternity, która na początku lat 70. grała hipisowskiego blues rocka, zarejestrowała dwa niezłe albumy, a on sam posługiwał się wtedy fletem prostym.
W AC/DC pracował początkowo jako kierowca, potem chciał bębnić, bracia Young zaproponowali mu jednak śpiewanie i tak zostało. Wokalnie nie był jakimś fenomenem. W gruncie rzeczy nie dysponował głosem ani szczególnie mocnym, ani też wyjątkowo efektownym. To, co posiadał, na pewno nie było tym, czym Stwórca obdarzył Roberta Planta, Paula Rodgersa czy Davida Coverdale’a. Niemniej jednak, posiadał głos o bardzo charakterystycznej barwie, w której – jak ktoś trafnie stwierdził – pobrzmiewała nuta perwersji. Śpiewał intuicyjnie, znakomicie wczuwał się w muzykę kolegów i swoim śpiewem nadawał tej muzyce dodatkowego waloru. W gruncie rzeczy jego interpretacja była naturalna, bezpretensjonalna i pozbawiona artystycznych zapędów.
W początkowym okresie współpracy z AC/DC Scott sytuował się bliżej bluesa, potem, od albumu Let There Be Rock, stał się bardziej heavymetalowy, a jego wokalizy znacznie częściej prowadzone były w wysokich rejestrach. Podczas koncertów brzmiał jeszcze bardziej ekspresyjnie niż w studio. Zresztą na scenie był kimś w rodzaju mistrza ceremonii i znakomicie przykuwał uwagę widzów. Z reguły śpiewał na mocnym alkoholowym doładowaniu (określenie rausz byłoby tu zbyt delikatne). Oto jak wspominał występy Bona jego kolega – fotografik Robert Ellis: Niekiedy zataczał się na estradzie! Ale był bardzo dobry i nie przeszkadzało mu to. Tak naprawdę nie potrafił inaczej. Czy można go sobie było wyobrazić na estradzie zupełnie trzeźwego? To byłoby straszne!
Po śmierci Bona wielu jego kolegów zarzucało sobie, że nie potrafili mu pomóc w walce z nałogiem. Jeden z technicznych pracowników grupy twierdził: Potrafił wypić trzy butelki dziennie – na śniadanie, na obiad i kolację.
Kiedy zamieszkał w Londynie, stał się duszą towarzystwa, był obecny niemal na każdym muzycznym przyjęciu. Zawsze pojawiał się z butelką ginu lub whisky w ręce i oczywiście z dziewczyną u boku. Oprócz zamiłowania do imprez, Scott lubił tworzyć. Jak utrzymują koledzy, miał notes pełen tekstów, który nosił zawsze ze sobą. Cały swój wolny czas spędzał na pisaniu. W tekstach o zabarwieniu mocno erotycznym potrafił wprowadzić humor, a to w napuszonym hard rocku i heavy metalu było wówczas rzadkością. Po latach w jednym z wywiadów gitarzysta zespołu, Angus Young tak wspominał Bona: Był zabawnym, ogromnie zabawnym facetem. Miał wyjątkowe poczucie humoru. Zdarzało się, że powiedział coś i tarzałeś się ze śmiechu przez dwa dni. Przed wyjściem na scenę błagaliśmy go, by milczał, bo gdyby zaczął te swoje gadki, nie bylibyśmy w stanie grać.
18 lutego 1980 roku był w Londynie bardzo kiepskim dniem. Od rana lało niesamowicie, a po południu kałuże zaczęły zamarzać. Pogoda była iście barowa. Bon Scott wraz ze swoim kumplem Alistairem Kinnearem wybrał się do klubu „Music Machine”. W trakcie imprezy obaj ostro popijali. Po kilku godzinach postanowili jednak wrócić do domu Kinneara jego samochodem – Renault 5. Ten wyczyn akurat im się udał. Potem było już gorzej. Bardzo mocno wstawiony Bon nie chciał opuścić pojazdu. Kolega ułożył go więc na plecach, przykrył kocykiem i udał się na spoczynek do własnego mieszkania. Po piętnastu godzinach Alistair postanowił zobaczyć, co dzieje się ze śpiącym kumplem, niestety, Bon już nie żył. Mimo natychmiastowych działań lekarzy z King Collage Hospital nie udało się go reanimować. Miał 33 lata.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o