Shelley i jego band

0
110
borowiec1915
REKLAMA

W sieci na stronach polskojęzycznych jako dzień urodzin artysty z reguły figuruje 10 kwietnia 1947 roku. Sam kilka lat temu przyjąłem to za prawdę. Dziś jednak jestem przekonany, że należy wierzyć stronom anglojęzycznym i Encyklopedii rocka Wiesława Weissa, gdzie owszem podaje się datę 10 kwietnia, ale roku 1950. Dziesięć lat temu Shelley, niewielki człowiek, ze swoim steranym Fenderem wciąż zadziwiał energią i głosem, brzmiącym jak w latach siedemdziesiątych. W 2009 roku oklaskiwałem muzyka i jego Budgie dwukrotnie, najpierw wiosną podczas koncertu w krakowskim klubie Loch Ness, a następnie latem na Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty. Zwłaszcza ten drugi występ pozostawił świetne wrażanie i można było sądzić, że już wkrótce Shelley przy wsparciu Craiga Goldy’ego na gitarze oraz Steve’a Willimasa na bębnach wyda solidny album. Tak się jednak nie stało. W listopadzie 2010 roku trio Budgie miało rozpocząć 10-koncertową trasę po Polsce. Będąc już u nas Shelley poczuł się źle. Zaprzyjaźniony lekarz z Zielonej Góry zdiagnozował u niego tętniaka aorty i zarządził natychmiastowy zabieg. Operacja, która została przeprowadzona 9 listopada w szpitalu w Wejherowie, najprawdopodobniej uratowała muzykowi życie. Wkrótce potem Shelley znalazł się w Wielkiej Brytanii, tam wracał do zdrowia, ale do muzykowania w studio, a tym bardziej do występów przed publicznością już nie wrócił. W połowie lat siedemdziesiątych wielu polskich nastolatków dałoby się za Budgie pokroić. Band fascynował brzmieniem, intrygował nazwą, a bardziej wtajemniczonych pociągał swoim prowincjonalnym pochodzeniem, bo na co dzień grał przecież w prowincjonalnym Cardiff. Dla chłopców z Polski, podkreślmy chłopców, bo to nie była dziewczyńska muza, Budgie było trochę egzotyczne, trochę też swojskie, ale nade wszystko było mocarne.
W swoim czasie Shelley podczas jednej z konferencji prasowych opowiedział anegdotkę o tym, że grupa z początku przyjęła nazwę Budgie Droppings. Jednak na życzenie księdza, który umożliwił jej próby w parafialnej świetlicy, skrócono ją do Budgie, a znaczyło to tyle, co papużka falista. Shelley wspominał niegdyś: Chociaż ludzie traktowali nas trochę jak żart, mnie osobiście podobał się pomysł ochrzczenia zespołu Budgie. Graliśmy, co prawda muzykę tak potężną i ciężką, że na pewno nie przywoływała żadnych skojarzeń z ptaszkiem, pasującym raczej do dystyngowanych starszych pań. Pomysł ten mimo wszystko przemawiał do mnie. Ciekawe, ale i smutne zarazem jest to, że te pierwsze krążki, czyli Budgie, Squawk oraz Never Turn Your Back On A Friend przeszły niemal bez echa. Dopiero czwarty In For The Kill z 1974 roku znalazł się na listach bestsellerów, docierając w Anglii do pozycji dwudziestej dziewiątej. Album rok późniejszy, zatytułowany Bandolier, dotarł do miejsca 36. Dlaczego Walijczykom nie udało się osiągnąć większej popularności wśród fanów ciężkiego grania? Powodów było wiele. Największe znaczenie miał jednak fakt, że mimo nacisków ze strony wytwórni płytowych grupa nie zgodziła się przenieść z Cardiff do Londynu. Decydując się na pozostanie na prowincji musiała liczyć się z tym, że ci, którzy kreują rockowe kariery, a więc dziennikarze muzyczni, didżeje radiowi i prezenterzy telewizyjni będą mieli do niej utrudniony dostęp. Może też właśnie dlatego w zespole, w gruncie rzeczy niesprawiedliwie, widziano jedynie naśladowców Led Zeppelin i Black Sabbath. Budgie od chwili powstania w 1968 roku grało zawsze ciężko. Shelley przyznawał: Nie miało znaczenia, co braliśmy na warsztat. Zawsze wychodziło nam coś hałaśliwego i ciężkiego. Inaczej nie potrafiliśmy.
Gdy w latach osiemdziesiątych jubilat grywał za grosze w klubach swojego rodzinnego Cardiff, jego dawne kompozycje przeżywały prawdziwy renesans. Iron Maiden zarejestrował I Can’t See My Feelings z płyty Bandolier. Metallica nagrała Breadfan z krążka Never Turn Your Back On A Friend oraz Crash Course In Brain Surgery z In For The Kill, a po tytułowy numer z tej płyty sięgnął Van Hallen. Muzycy wielu zespołów, takich jak choćby Soundgarden, zaczęli się wypowiadać o Budgie jako o jednej z najbardziej inspirujących grup w historii metalu. Poprzez cztery dekady muzycznej aktywności Shelley i Budgie nie zarobili kokosów na sprzedaży płyt, nie koncertowali też na stadionach, stworzyli jednak swoją legendę. Legendę, na którą w pełni sobie zasłużyli.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o