Sierpień w Dolinie Charlotty (Cz. 2)

0
94
REKLAMA

Ostatniego dnia imprezy wybrałem się do amfiteatru w Dolinie Charlotty już w samo południe. To pora, o której jakiś z zespołów można zobaczyć w czasie próby. Liczyłem na Rodgersa i jego kapelę i… prawie udało się. Piszę prawie, bo próbujący The Paul Rodgers Band z gitarzystą Howardem Leese udało się poobserwować. Niestety, przed pojawieniem się lidera garstce osób zebranych na widowni kazano opuścić obiekt. Trudno. Udaliśmy się na kawę do restauracji na wyspie, skąd mogliśmy przysłuchiwać się próbie. Wieczorem ze zdumieniem stwierdziłem, że podczas koncertu zabrakło numeru Wishing Well, który na próbie był grany. Jednak po kolei.
Wieczór kończący tegoroczny festiwali otworzyła Chemia, serwując numery pochodzące m.in. z płyty Dobra Chemia. Jest to naprawdę solidny rockowy band, który supportował m.in. Guns ‘n Roses w Rybniku. Wcześniej w marcu otrzymał zaproszenie do The Warehouse Studio w Vancouver, którego właścicielem jest Bryan Adams. To niewątpliwe wyróżnienie.
Po Chemii na scenie pojawił się Perfect. Grzegorz Markowski stwierdził, że jest szczęśliwy, mogąc supportować Paula Rodgersa – swojego idola z nastoletnich czasów. Zagrany z rockowym biglem występ rozpoczęły stare, ostre numery, czyli A kysz, biała mysz, Lokomotywa z ogłoszenia i Idź precz. Całość koncertu zwarta i solidna, choć niepowalająca (co dzień wcześniej zrobiła Budka Suflera).
Wszyscy jednak czekają z niecierpliwością na finał wieczoru. Mija godzina 22, prowadzący koncert Jan Chojnacki zapowiada gwiazdę festiwalu, mijają minuty z głośników brzmi Free Fallin’ Toma Petty’ego. Wreszcie kwadrans po 22 na scenie pojawia się Paul Rodgers. Na początek z potężnym drivem brzmi Can’t Get Enough z debiutanckiej płyty Bad Company. Zaraz po nim soczysty Honey Child (z krążka Run With The Pack). Jako trzeci idzie obowiązkowy na koncertach (również tych z Queen) numer Feel Like Makin’ Love. Jest czad. Rodgersowi bardzo podoba się to, że publiczność śpiewa wraz z nim. Atmosfera robi się serdeczna, a zarazem gorąca muzycznie.
Czwarty numer to, ku mojemu zaskoczeniu, pomnikowy utwór Free – Mr. Big. To był zawsze popis basisty Andy’ego Frasera, ale Jaz Lochrie też doskonale potrafi sobie z nim radzić. Po tak energetycznym secie czas na uspokojenie. Rodgers siada przy fortepianie i zaczyna się tytułowy utwór z płyty Run With The Pack. Wszystko świetnie brzmi, a głos Paula po prostu elektryzuje. Patrzę na tego gościa po sześćdziesiątce, który wygląda na czterdziestolatka, i zastanawiam się, jak on to robi, że tak się trzyma i że jego głos jest tak fantastyczny, może nawet lepszy niż cztery dekady temu.
Znowu drive, rusza numer Satisfaction Guaranteed, który artysta wykonywał niegdyś z zespołem The Firm. Gdy tylko się kończy, gitarowe solo, zapowiada tytułowy kawałek z legendarnej płyty Free – Fire And Water. Serce łomoce, bo słyszeć to wszystko na żywo – to uczta na muzycznym Olimpie. Potem The Paul Rodgers Band serwuje Burnin’ Sky, a dalej idzie klasyczny The Stealer. Po takim dynamicznym secie Paul ponownie siada przy fortepianie, publiczność domaga się Bad Company i… rzeczywiście właśnie ten numer rusza. Niby prosta kompozycja, ale jakaż ekspresja, jaka potęga.
Po Bad Company czas na kompozycję With Our Love. To kawałek z ostatniego singla artysty. Krążek ten był (bardzo krótko) do kupienia przed koncertem. Dochód z jego sprzedaży artysta przeznaczył na rzecz prowadzonej z żoną fundacji. Po tej nowości brzmi piękna stara ballada Shooting Star i wreszcie dynamiczny finał w postaci Rock’n’Roll Fantasy. Kurcze, myślę sobie, to przecież nie może być koniec, musi być bis. Jest. Najpierw Walk In My Shadow, a potem All Right Now. Power, czad i wspólne śpiewanie. Publiczność jest w rockandrollowym niebie. Chciałoby się, aby ten numer trwał i trwał. Niestety wszystko, co piękne – trwa krótko. Paul, wyraźnie uradowany, kończy występ. Muzycy kłaniają się i opuszczają scenę. Nie do wiary, ileż to trwało? Kwadrans? Krótko, bo niespełna osiemdziesiąt minut, a przeciąż tyle utworów nie zabrzmiało. No cóż, lepszy niedosyt niż przesyt, ale to drugie w przypadku Paula Rodgers a raczej nie jest możliwe.
Jedno z moich muzycznych marzeń spełniło się. Mam nadzieję, że skoro tak bardzo Paulowi podobało się w Charlottcie, gdzie spędził cały tydzień, to zjedzie niebawem z Mickiem Ralphsem i Simonem Kirkem by zagrać jako Bad Company. Byłoby fantastycznie, a ja znów byłbym uszczęśliwionym dzieciakiem.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o