Skarb

0
71
REKLAMA

Fonograf - trzeci album zespołu Cocteau Twins - Treasure1 listopada 1984 roku wydany został trzeci album zespołu Cocteau Twins – Treasure. Czas pokazał, że była to jedna z najpiękniejszych płyt tamtej dekady.

Płyta trafiła w moje ręce wiosną roku 1985. Od tamtej pory do końca życia będzie mi się kojarzyć z ostatnimi egzaminami na UJ i, przede wszystkim, z narodzinami mojej córki. To w sensie emocjonalno-sentymentalnym, a w ujęciu estetycznym? No cóż, muszę przyznać, że wówczas byłem chyba znudzony tym, co działo się w muzyce anglosaskiej. Tym samym Treasure przyjąłem jak przejaw świata wypełnionego brzmieniem cudownym. Nie sądziłem, że jako fan rocka zapragnę chłonąć muzykę, która choć korzeniami tkwiła w tym gatunku, to jednak brzmieniowo była czymś odmiennym, czymś zdumiewającym i czarującym zarazem, a jednocześnie tak niewymownie pięknym.
Album Treasure był nagrywany u schyłku lata 1984 roku w Edynburgu i Londynie. Zarejestrował go zespół w swoim najbardziej twórczym składzie: wokalistka Elizabeth Fraser, gitarzysta Robin Guthrie oraz basista Simon Raymonde. Czuwał nad nimi Ivo Watts-Russell, szef wytwórni 4AD, w której Cocteau Twins stał się (obok Dead Can Dance i This Mortal Coil) zespołem flagowym.

REKLAMA

Sfera instrumentalna wydawnictwa, mocno minimalistyczna, sytuująca się w bardzo ulotnych rejonach, stanowiła tło dla głównej aktorki tego przedstawienia – Elizabeth Fraser. To ona, a właściwie wiodący prym jej głos stał się cudownie wyróżniającym elementem. Elementem bardzo przy tym tajemniczym, bo w wokalnym przekazie artystki nikt nie potrafił dosłuchać się konkretnego języka. Po latach Liz tak o tym mówiła: Zaczęłam wymyślać swój własny język. Używałam obcych słów, których znaczenia nie rozumiałam. Robiłam to z braku pewności siebie, aby otworzyć się i napisać tekst o tym co naprawdę czuję. Zresztą wcześniej, jako nastolatka, pisałam naprawdę okropne wiersze. Uważałam więc, że w zespole lepiej ukryć się za nieznaczącymi dźwiękami.
Jeden z dziennikarzy pisma Melody Maker – pisząc o wokalnym talencie Fraser – użył sformułowania: głos Boga. Inni prześcigali się w określeniach: nieziemska, eteryczna, oniryczna. Wokalistka Cocteau Twins swoim głosem hipnotyzowała. W tygodniku New Musical Express w relacji z koncertu zespołu opisano, jak zgromadzeni pod sceną punkowcy, słuchając kolejnych piosenek, zaczynali ukradkiem wycierać łzy, a jeden z nich tak to podsumował: To jak słuchać jakiejś cholernej Alicji z krainy czarów.
Gdy Fraser była nastolatką, pociągały ją wyłącznie muzyka pop i imprezy taneczne. Podczas jednej z takich imprez 17-latkę wypatrzył na parkiecie Robin Guthrie, lider Cocteau Twins. Tak to potem wspominał: Tańczyła wspaniale, nie zwracając uwagi na otaczających ją ludzi. Wyglądała nieziemsko, kompletnie zatopiona w swoim własnym świecie. Nie miałem ani chwili wątpliwości, że będzie równie niezwykłą wokalistką.

Czas na słów kilka o płycie. Rob Morton w recenzji zamieszczonej w książce 1001 albumów muzycznych, stwierdził, że Treasure jest nie do zapomnienia, że już utwór Ivo z delikatnym wokalnym intro i „krzyczącą” gitarą otwiera album na wysoką nutę. Z kolei Lorelei zaczynająca się łaskoczącą ucho melodyjką kurantową i „dwutonowymi” syntezatorami, szybko eksploduje napędzającym rytmem i przepięknymi wokalami. Ujął to zresztą następująco: Głos Fraser opada i dyszy, unosi się i wzdycha wysoko ponad muzyką. Trudno uwierzyć, że jej wznoszące, śpiewne refreny pochodzą z tych samych ust, co głębsze śpiewane vibrato.
Po dwóch pierwszych perełkach następowały kolejne cudowne kompozycje. Persephone nadawała albumowi nieco industrialny klimat, Pandora uwodziła z lekka jazzowym brzmieniem. Czarowały Amelia i Cicely, urzekał jeden z najbardziej onirycznych kawałków – Otterley, w którym można było słyszeć ni to ludzką istotę, ni to wiatr. Album wieńczył Donimo. Czynił to równie mocno, jak się zaczynał, z anielskim, dwuminutowym intro ustępującym ostatniej eksplozji perkusji.

Treasure osiągnął 29. miejsce w brytyjskim zestawieniu bestsellerów płytowych, będąc pierwszym dużym krążkiem tria, który w Top 40 znajdował się przez osiem tygodni. Stał się również, mimo umiarkowanej opinii samych autorów, jednym z najbardziej udanych wydawnictw w historii grupy.
Skarb to pomnikowe dzieło lat osiemdziesiątych, nierozerwalnie z tamtym czasem związane. Śmiem twierdzić, a nie darzę tamtej dekady (poza polską sceną rockową) jakimś szczególnym uznaniem, że taka muzyka mogła powstać tylko wtedy – ani wcześniej, ani też później. To muzyka wywodząca się gdzieś z postpunkowo-zimnofalowych klimatów, jednak niemożliwa do stylistycznego zaszufladkowania. Niemożliwa, bo to, po prostu, muzyczny majstersztyk.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o