Slade Alive!

0
78
borowiec1713

Byłem trzynastolatkiem, kiedy z radiowego programu Fonoserwis z wypiekami na twarzy nagrywałem zapowiedziany wcześniej fragment tej płyty zarejestrowanej przez mój ulubiony zespół. Na tamten fragment złożyły się dwa utwory: Keep On Rocking oraz Get Down And Get With It. Do dziś pamiętam, jakie było moje rozżalenie, kiedy minutę przed wybrzmieniem drugiego z nich taśma na mojej „zetce” skończyła się. Wtedy nawet nie marzyłem, że pięć lat później w krakowskiej hali Wisły będę oglądał Slade na żywo. Tyle tylko, że w 1978 roku to już nie była moja topowa kapela.
Dziś Slade to dla mnie sentymentalny fragment beztroskich czasów. Muszę jednak przyznać, że album Slade Alive! naprawdę lubię i jestem przekonany, że na mojej prywatnej liście rockowych płyt wszech czasów ma zapewnione miejsce w pierwszej setce.
Pomysł nagrania krążka podsunął menager zespołu, wcześniej basista zespołu The Animals i odkrywca Jimi’ego Hendrixa – Chas Chandler. Doskonale trafił, bo Slade na żywo był glamrockowym wulkanem. W październiku 1971 roku w Command Theatre Studios na londyńskim Piccadily band zagrał dla swoich fanów trzy koncerty za darmo. Większość zawartego na płycie materiału została zarejestrowana 20 października podczas drugiego koncertu, a chociaż sala mogła pomieścić zaledwie 300 osób, wystarczyło to, by uchwycić nieokiełznany żywioł w akcji.
Slade (wcześniej pod innymi nazwami) funkcjonował wtedy już od pięciu lat, ale w tamtych dniach znalazł się na fali wznoszącej. Stało się to za sprawą przeboju Coz I Luv You, który uplasował się na szczycie brytyjskiej listy singlowej i zapowiadał tłuste lata. Do października 1974 roku grupa miała aż pięć numerów jeden (Take Me Bak ‘Ome, Mama Weer All Crazee Now, Cum On Feel The Noize, Skweeze Me Pleeze Me, Merry Xmas Everybody), trzy numery dwa i dwa hity na pozycji trzeciej (w tym słynny Everyday).
Album Slade Alive! w rodzimej Anglii nie schodził z oficjalnej listy bestsellerów przez prawie 60 tygodni, dwukrotnie wspiął się tam na drugie miejsce, ale (dla przykładu) w Australii dotarł na sam szczyt. Upłynęło cztery i pół dekady, a krążek, jak by nie było, pozostał najbardziej rozpoznawalnym i zarazem najchętniej słuchanym w całej dyskografii zespołu (no, może obok Slayed?).
Na „koncertówce” Slade znalazły się trzy kompozycje własne zespołu oraz pięć coverów zaserwowanych drapieżniej od oryginałów. Końcowe uderzenia w otwierającej płytę kompozycji Alvina Lee – Hear Me Calling, nie pozostawiały wątpliwości co do tego, o co chodziło muzykom Slade. Na pewno nie zamierzali kreować kontemplacyjnych pejzaży muzycznych ani też popisywać się porywającymi riffami (z tym akurat Dave Hill miałby pewne kłopoty). Chodziło o pochodzące z rockandrollowych trzewi emocje.
Z hippisowskiej balladki Johna Sebastiana Darling Be Home Soon Slejdzi zrobili kawał utworu, w którego finale zaatakowali z niezwykłą energią. Przy okazji Noddy Holder przeniósł ten numer do grona zapadających w pamięć, „okraszając” go potężnym beknięciem w momencie największego wyciszenia.
Na pierwszej stronie winylowej płyty znalazły się także dwie kompozycje własne, nieco mroczna Know Who You Are oraz In Like a Shot From My Gun. W 1981 roku perkusista Don Powell został zapytany, dlaczego druga z nich nigdy nie została nagrana w studiu. Odpowiedział: Po nagraniu na żywo nie sądziliśmy, że możemy to zrobić dobrze w studiu – to w zasadzie jest piosenka koncertowa.
Drugą stronę krążka wypełniło pełne energii typowo rockandrollowe łojenie. Dwa wspomniane na wstępie kawałki to właściwie kwintesencja muzyczno‑showmańskich umiejętności facetów z Wolverhamptonu, taki zwierzęcy czad i młodzieńcza radość grania. No, ale był jeszcze finał, Born To Be Wild zespołu Steppenwolf. I co? Otóż, z należnym szacunkiem dla oryginału, Slade zaserwował porywająco dziką wersję o sile hardrockowego buldożera. Nie znalazły się tam żadne kompromisy, a wszystkie „efekty specjalne” zostały odegrane wyłącznie przy pomocy gitar i wzmacniaczy, bez jakichkolwiek dodatkowych bajerów.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o