Solowy debiut Gilmoura

0
67
borowiec1922
REKLAMA

Pamiętam, jak w styczniu 1979 roku, dzięki radiowemu programowi Muzyczna Poczta UKF Piotra Kaczkowskiego, zarejestrowałem tę płytę na mojej taśmowej zetce. Ciekawe, że dzień później w programie Mini-Maks ten legendarny prezenter przedstawił z kolei płytę Wet Dream – debiutancki krążek Richarda Wrighta. Dzięki temu obie solowe płyty „Floydów” towarzyszyły mi w ostatnich miesiącach przed maturą. To był cudowny, ekscytujący czas. Czas, w którym życie stało otworem, a muzyka uwodziła swoim ponadczasowym urokiem. Przechodzę jednak do meritum.
Ta płyta musiała w tamtych latach powstać. Był to czas, kiedy w zespole Pink Floyd, Roger Waters za przyczyną swojego rozdętego ego, zaczął bezwzględnie dominować. Z tego właśnie powodu David Gilmour coraz więcej pomysłów musiał odkładać do szuflady. Wkrótce uzbierało się ich tyle, że można było stworzyć płytę długogrającą.
Genezę powstania albumu gitarzysta przedstawił na łamach włoskiego magazynu Ciao, brzmiała następująco: Działalność Pink Floyd zawsze była bardzo intensywna. Nie mogliśmy sobie pozawalać na trwonienie sił. W zespole takim jak nasz odczuwasz satysfakcję, ale też odpowiedzialność. Na przykład taka paranoja, że każdy następny album musi być lepszy od poprzedniego (…). Po nagraniu płyty „Animals” stwierdziliśmy, że musimy porządnie wypocząć. Zdecydowałem, że podczas tego odpoczynku wolę popracować, ale na własny rachunek.
Do pracy Gilmour wybrał południowo francuskie klimaty. W miejscowości Miravel wynajął studio Super Bear i w relaksacyjnej atmosferze przystąpił do rejestracji materiału.
Całość otwierał instrumentalny Mihalis. Utwór nieco hipnotyczny, a zarazem dość lekki, oparty na powtarzającej się strukturze akordów, wzbogacony efektowną partią solową. Jako druga zabrzmiała wydana na singlu kompozycja There’s No Way Out Of Here. Piosenka nośna i melodyjna, z solidnym riffem, ładnym wokalem Davida i śpiewem pań w chórku, a także z bardzo dobrą solówką gitarową. Ta kompozycja – autorstwa Kena Bakera, pianisty grupy Unicorn, której albumy Gilmour produkował – uchodzi wg niektórych za najlepszą na płycie. Dla mnie pozostaje jedną z trzech ulubionych.
Następnym był Cry From The Street – utwór z funkową podstawą, interesującym solo gitary (ukłon w stronę bluesa), wybrzmiewający jakby zapożyczonym z watersowskiego Sheep motywem, który w pewnym stopniu powracał potem w zakręconym instrumentalnym Deafinately. Z kolei So Far Away była fajnie rozwijającą się urokliwą balladą miłosną z klimatyczną solówką, brzmiącą niczym inna wersja floydowskiego Comfortably Numb. Dalej następował numer Short And Sweet z konkretnym riffem i udaną melodią, będący efektem współpracy z Royem Harperem, tym od Have A Cigar z płyty Wish You Were Here.
No i wreszcie mój ulubiony fragment płyty z Raise My Rent i No Way. Ten pierwszy to utwór instrumentalny, w którym osiemdziesiąt procent całości wypełnia przemyślane solo pokrywające gitarową podstawę. To jakby zapowiedź tego, co artysta zaproponował w Pink Floyd pod koniec funkcjonowania grupy. A No Way? Warto wsłuchać się tu w kilkuakordowy motyw grany na klawiszach w tle. Dla mnie to on właśnie stanowi o hipnotycznym uroku tej kompozycji. Brzmiąca na finał łagodna oszczędna ballada I Can’t Breathe Anymore udanie wieńczyła całość.
Płyta była promowana przez serię wywiadów Gilmoura w amerykańskich mediach. Niestety nie osiągnęła tam wyjątkowych efektów sprzedażowych. Na liście bestsellerów magazynu Billboard dotarła do pozycji 29, z czasem jednak pokryła się złotem.
W 1983 roku na łamach pisma Guitar Heroes Gilmour mówił o mankamentach płyty: Teraz dostrzegam, że mogłem zrobić coś więcej. Jakość dźwięku, miksu nie jest tak dobra, jak w Pink Floyd. Honorując tę opinię warto sięgnąć po zremasterowane wydanie albumu z roku 2006. Utwory brzmią tam w nieco dłuższych wersjach, z reguły trwają kilkanaście sekund więcej, ale np. No Way oraz I Can’t Breathe Anymore zostały rozbudowane o blisko minutę.
Na koniec jeszcze jedna refleksja nawiązująca do początku dzisiejszego Fonografu. Dla mnie David Glimour na zawsze pozostanie twórcą „muzycznego pejzażu” moich przedmaturalnych miesięcy. Dziś wydaje mi się, że było to tak niedawno. Wiem jednak, że to tylko czasoprzestrzenne złudzenie. W najbliższą sobotę wraz z moimi rówieśnikami będę świętował okrągłą rocznicę matury w III LO w Tarnowie. Którą? Można policzyć.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o