Sparks

0
fonograf-SPARKS 1
REKLAMA

Pierwszego maja mija pół wieku od wydania Kimono My House, najlepszej płyty zespołu Sparks. Jest zatem okazja, aby wrócić nie tylko do tego krążka, ale i do samej grupy, wciąż istniejącej, a szczególnie popularnej w połowie lat 70.

Tak swoją drogą zespół mógłby wreszcie zagrać u nas, ale jakoś ani widu, ani słychu o jego ewentualnych występach, a przecież i koncertuje, i nagrywa płyty. W maju ubiegłego roku wydał całkiem nieźle przyjęty album, zatytułowany The Girl is Crying in Her Latte. Płyta została odnotowana w wielu zestawieniach, plasując się (dla przykładu) na siódmej pozycji w rankingu bestsellerów w Anglii i wysoko, bo na pozycji drugiej na liście w Szkocji.

Sparks powstał w Los Angeles w 1971 roku jako nowe wcielenie formacji Halfnelson. Od początku motorem wszelkich muzycznych poczynań grupy byli bracia Mael, czyli grający na instrumentach klawiszowych, urodzony w 1945 roku Ron oraz potrafiący śpiewać falsetem, trzy lata młodszy Russell. Muzycy od dziecka związani byli z estradą, obaj też zaliczyli kilka lat studiów na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles, Ron studiował grafikę, a Russell teatr i film.

REKLAMA (2)

W USA, mimo opieki znanego piosenkarza i producenta Todda Rundgrena oraz menedżera Alberta Grossmana, zespołowi nie udało się wypłynąć na szersze wody. W 1973 roku band odbył intensywną trasę po klubach Wielkiej Brytanii, gdzie – dla przykładu – w słynnym londyńskim Marquee był supportowany przez… Queen. Trasa, choć mocno wyczerpująca, wpłynęła na decyzję braci o podpisaniu kontraktu z wytwórnią Island i pozostaniu w Anglii.

W studiach nagraniowych Island, od grudnia 1973 roku do lutego roku 1974, pod okiem producenta Muffa Winwooda, powstawał materiał na pierwszy europejski album zespołu.
Tytuł albumu to właściwie gra słów odnosząca się do piosenki Rosemary Clooney Come on-a My House. Nie była to jednak tylko tego rodzaju gra. Sparks zafundował światu grę z konwencjami muzycznymi i uczynił to na tyle sprawnie i nowatorsko, że byli tacy, którzy widzieli w nim nowych Beatlesów. Oczywiście tamte pełne zachwytów opinie czas zweryfikował, jednakże braciom Mael trudno odmówić stworzenia nader interesującego zjawiska muzycznego.

Płytę otwierała kompozycja This Town Ain’t Big Enough For Both Of Us. Ta glamrockowa operetka, bo tak ją nazwał muzyk i krytyk Chris Shade, została wydana na promującym album małym krążku, który dotarł do pozycji drugiej angielskiej listy singlowej tygodnika New Musical Express. Chris Shade tak pisał o tym hicie: zaczyna się hipnotyzującymi dźwiękami klawiszy i niepokojącymi wokalizami, falą wystrzałów, operowym wyciem i skrzeczącymi gitarami. Dzięki temu przebojowi doszło do pamiętnego występu zespołu w cotygodniowym muzycznym programie BBC „Top Of The Pops” – Ron patrzył spode łba w kamerę, jego wąsik à la Hitler podkreślał śmiertelnie poważny, przerażający dzieci wygląd, podczas gdy Russell tańczył jak wariat dookoła niego, dumnie eksponując brzydkie zęby.

Numerem drugim na płycie był równie przebojowy, szalony i radosny zarazem kawałek Amateur Hour. Singel z nim notowany był w Anglii na pozycji 7. W utworze tym falset Russella stał się świetnym, choć nieco dziwacznym dopełnieniem zabawnej gry słów w tekście, w którym pojawia się skrzypek Yehudi Menuhin.

Po Amateur Hour następował połamany walczyk Falling In Love With Myself Again z patetycznym perkusyjno-klawiszowym intro, a dalej znowu piosenka o znamionach przeboju – Here In Heaven.

REKLAMA (3)

W odniesieniu do kolejnych utworów sięgam ponownie do tekstu Chrisa Shade’a. Dramatyzm w stylu camp na „Thank God It’s Not Christmas” i „Hasta Mañana, Monsieur” brzmi jakby wczesne Roxy Music reżyserowało musical na Broadwayu. Druga z tych kompozycji, to, obok In My Family, jedno z dwóch wspólnych dzieł braci Mael na płycie, gdyż autorem wszystkich pozostałych stał się wyłącznie Ron.

Kiedy wybrzmiewała finałowa kompozycja Equator, miało się ochotę jeszcze raz od początku zapuścić płytę. Co by nie mówić, w tej intrygującej muzyce była operetka, wodewil, rock and roll, solidny rock, a nawet punk.

Po latach album przywołuje wspominane zespoły, czyli Roxy Music i Queen. Trzeba jednak podkreślić, że w tamtym czasie jeśli były to inspiracje, to na pewno niejednostronne, bo echa muzyki Sparks znajdowały się też w dokonaniach Queen i Freddiego Mercury’ego.

W 2004 roku Morrissey, znany angielski artysta, zaprosił muzyków Sparks do londyńskego Royal Festival Hall, by zaprezentowali muzykę tworzącą Kimono My House. Wcześniej Morrissey ulokował krążek w ustalonej przez siebie grupie trzynastu najlepszych albumów, a jakiś czas przed nim również lider Nirvany, Kurt Cobain, umieścił go w gronie ulubionych płyt wszech czasów.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
0
Napisz komentarzx