Stevie Ray Vaughan

0
37
borowiec1835
REKLAMA

26 sierpnia 1990 roku w Alpine Valley Music Theatre w Earl Troy (stan Wisconsin) odbyło się świetne muzyczne show, podczas którego wystąpili: Stevie Ray Vaughan, jego brat Jimmy oraz takie gwiazdy jak: Robert Cray, Eric Clapton, Albert Lee i Buddy Guy. Dla wielu obecnych tam porywający koncert był spełnieniem marzeń, a brawurowe wykonanie Sweet Home Chicago przeszło do legendy.
Finał koncertu nastąpił późnym wieczorem. Tuż potem Stevie i Jimmy zaplanowali powrót. Jimmy i jego żona postanowili wrócić do Chicago samochodem. Stevie w ostatniej chwili zdecydował się na przelot helikopterem wraz z ekipą Erica Claptona. Śmigłowiec, bez jednego z obowiązujących certyfikatów, wystartował około godziny 0:40 i skierował się na północ. Wkrótce osaczyła go gęsta mgła, widoczność została ograniczona dramatycznie. Tuż po godzinie 1:00 pilot stracił orientację i maszyna uderzyła w zbocze wzgórza, którego wysokość nie przekraczała 300 stóp. Zginęli wszyscy.
W lipcu 1985 roku na łamach magazynu Guitar Player Eric Clapton tak wypowiedział się o Steviem: Jest właśnie tym, kim chciałem być, gdy miałem szesnaście lat. Ten sam magazyn pół roku przed tragiczną śmiercią muzyka opublikował wypowiedź innego wielkiego z wielkich – Jeffa Becka: Myślę, że Stevie gra teraz nowoczesnego bluesa. Nikt nie jest w stanie zbliżyć się do jego brzmienia i tego jadu, który mu towarzyszy. Fakt, Vaughan potrafił brzmieć i ostro, i kąśliwie, ale gdyby tylko w ten sposób potrafił grać, nie byłby muzykiem pierwszej wielkości. Doskonale ujął to jego brat: Stevie stara się, by jego grą kierowały uczucia. Potrafi jednocześnie zawodzić i grać delikatnie. Nigdy nie gra jednego utworu w ten sam sposób.
Z grą Steviego Raya Vaughana zetknąłem się przy okazji jego drugiej płyty „Couldn’t Stand The Weather”. Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie krążek, a zwłaszcza hendriksowski numer Voodoo Child (Slight Return). To było jakieś kosmiczne, absolutnie perfekcyjne wymiatanie. Perfekcyjne, bo jakkolwiek Hendrix był gitarowym geniuszem, to jednak w porównaniu z tym, co prezentował Vaughan, grał nonszalancko. Natchniony Teksańczyk zdumiewał nie tylko polotem i wyobraźnią, ale też brzmieniem i maestrią wykonania.
Muzyk o swoich umiejętnościach wypowiadał się jednak z pokorą: Nie jestem Hendrixem – nie umiem zagrać wszystkich rytmów świata, jednocześnie śpiewać i udawać, że wszystko jest w porządku. Co by nie mówił, dla wielu fanów pozostał wybitnym, a nawet niedoścignionym gitarzystą.
Najbardziej wyróżniającym elementem stylu gry Vaughana – jak można przeczytać w książce Chrisa Gilla „Legendy Gitary” – była technika gry prawą ręką. Trzymając kostkę pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym, często przechodził od gry wyłącznie kostką do gry kostką i środkowym palcem. Ulubionym instrumentem Vaughana był gitara Fender Stratocaster z 1959 roku, od czasu do czasu używał też Gibsona ES‑335 z 1958 roku oraz gitar Telecaster.
Gitarzysta był nie tylko świetnym solistą, ale również cenionym muzykiem sesyjnym. W 1983 roku pojawił się na płycie „Let’s Dance” Davida Bowiego. To umożliwiło mu dotarcie do szerokiego grona odbiorców. W kolejnych latach gościł m.in. na albumach tak różnych wykonawców jak James Brown (płyta „Gravity”), Don Johnson („Heartbeat”), Lonnie Mack („Strike Like Lightning”), Jennifer Warnes („Famous Blue Raincoat”), Stevie Wonder („Characters”), Bill Carter („Distant Drums”) oraz Bob Dylan („Under A Red Sky”).
W tym samy roku co „Let’s Dance” wydany został debiutancki album artysty, zarejestrowany z zespołem Double Trouble. Został zatytułowany „Texas Flood” i, co warto podkreślić, wkrótce po wydaniu uzyskał status Złotej Płyty.
W 2003 roku artysta został sklasyfikowany na 7. miejscu listy 100 największych gitarzystów wszech czasów magazynu Rolling Stone. W podobnym rankingu pismo Guitar World Magazine umieściło go na miejscu 8. W 2000 roku jego nazwisko znalazło się w Bluesowym Panteonie Sław, a osiem lat później zostało wprowadzone do galerii wybitnych artystów rockandrollowych.
Kilka miesięcy przed śmiercią na łamach Guitar Player Stevie powiedział: Staram się wydobyć z gitary maksimum brzmienia. Są takie noce, kiedy wydaje mi się, że wszystko powstaje samo z siebie, bez mojego udziału. Dla nich warto grać. Wielka to strata, że pewna sierpniowa noc, sama z siebie, zabrała wszystko, co mógł jeszcze stworzyć i zagrać.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o