Strawiński rockowej gitary

0
40
borowiec1402
REKLAMA

James Patrick Page urodził się 9 stycznia 1944 roku w Heston w hrabstwie Middlesex. Wychowywany w dzieciństwie z dala od rówieśników twierdził po latach, że jest samotnikiem, któremu izolacja nie przeszkadza w żadnym stopniu, wręcz przeciwnie daje mu poczucie pewności. Swoją trwającą do dzisiaj, pełną pasji przygodę z gitarą rozpoczął w wieku ponad czternastu lat.
Jego pierwszym instrumentem stała się hiszpańska gitara z metalowymi strunami. Była to zaledwie namiastka instrumentu. Jimmy porwany przez rock and rolla chciał jednak grać z inwencją i sprawnie technicznie. W muzyce Presleya i Chucka Berry’ego kręciły go, jak mówił, podniecenie i energia, a solówki, które się podobały, wywoływały dreszcze. Uczył się ich na pamięć. Solówki akordowe przyswajał, słuchając płyt Buddy’ego Holly’ego. Potem skoncentrował się na stylu Scotty’ego Moore’a i Jamesa Burtona, który wykorzystywał technikę podciągania strun. Aby jednak kopiować brzęczące brzmienie tych muzyków, należało dysponować gitarą elektryczną. Początkowo stał się nią instrument z elektrycznym przetwornikiem marki Hoffman Senator, a potem – posiadająca już korpus wykonany z litego drewna Grazioso – brytyjska kopia fendera stratocastera.
Nastoletni Page, mimo że poświęcił się gitarze elektrycznej, zainteresował się również odmianą akustyczną tego instrumentu. Udało mu się zdobyć rzadki wówczas model Country Gentleman, na którym regularnie grał Chet Atkins. Po latach można było podziwiać grę Jimmy’ego, w której z powodzeniem łączył techniki charakterystyczne dla każdego z tych instrumentów.
Pierwszym w pełni profesjonalnym zespołem, z którym się związał, była grupa Neil Christians And The Crusaders, grająca w tym czasie pionierską jak na Anglię muzykę Chucka Berry’ego i Bo Diddleya. Page, wtedy siedemnastolatek, szybko zapracował sobie na opinię asa gitary. Dzięki solidnym zarobkom dysponował nowoczesnym, dziś rzekłoby się super wypasionym, sprzętem. Jako pierwszy gitarzysta w Londynie stosował nożne przyciski. W stolicy Albionu w dobrym tonie było wtedy zobaczyć i usłyszeć to, co ten smarkacz, jakby nie było, wyczynia podczas koncertów.
Zostając studentem sztuk pięknych, Jimmy nie przerwał swoich gitarowych poszukiwań. Ponoć co niedzielę pod okiem mamy, która szykowała herbatki, jamował w swoim domowym studio z serdecznym kumplem Jeffem Beckiem oraz innymi młodymi adeptami rhythm and bluesa. Po jednym z jamów w klubie Marquee brzmienia gratulował mu Eric Clapton. Dzięki regularnym występom w tym legendarnym lokalu Jimmy wypracował sobie pozycję lidera wśród brytyjskich gitarzystów sesyjnych. Miał wtedy niespełna dwadzieścia lat.
Talent i regularna praca pozwoliły mu na elastyczne dostosowanie się do wszelkich stylów gitarowych. Dzięki temu zagrał we wczesnych nagraniach takich wielkich kapel tamtego okresu, jak: The Who, Kinks czy Them. Co więcej, utrzymuje się, że przy udziale Page’a (jako muzyka sesyjnego) powstało w latach 60. co najmniej 60% wszystkich znaczących nagrań.
W połowie tamtej dekady najmodniejszym bandem w Londynie był The Yardbirds z Erikiem Claptonem, wówczas dobrym znajomym Jimmy’ego. Ciekawe, że jeszcze zanim Clapton opuścił The Yardbirds, Page otrzymawszy od managera propozycję objęcia w zespole funkcji gitarzysty prowadzącego, zrezygnował i polecił w swoje miejsce Jeffa Becka. Ten w dowód uznania i przyjaźni podarował mu rzadki egzemplarz gitary fender telecaster.
Page zawsze lubił dźwiękowe eksperymenty. Podczas jednej z sesji w 1966 roku po raz pierwszy użył do gry smyczka. Był sam zaskoczony tym, jakie dźwięki wydobyły się z „wiosła” marki Gibson Black Beauty. Od tamtej pory opanowywał tę technikę i dążył do perfekcji. Latem wspomnianego roku Page (za namową Becka) przyjął posadę gitarzysty basowego w The Yardbirds. Z czasem stał się pełnoprawnym gitarzystą używającym między innymi gitar marki Telecaster oraz Les Paul 1949. Jego błyskotliwe umiejętności mogli podziwiać Amerykanie w 1966 roku, a w latach 1967‑1968 miłośnicy rocka w całym cywilizowanym świecie. A potem? Potem powstał Led Zeppelin.
I jeszcze coś na koniec. Z muzycznych biografii, które w ostatnich latach ukazały się na naszym rynku wydawniczym, zdecydowanie polecam rzecz autorstwa Brada Tolinskiego Światło i cień. Jimmy Page w rozmowach. Jest to znakomicie zredagowana, barwna, nasycona faktami opowieść tworząca portret tego legendarnego gitarzysty.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments