Studyjny finał Led Zeppelin

0
82
borowiec1434
REKLAMA

Dziś wracam do tego ostatniego krążka Zeppelinów, gwoli jednak pewnej kurtuazji wobec wybitnego jubilata przypomnę jedynie, że w 2006 roku pismo Hit Parader sklasyfikowało Planta na czele listy 100 najlepszych wokalistów metalowych wszech czasów. Trzy lata później wokalista uplasował się na 1. miejscu listy 50 najlepszych heavymetalowych frontmanów wszech czasów według Roadrunner Records. Warto o tym pamiętać, bo to współczesne rankingi, nie układane wyłącznie przez znawców‑zgredów. Czas jednak na słowa o albumie.
In Through The Out Door, po wcześniejszej 3-letniej przerwie wydawniczej, był swoistą próbą powrotu grupy do ścisłej rockowej czołówki. Oczywiście, Zeppelini w tamtej dekadzie nigdy tej czołówki nie opuścili, ale wówczas była to też ich walka o utracone wpływy i po prostu o kasę. Nie było to zresztą wcale takie łatwe, bo nowofalowy świat, a – co za tym idzie – również media najnormalniej nie znosili Led Zeppelin. Paul Simonon, basista punkowego The Clash, twierdził: Led Zeppelin? Nie muszę nawet słuchać muzyki, wystarczy spojrzeć na jedną z ich okładek i już chce mi się rzygać! Tamten stan rzeczy, jak to zresztą bywa, został mocno zweryfikowany przez czas i dziś już tylko szurnięty punk mógłby uważać tak jak niegdyś Simonon.
A propos jednak okładek. Album In Through The Out Door posiadał ich sześć różnych wersji, a każda z nich przestawiała nieco odmienne ujęcia „Dear Johna” w ponurej, obskurnej spelunie. Rzecz jasna, był to objaw typowo zeppelinowskiej ekstrawagancji, tu jednak posuniętej do granic. Okładka – oczywiście była ważna, ale nie aż tak, jak muzyka.
Wśród starych fanów rocka nie będę oryginalny, jeśli powiem, że kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z muzyką zawartą na tym krążku byłem nią po prostu mocno rozczarowany. Z czasem zmieniłem zdanie, co też nie było jakimś oryginalnym dokonaniem. Bodaj na początku lat 90. znane ze zgryźliwości pismo Rolling Stone chwaliło ten album. Jednak latem 1979 roku Chris Bohn, wpływowy krytyk równie wpływowego pisma Melody Maker, przedstawił kąśliwie zatytułowaną recenzję Whole lotta bluff, było to ironiczne nawiązanie do klasycznego numeru grupy – Wholle lotta love. W recenzji tej właściwie zmiażdżył zespół – pisząc, że kwartet nie ma już nic do powiedzenia w rocku. Pal licho jednak skrajne opinie.
Jak nigdy wcześniej, tym razem kontrolę nad kompozycjami i brzmieniem zespołu przejął klawiszowiec John Paul Jones. Płytę otwierał numer In The Evening, który przez niektórych został z miejsca mocno „zjechany” za toporność i brak własnego stylu. Nie było jednak aż tak źle. Co więcej, była to kompozycja o quasi symfonicznym wymiarze, niezwykła i dość przerażająca zarazem, z nałożonymi gitarami i – jak to napisał Stephen Davis – konwulsyjnymi okrzykami Planta – I’ve got pain. Ten, jak dla mnie, naprawdę solidny numer zapowiadał niezwykłą atmosferę dalszych części krążka. Inny kawałek Fool In The Rain miał wstęp jak u typowego Zeppelina lecz potem kierował się ku muzyce brazylijskiej i kończył się jakąś uliczną sambą i okrzykami.
Zespól był ponoć szczególnie zadowolony z dwóch utworów. Pierwszym z nich była epicka Carouselambra, zbudowana na kilku wątkach i rytmicznych dźwiękach syntezatora. Tekst Roberta Planta zawierał fragmenty mowy pogrzebowej na cześć skandynawskiego wodza. Tym drugim utworem był All My Love – kompozycja ożywiona syntetycznie brzmiącymi skrzypcami i takąż solówką na trąbce.
Krążek zawierał też dwa lżejsze utwory – South Bound Suarez, będący prostą rytmiczną piosenką, na którą Jimmy Page nałożył pełną dysonansów gitarę, oraz Hound Dog, stanowiący dowcipną parodię country, ponoć zainspirowaną postacią dziewczyny Planta z Teksasu. Całość płyty wieńczył solidny utwór z ujmującym bluesowym solo Page’a, jeden z moich ulubionych: I’m Gonna Crawl.
Zapewne szkoda, że odrzucono z krążka niektóre utwory, takie jak Ozone Baby czy Wearing And Tearing, które pokazywały Led Zeppelin w nowofalowym przebraniu. Kompozycje te znalazły się dopiero na „pośmiertnej” płycie Coda.
Pełen tęsknej melancholii krążek In Through The Out Door na pewno nie był mistrzowskim dokonaniem Zeppelina, był raczej wyrazem mozolnych zmagań z muzycznymi trendami, które zewsząd go osaczały. Powstał więc swoisty zapis walki zeppelinowskiego hard rocka z młodą muzyką, a była to walka o przetrwanie.

REKLAMA
REKLAMA

Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments