Tlen

0
borowiec
borowiec1749
REKLAMA

Na progu wielkiej kariery, tuż przed wydaniem Oxygene, Jean Michel Jarre zapowiedział, że jego ambicją jest dostarczenie czterdziestominutowych piosenek bez słów. To zdecydowanie różniło go od uznanych twórców rocka elektronicznego, takich jak choćby zespól Tangerine Dream, który skłaniał się wtedy ku różnym eksperymentom dźwiękowym. Co więcej, Jarre zarzucił muzykom z tego kręgu brak inwencji melodycznej oraz odpychający chłód emocjonalny.
Tu mała, osobista dygresja. Było to jakieś 40 lat temu. Dzięki koleżance z klasy, która otrzymywała winyle z Ameryki, z zainteresowaniem, ale i niedowierzaniem sięgnąłem po płytę Oxygene, bo o kimś takim, jak Jean Michel Jarre nigdy wcześniej nie słyszałem. Pierwsze informacje, które znalazłem w prasie na jego temat, podkreślały fakt, że jest synem Maurice’a Jarre’a – cenionego, uhonorowanego Oscarami kompozytora filmowego. Wracam jednak do muzyki. Kiedy przesłuchałem Oxygene od początku do końca, to… stało się. Oto nastolatek (słuchający na co dzień ostrego rocka) został zauroczony muzyką elektroniczną młodego Francuza na tyle, że usłyszał w niej dzieło na miarę The Dark Side Of The Moon Pink Floyd. Czas zweryfikował tamtą opinię, ale wtedy moja nastoletnia wyobraźnia wykreowała przy płycie Jarre’a więcej romantyczno‑filmowych historii niż przy wszystkich innych.
Co by jednak nie pisać o upodobaniach pewnego nastolatka, trzeba stwierdzić, że do czasu pojawienia się suity Oxygene muzykę elektroniczną postrzegano jako mroczną, zimną, często hermetyczną brzmieniowo i przeznaczoną dla wąskiego grona zagorzałych fanów. Jarre, który zaczynał od gry w zespołach rockowych, dość szybko zrozumiał, że najlepiej czuje się w otoczeniu własnych instrumentów, o czym tak mówił: Przeszedłem od muzyki rockowej do elektronicznej, która była jak malowanie czy pisanie wierszy. Była czymś bardzo indywidualnym. Płytą Oxygene udowodnił, że używając „bezdusznych” instrumentów klawiszowych, można tworzyć urokliwe, melodyjne kompozycje dla szerokiego grona odbiorców. Nic zatem dziwnego, że album stał się swoistym manifestem nowego podejścia do muzyki elektronicznej. W jego nagraniu Jarre wykorzystał syntezatory ARP, RMI i VCS 3 (spopularyzowany przez zespół Pink Floyd), melotron, organy Farfisa oraz komputer rytmiczny.
Najpopularniejsze części suity – Oxygene II i IV, stały się, ku zaskoczeniu wszystkich, ogólnoświatowymi przebojami, a doniesienia o sprzedaży płyty w ilości kilku milionów egzemplarzy nawet nad Sekwaną przyjęto z niedowierzaniem. Komercyjny sukces we Francji wywindował Oxygene na szczyt tamtejszej listy bestsellerów, a autorowi przyniósł prestiżowe wyróżnienie Grand Prix de l’Academie Charles Cros. W Wielkiej Brytanii płyta dotarła do pozycji drugiej, a w Holandii, Szwecji i Nowej Zelandii uplasowała się w czołówkach zestawień.
W podobnym stopniu jak zapadały w pamięć melodie drugiej i czwartej części suity, intrygowała również okładka płyty. Jej autorem był malarz Michel Granger, a pierwowzorem stała się jego akwarela namalowana w 1972 roku. Matką chrzestną okładki, co warto tu wspomnieć, stała się aktorka Charlotte Rampling, żona Jeana Michela Jarre’a, która zakupiła oryginalną akwarelę w jednej z galerii. Granger tak o tym mówił: Ofiarowała tę akwarelę swojemu mężowi, a on zapytał mnie, czy mógłby jej użyć jako okładki swojej płyty. Nie zgodziłem się. Więc przyjechał do mnie. Nie wiedziałem, kim jest, w ogóle go nie znałem. Był normalnym sympatycznym człowiekiem. Dlatego nie sprzedałem mu tego projektu, ale po prostu oddałem mu prawa autorskie. Projekt na potrzeby okładki uległ pewnym modyfikacjom. Przerobiłem jedną rzecz – kontynuował Granger. Na oryginale nie było białej otoczki. Ziemia była po prostu na niebieskim tle. Natomiast tu dodana została biała poświata. Praca Grangera miała także wpływ na tytuł albumu. Długo zastanawialiśmy się, jaki płyta mogłaby mieć tytuł. Były i „Transistor”, i „Venus”, było mnóstwo propozycji. I nagle pojawił się „Oxygene”, który był tytułem mojego obrazu.
Po latach, w trzydziestą rocznicę wydania Oxygene, Jean Michel Jarre powrócił do kompozycji nań zawartych. Cały studyjny materiał nagrał na nowo, a do tego zrealizował jego wersję na żywo. Efektem był wydany w 2007 roku album z płytami CD i DVD Oxygene – Live In Your Living Room.

REKLAMA (3)
Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
REKLAMA (2)
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
0
Napisz komentarzx