Tylko jeden wieczór

0
144

40 lat temu wydany został podwójny koncertowy album Erica Claptona Just One Night. Materiał zarejestrowano w grudniu 1979 roku w tokijskim Budokan Theatre.
Koniec roku 1979 zamykał burzliwą dekadę w życiu Claptona. Artysta uporał się z heroinowym uzależnieniem, ożenił się z upragnioną Patti Boyd (byłą żoną George’a Harrisona), a u schyłku dekady pozyskał do współpracy nowych świetnych muzyków. Zatem, wydawać by się mogło, że wszystko szło jak należy. Tak jednak nie było, ale nie przeszkodziło to w zarejestrowaniu utworów, które wypełniły album.

Zanim Clapton wyruszył z zespołem w tour po Dalekim Wschodzie, wypijał dziennie dwie butelki alkoholu, który miał przynajmniej czterdzieści procent i – jak pisze o tym w książce Bóg gitary Paul Scott – bywał głównie w pubie Parrot Inn w Forest Green. Właściciel pubu, Gary Brooker (wokalista i pianista Procol Harum) zwykł grywać tam dwa, trzy razy w tygodniu. Eric czasami z nim improwizował, ale grywał też z innymi kumplami od kieliszka, w tym z klawiszowcem Chrisem Staintonem, basistą Dave’em Markee’em, gitarzystą Albertem Lee i perkusistą Henrym Spinettim. Należy zatem sądzić, że to właśnie w pubie Brookera doszło do powstania solidnej muzycznie, mocno zalkoholizowanej trupy, która wkrótce wybrała się w promującą album Backless trasę do Japonii, by 3 i 4 grudnia zarejestrować w Tokio nagrania wypełniające album Just One Night.
Ta podwójna płyta przyniosła w przeważającej części wyluzowany koncert, zaczynający się od zrelaksowanych klimatów współtworzących kompozycję Tulsa Time. Klimatów tak zrelaksowanych, że dziennikarz piszący o ciut późniejszej trasie po Wielkiej Brytanii stwierdził, że musi sprawdzić, czy Clapton gra w bamboszach.
Najważniejszymi punktami zestawu wypełniającego Just One Night stały się rozbudowane siedmio- i ośmiominutowe bluesy, czyli Early In the Morning, Worried Life Blues, Double Trouble, Rambling On My Mind oraz Further On Up The Road.
Clapton w wielu momentach albumu gra jak natchniony (jakim cudem?!). Jego gra zwłaszcza w rozpoczynającym drugą płytę bluesie Otisa Rusha Double Trouble pozostaje na tyle wyjątkowa, że zahacza wręcz o magię. Ale utworów niezwykłych, a nawet porywających swoim brzmieniem i sposobem interpretacji jest więcej. Ot, jak choćby wyważony i wysmakowany Rambling On My Mind zagrany wraz z Have You Ever Loved A Woman, albo też podany z należytym biglem finałowy Further On Up The Road. To przykłady pierwsze z brzegu, a przecież jest też szalona, bardzo pogodna wersja After Midnight i urokliwie zaserwowana Wonderfull Tonight. Interesująco w całym zestawie brzmi, a rzekłbym, że nawet jaśnieje, cover zespołu Dire Straits – Setting Me Up. W tym wypadku jednak jest to w dużej mierze zasługa Alberta Lee.
Utworem najradośniejszym z najbardziej porywającym powerem pozostaje dla mnie Blues Power (nomen omen) z kapitalnymi, elegancko zaserwowanymi efektami wah-wah. Niegdyś odkręciwszy stosownie wzmacniacz, mogłem go słuchać na okrągło. Należy przy tym wspomnieć, że jak na tamten czas, płyta została bardzo dobrze wyprodukowana i słychać to do dziś. Fender Stratocaster Claptona napędzany wzmacniaczami Music Man brzmi soczyście i solidnie. Zresztą, dotyczy to także innych instrumentów.
Album Just One Night sprzedawał się nader dobrze. W amerykańskim zestawieniu bestsellerów osiągnął 2. miejsce, w Wielkiej Brytanii dotarł do pozycji 3. i wkrótce uzyskał status Złotej Płyty. Reakcja krytyki była w dużej mierze pozytywna. Aż dziw bierze, że grę Claptona podczas tylko nieco późniejszych koncertów w Wielkiej Brytanii określano mianem nudnej i staromodnej.
Niektórzy krytycy, w świetle pewnego zastoju twórczego Claptona, przyjęli Just One Night jako bardzo pozytywne zaskoczenie. Ogólnie rzecz biorąc płyta cieszyła się zasłużonym powodzeniem, a po upływie lat magazyn Ultimate Classic Rock (tak dla przykładu) umieścił ją w Top 100 Live Albums i wyraził opinię, że przewyższyła wszystkie płyty studyjne nagrane wtedy przez Claptona.
Płyta w tamtych odległych latach dotarła do mnie z poślizgiem, ale pamiętam, że byłem szalenie zadowolony, kiedy po okazyjnej cenie (wtedy jeszcze w wersji winylowej) zakupiłem ją w Pewexie.
Minęły lata, a album niezmiennie plasuje się w mojej pierwszej dwudziestce koncertówek wszech czasów. Niedawno sięgnąłem po niego ponownie. I co? Powiem tak: może to „tylko jeden wieczór”, ale w tych dziwnych dniach, gdy w minorowych nastrojach siedzimy w swoich domach, warto Just One Night „zapuścić” i zaserwować sobie tamte radosne muzycznie klimaty. Nawet jeśli jest to kolejny raz z rzędu, smakują wybornie. Zapewniam.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o