„Urodziny” przeboju

0
69
borowiec1218
REKLAMA

Kompozycja zrodziła się podczas tournee The Rolling Stones po Stanach Zjednoczonych wiosną 1965 roku. Według Micka Jaggera, kawałek powstał na basenie w Tampie na Florydzie i był początkowo pomysłem Keitha Richardsa. Co do autora pomysłu opinie są zgodne, jednak samą genezę narodzin nieco inaczej przedstawia ówczesny basista zespołu – Bill Wyman. Satisfaction zostało tak naprawdę napisane w Clearwater na Florydzie. Keith obudził się w środku nocy w hotelu z riffem w głowie i nagrał go na taśmie. Rano Mick stwierdził, że pasują słowa „I can’t get no satisfaction”. Działo się to, tak czy inaczej, w pierwszej dekadzie maja 1965 roku.
Pierwsze podejście do rejestracji numeru (obok kilku innych) miało miejsce w studio Chess Records w Chicago w poniedziałek 10 maja 1965 roku. Podczas tego pierwszego podejścia Richards użył gitary akustycznej i cały ciężar spoczął na fortepianie, na którym wspierał kapelę Jack Nitzsche. Scott Ross, przyjaciel zespołu mówił: Słyszałem demo tego oryginalnego nagrania, zanim dołożono fuzz gitary, kiedy jeszcze Brian Jones grał na harmonijce. Już wtedy założyłem się z Mickiem, Keithem i Brianem, że to nagranie będzie największym przebojem w dotychczasowej karierze zespołu. Całość jednak brzmiała jak piosenka w stylu folk. Tak nie mogło pozostać, Richards ostro oponował.
Dwa dni później zespół udał się do studia RCA w Hollywood i pod okiem Dave’a Hassingera piosenka nabrała ostatecznego kształtu. Charlie Watts zmienił tempo gry na bębnach, Keith wykorzystał świeżo nabyty fuzzbox firmy Gibson. Fuzz zmienił brzmienie gitary elektrycznej na to, jakie znane jest powszechnie z ostatecznej wersji.
Jednak nie wszystkim kawałek przypadł w stu procentach do gustu. Oto znowu słowa basisty: Po wysłuchaniu mastera dyskutowaliśmy, czy wydać to na singlu, czy nie. Andrew (Oldham, producent – przyp. KB) i Dave Hassinger byli nastawieni do nagrania pozytywnie, więc zdecydowaliśmy się na głosowanie. Na tak głosowali Andrew, Dave, Stu, Brian i Charlie, zaś na nie – Mick i Keith.
Nagranie stało się następnym, siódmym singlem, zarazem pierwszym, jaki wszedł na szczyt list przebojów po obu stronach Atlantyku. Był to nie tylko hit, utwór stał się hymnem pokolenia. Daniel Wyszogrodzki w książce Satysfakcja. Historia zespołu The Rolling Stones ujął rzecz następująco: Genialny w swej prostocie riff gitarowy Richardsa po jednorazowym wysłuchaniu zapisuje się na trwałe w pamięci. Słowa to także strzał w dziesiątkę. „Nie znajduje satysfakcji, a próbuję, próbuję, próbuję…” Jest w nich wszystko – gniew i skarga, mówienie do siebie i wołanie do świata. Frustracja, wywołana bezsilnością i głębokie osamotnienie. Heroiczna świadomość własnych potrzeb i gorzka świadomość niemożności ich spełnienia. Ale to, co wydaje się w piosence najważniejsze, co wyposaża ją w moc oddziaływania archetypu, to obecność mitu Syzyfa w ponawianych bez końca próbach. Syzyfowi były dane cierpienie i nadzieja. Młode pokolenie przeżywało liczne frustracje, ale nikt nie był w stanie odebrać mu nadziei.
Czas, aby sięgnąć do tekstu tego pokoleniowego hymnu. Z niewielkimi zmianami przytaczam go w tłumaczeniu Wojciecha Manna. Nie mam żadnej satysfakcji/Nie mam żadnej satysfakcji/Próbuję, próbuję, próbuję/I nie znajduję/Kiedy jadę samochodem/A facet odzywa się w radio/I gada o bezużytecznych informacjach/Które ożywić mają mą wyobraźnię/To nie mogę, nie, nie, nie/Hej, hej, słuchajcie mnie/Nie mam żadnej satysfakcji/Kiedy patrzę w telewizor/I pojawia się ten facet/Żeby powiedzieć, jak białe mają być moje koszule/To nie jest dla mnie gość, bo nie pali tych samych papierosów, co ja/Kiedy podróżuję dookoła świata i śpiewam, że chcę dorwać panienkę,/Która mówi, przyjdź za tydzień, bo dzisiaj jestem bez fartu/To nic, to nic/Ludzie próbują nam d‑dołożyć/Tylko dlatego, że istniejemy/Wszystko, co robią, wygląda ź‑ź‑źle/Mam nadzieję umrzeć, nim się zestarzeję. Warto zwrócić uwagę, że w tamtych czasach topowe piosenki, ot, choćby Beatlesów, nie miały sobie nic z protestsongu. Ten surowy formą tekst nawiązywał do nieznanych wtedy w Polsce wzorców, wypracowanych w Stanach przez czarnych bluesmanów. Pokrzykiwania i powtórzenia dawały piosence właściwą temperaturę i potężny drive.
I jeszcze coś na koniec. Przed laty polski muzykoznawca Jan Weber nadał utworowi miano dwudziestowiecznego odpowiednika V symfonii Ludwika van Beethovena.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o