Urok buldożera, czyli Black Sabbath

0
66
borowiec1425
REKLAMA

Na koncert Sabbatów, mając świeżo w pamięci Blu‑ray z otwierającego trasę występu w Melbourne, wybrałem się z pewną dozą ostrożności i… niesłusznie. Jako support zagrało trio z Seattle – Reignwolf, prezentując pełen ostrego poweru program, umiejętnie łączący postgrungowe brzmienia z muzykę spod znaku Cream i surowymi klimatami ŕ la Jack White. Całkiem smaczna przystawka przed daniem głównym.
O 20.55 zza zasłoniętej sceny zaczyna dobiegać szaleńczy śmiech Ozzy’ego. Minutę później rozlegają się syreny, kurtyna idzie w górę i rozpoczyna się metalowe misterium. Na początek zespół gra jeden ze swoich klasyków – War Pigs, pełen dramatyzmu antywojenny manifest, w którego tekście znajduje się porównanie generałów z czarownicami w trakcie czarnej mszy. Publiczność śpiewa razem z Osbournem. Numerem drugim jest Into The Void, podczas którego Ozzy polewa widownię kubłami wody. Nawiasem mówiąc ten niezbyt wyszukany element jego scenicznych popisów zostanie powtórzony tego wieczoru jeszcze kilkakrotnie.
Przed kolejnym numerem Under The Sun/Every Day Comes And Goes publiczność skanduje nazwę zespołu, a Ozzy pyta czy wszyscy dobrze się bawią. Odpowiedź jest jedna, bo już wiadomo, że kwartet jest w świetnej formie, a kolejny klasyk, ironizujący na temat zażywania koki Snowblind, wszystkich utwierdza w tym przekonaniu.
W następnym, pochodzącym z ostatniego krążka utworze Age Of Reason, można i zobaczyć i usłyszeć, jak Tony Iommi, dystyngowany weteran, po którym nie widać toczącej go choroby, fenomenalnie posługuje się swoim wiosłem. Oprócz tego numeru podczas łódzkiego koncertu zespół sięgnie jeszcze po dwa nowe kawałki: End Of Beginning z charakterystycznym majestatycznym wstępem oraz God Is Dead?
Gdy wybrzmiewa Age Of Reason ostre białe światła penetrują przestrzeń, rozlegają się dzwony i diaboliczny śmiech Ozzy’ego, a nad sceną zostaje wyświetlony wielki napis Black Sabbath. Tak rusza tytułowy numer z pierwszej płyty kwartetu. Zaraz po nim dwie kolejne kompozycje z tego krążka – Behind The Wall Of Sleep i porywający N.I.B., w którym swój kunszt prezentuje grający gęste solo basista Geezer Butler. Po chwili sekcja rytmiczna pędzi jak supersprawny, nowoczesny czołg, niczym potężne działo grzmi gitara Iommiego, a pełen animuszu, szalony Ozzy wydaje się wieść tę bojową machinę do triumfalnego szturmu.
Zanim ruszy jeden z moich ulubionych numerów, pochodzący z płyty Paranoid Fairies Wear Boots, następuje wspólne odliczanie z publicznością. Gdy numer wybrzmiewa, po raz kolejny – i wcale nie ostatni – Ozzy zwraca się do widowni słowami „God Bless You”. Podczas łódzkiego koncertu to tradycyjne angielskie sformułowanie było najczęściej pojawiającym się w ustach Ozzy’ego. Nawiasem mówiąc, ciekawe, co na to ci, którzy od lat podejrzewają Sabbatów o sprzyjanie mocom ciemności.
Jedenasty utwór to Rat Salad, w którym jest miejsce na efektowne solo perkusyjne Tommy’ego Clufetosa. Facet jest nieprawdopodobny, wali pałkami znad głowy z precyzją i siłą robocopa. Znakomity pokaz umiejętności wzbudza uzasadniony aplauz. Jest jasne, że Bill Ward tak akurat nie dałby rady. Co więcej, czuje się, że wspólne granie wszystkim czterem panom sprawia autentyczną radość, a interakcja z żywo reagującą widownią co raz wyzwala u Ozzy’ego słowa: „We love you all”.
Kolejnym utworem jest klasyczny metalowy taran czyli Iron Man, a dalej, po God Is Dead?, na wielkim ekranie pokazują się wizerunki różnych pań i rusza Dirty Woman, którym zespół dociera do finałowego numeru zasadniczej części koncertu – mocarnie zbudowanego, z miażdżącym intro – Children Of The Grave. Gdy ten pochodzący z trzeciej płyty zespołu numer wybrzmiewa, muzycy dziękują publiczności i znikają za kulisami.
Oczywiście musi być bis. Jest. W punktowym odgórnym oświetleniu, przy wstępie z Sabbath Bloody Sabbath Ozzy, Geezer, Tony i Tommy ruszają z Paranoidem. To znakomity, ekscytujący metalpowerowy finał, po którym metalmistrzowie kłaniają się nisko i schodzą ze sceny.
Niemal dwugodzinny łódzki show Black Sabbath, którego setlista była identyczna jak na koncertach w Berlinie i Sankt Petersburgu, pozostawił mnie z wielkim opadem szczęki. Serwując wyborną rockową ucztę, niewiarygodnie sprawny, doskonale naoliwiony mega buldożer najzwyczajniej mnie zmiażdżył. Udowodnił przy tym, że właśnie teraz, u schyłku kariery, jest w stanie grać swoje najlepsze koncerty.
W przyszłym tygodniu o drugim dniu festiwalu, a szczególnie o koncercie Aerosmith.

REKLAMA
REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments