Wish You Were Here

0
87
borowiec1327
REKLAMA

Opakowanie pierwszego wydania miało być anonimowe – całe czarne. Nie spodobało się to jednak wydawcom i dodano nalepkę przedstawiającą nazwę zespołu oraz uścisk dwóch mechanicznych dłoni, w tle umieszczono ilustracje czterech żywiołów. Pod tym przykryciem znajdowała się właściwa okładka przedstawiająca uścisk dłoni płonącego człowieka na tle hal filmowych.
Płyta, tuż po ukazaniu, wywołała bardzo sprzeczne uczucia. Dotyczyło to zarówno krytyków, jak i fanów. Dla przykładu recenzent pisma Rolling Stone – Ben Edmonds, w październikowym numerze z 1975 roku napisał: Pasja jest wszystkim, czego Pink Floyd jest pozbawiony. Przeważały jednak opinie pochlebne, a nawet entuzjastyczne. O tym, jak ostatecznie płyta została odebrana, świadczą fakty, zarówno w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, jak i w wielu krajach Europy dotarła do pierwszego miejsca w zestawieniach najlepiej sprzedawanych albumów. W Kanadzie pokryła się trzykrotną platyną, w Australii aż siedmiokrotną.
Prace nad albumem rozpoczęły się na początku 1975 roku. Nie było łatwo. Nick Mason wspominał: Byliśmy w bardzo trudnej sytuacji. Przystępując do realizacji płyty, mieliśmy pustkę w głowie. Kompletnie nic, żadnych nowych pomysłów. A przecież pragnęliśmy przebić sukces Dark Side… Roger zaproponował, by podzielić kompozycję „Shine On You Crazy Diamond”, napisać podobne tematycznie i melodycznie piosenki i powsadzać je w środek, jednak nie zdecydowaliśmy się na coś takiego. Pewnego dnia David przyszedł z riffami gitarowymi do „Have A Cigar”, potem Roger przyniósł tekst do „Wish You Were Here”. To było coś zupełnie nowego zaczynać piosenkę od tekstu, zawsze mieliśmy najpierw melodię. Bardzo ciężko nam to wszystko przychodziło, ale w końcu jakoś poszło.
Nagrania w londyńskich Abbey Road Studios trwały aż do lipca i trzeba przyznać, że po ich ukończeniu wszyscy byli o wiele bardziej wykończeni, niż miało to miejsce po nagraniu Ciemnej strony księżyca. Od początku było wiadomo, że na płycie znajdzie swoje miejsce utwór Shine On You Crazy Diamond. Ta ponad dwudziestominutowa kompozycja podzielona została na dwie części i jako klamra spięła całość. Pierwszą jej część kończyło urokliwe solo na saksofonie w wykonaniu Dicka Perry’ego, tego samego, który pracował przy Dark Side Of The Moon. Uwagę zwracał zwłaszcza urzekający, pełen zadumy początek, który głównie dzięki baśniowemu brzmieniu gitary Davida Gilmoura przenosił słuchacza w odmienny, czarowny świat.
Drugim utworem na płycie stała się kompozycja Rogera Watersa Welcome To The Machine, w której zwracała uwagę rozbudowana i mocno wyeksponowana partia zagrana na syntezatorze VCS 3. Według Gilmoura: było to typowe studyjne nagranie, w którym bardzo trudno przyszło uzyskać odpowiednie brzmienie syntezatora. Twierdził przy tym: gdy słuchasz syntezatora przed i po nagraniu, natychmiast dostrzegasz, jak wiele straciłeś. Mimo to wielu sądziło, że utwór brzmi imponująco. W finale kompozycji pojawił się szyderczy śmiech będący jakby pozawerbalnym komentarzem do otaczającego nas świata.
Drugą część albumu otwierała także kompozycja Watersa – Have A Cigar. W jej tekście zawarto wiele odniesień do przeszłości zespołu. Pojawiające się pytanie: Przy okazji, który z was to Pink?, choć brzmiało jak żart, znajdowało odzwierciedlenie w rzeczywistości i było zadawane w wielu wywiadach.
Kolejnym nagraniem na płycie stała się tytułowa ballada Wish You Were Here. Trudno jednoznacznie stwierdzić, o kogo chodziło tym razem. Być może ponownie o Syda Baretta, którego brak muzycy odczuwali w chwilach zwątpienia. Może Roger Waters napisał tekst w przypływie nostalgii za starym przyjacielem? Rożne są interpretacje.
Więc myślisz, że potrafisz odróżnić niebo od piekła?/Przyjemność od bólu? Zielone pola od zimnych stalowych szyn?/Uśmiech od welonu? Czy naprawdę myślisz, że potrafisz?/Czy zmusili Cię, byś zamienił swoich bohaterów na duchy?/Gorący popiół na drzewa? Gorące powietrze na zimny wiatr/(…) Tak bardzo chciałbym, abyś tu teraz był. Trzeba przyznać, że utwór stanowił sugestywny opis zagubienia i bezradności. Do nagrania grupa pozyskała słynnego skrzypka jazzowego, Stephena Grappelly’ego. Efektem tej wspólnej sesji była delikatna partia skrzypiec w końcówce, jakby swoista skarga, którą można wyłapać tuż przed rozpoczęciem się szumu wiatru.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o