Ach te baby…

0
85
woronowicz
REKLAMA

„Baby są jakieś inne” – nawet tytuł filmu jest ekscentryczny.

REKLAMA

Koterski jest świetnym pisarzem. To stylista. Bardzo długo pracuje nad scenariuszem, cyzeluje każde zdanie. Tam nie ma zbędnych fragmentów.
Na ekranie, nie licząc epizodów, jesteś tylko Ty i Robert Więckiewicz. Jadąc samochodem, cały czas ze sobą rozmawiacie. Ile stron tekstu musiałeś  nauczyć się na pamięć?
Sporo, ale – jak trafnie to ujął Robert Więckiewicz – praca nad filmem była dla nas przede wszystkim gigantyczną lekcją pokory.
W jakim sensie?
Przychodząc na plan, miałem wrażenie, że kilka ról już jednak zagrałem, coś potrafię. Spotkanie z Koterskim było zimnym prysznicem i jednocześnie haustem świeżego powietrza. Zaczynaliśmy od nowa. Reżyser nie chciał od nas żadnych popisów aktorskich, wymagał jednego – prawdy. Adam Miauczyński trochę dojrzał, dzisiaj jest w innym miejscu niż, powiedzmy, w „Dniu świra” albo w „Domu wariatów”. Koncentruje się na stosunku: ja-kobiety. Baby…
… są „jakieś inne”?
Oczywiście. Kino, literatura, w ogóle sztuki piękne wyidealizowały damsko-męski kanon.  A przecież nic nie jest ani proste, ani konwencjonalne. Romans to najczęściej tragikomedia. Bardzo się różnimy. Czasami pięknie, często strasznie.
Z filmu wynika, że kobiety są siłą dominującą.
Te nasze żałosne bicepsy, napinanie się, schemat super-samca – żałosne podrygi. Bywamy mocni w gębie, odważni po czterech browarach, ale tak naprawdę boimy się kobiet. Oraz siebie.
Jakiego rodzaju bohaterem jest, twoim zdaniem, Adam Miauczyński?
Zaginiony polski inteligent. Gdzieś się zawieruszył w nowych czasach. Poszarzał, prawie zniknął. Sfrustrowany, pomstuje na cały świat, ale mimo wszystko ciągle dba o ideały. Czyta, słucha, komentuje.
Recytuje „Sonety krymskie” Mickiewicza, a nie złote myśli na „fejsie”.
No właśnie. Przez lata szukałem w telewizji wypowiedzi autorytetów. Księdza Józefa Tischnera, Leszka Kołakowskiego, Ryszarda Kapuścińskiego. Już ich nie ma. Odeszli. Na placu boju pozostali ostatni Mohikanie w rodzaju profesora Władysława Bartoszewskiego. Myślę, że również Miauczyński chętniej posłuchałby, co ma do powiedzenia Julia Hartwig niż, dajmy na to, gwiazda Pudelka. Ale coraz trudniej mu się przebić. Mieszka w bloku, nie uczestniczy czynnie w życiu społecznym, ale ciągle uważnie przysłuchuje się światu.
I przeklina.
Niedawno przeczytałem interesujący esej socjologiczny, z którego wynika, że słownik wielu Polaków ogranicza się zaledwie do kilkudziesięciu wyrazów, spośród których zdecydowanie najpopularniejsze są przekleństwa. Wulgaryzmy na trwałe weszły do naszych domów. Rozmawiamy, jak przeklinamy. Ale „kurwy” i „chuje” usłyszane na ekranie wielu drażnią. Nie rozumiem dlaczego. To hipokryzja.
Przed premierą filmu Koterskiego w kinach pojawił się kolejny film z Twoim udziałem – „Ki” Leszka Dawida. Mam z tym tytułem kłopot. Uważam, że reżyser świetnie czuje kino, doceniam poszczególne sceny i aktorskie kreacje, ale całość wydała mi się trywialna.
Staraliśmy się uciekać od banału. W „Ki” ujął mnie pomysł zderzenia ze sobą ludzi, których różni niemal wszystko, a jednak te osobowościowe antypody przyciągają się i odpychają. Na planie sporo zmienialiśmy, niektóre sytuacje graliśmy wariantowo.
W „Ki” podoba mi się otwarte zakończenie, oraz niedopowiedzenia w relacjach między bohaterami. Doceniam to tym bardziej, że polskie scenariusze są z reguły skażone myśleniem serialowym. Wszystko musi być wyjaśnione. Zagadane.
Gdzie się podziała tajemnica? Fellini powiedział kiedyś o Mastroiannim, że uwielbia z nim pracować, ponieważ jeżeli poprosi Marcello, żeby odwrócił się w prawo, aktor nie pyta, dlaczego musi wykonać taki gest. Ja również chciałbym bezkrytycznie zaufać reżyserowi. Nie zawsze jest to możliwe.


Zdarzył ci się otwarty konflikt na planie?
Nie, to nie mój charakter. Zresztą aktor jest najczęściej sprzymierzeńcem reżysera. Zależy mu, żeby wszystko wyszło jak najlepiej. Musi jednak czuć się komfortowo. Przypomina mi się wywiad z Clintem Eastwoodem. Autor „Rzeki tajemnic” wspominał, że na początku kariery reżysera najważniejszy był dla niego techniczny aspekt przedsięwzięcia. Godzinami zastanawiał się, jak ustawić kamerę albo jak będzie wyglądało ujęcie itd. Po latach zrozumiał, że najistotniejsze są i tak emocje przekazywane przez aktora. A to, gdzie stoi kamera, ma drugorzędne znaczenie.
Często nie pamiętam intrygi, zapominam akcję obejrzanego przed laty tytułu, ale zazwyczaj jestem w stanie bezbłędnie przywołać twarze aktorów, ich nazwiska.
Wszystko musi ułożyć się w całość. Kino to szczegóły. Setki niuansów. Nieżyjący już Maciek Kozłowski opowiadał mi o pracy z Wojciechem Jerzym Hasem. W alchemicznym, filmowym laboratorium Hasa nie było zbędnego bibelotu. Panował nad wszystkim. I o to właśnie chodzi. Reżyseria, aktorstwo, scenariusz, scenografia, kostiumy, muzyka, montaż – wszystkie parametry tworzą jedność. Każdy najmniejszy szczegół jest ważny.
Oglądając „Rewers” w reżyserii Borysa Lankosza, na równi z inteligencją scenariusza, znakomitą obsadą i reżyserią, doceniłem choćby idealnie odwzorowaną Warszawę sprzed ponad pół wieku.
Borysa otoczyli życzliwi mu ludzie. Wszyscy z zaangażowaniem pracowaliśmy na sukces tego filmu. Realizacja „Rewersu” była świętem. Ale takie sytuacje nie zdarzają się często.
Znamienne, że epizod w „Rewersie” zagrałeś tuż po „Popiełuszce” Rafała Wieczyńskiego. Ryzyko zaszufladkowania cię do ról świętych i duchownych zmniejszyło się nie tylko po „Rewersie”, ale także po rolach w „Chrzcie” Marcina Wrony i w „Generale Nilu” Ryszarda Bugajskiego. Udowodniłeś, że stać cię na wszystko: ton komediowy i charakterystyczny, mistykę i okrucieństwo.
Miałem szczęście, że nie musiałem szukać tych ról. Same do mnie przyszły. Nawet nie zdążyłem się zastanowić, czy po „Popiełuszce” rzeczywiście zostanę zaszufladkowany jako filmowy kapłan, kiedy zadzwonił Borys z propozycją „Rewersu”.
Rola pana Józefa w „Rewersie” nie jest duża, ale została zagrana brawurowo. Wszyscy Cę zapamiętali.
Z „Chłopów” Jana Rybkowskiego, przy całym szacunku dla talentu pozostałych aktorów, najwyżej cenię drugoplanową rolę Kuby, graną przez Tadeusza Fijewskiego. Sukces filmu często zależy od gęstości i jakości tego, co rozgrywa się w tle.
A jak dzisiaj, z perspektywy czasu, wspominasz „Popiełuszkę”? Twoja rola była wprawdzie chwalona, ale na filmie nie zostawiono suchej nitki.
Nie przeprowadzałbyś ze mną wywiadu, gdyby nie „Popiełuszko”. To dzięki temu filmowi wyszedłem z cienia. Wcześniej byłem wprawdzie rozpoznawalny przez środowisko, ale nie wiązało się to z ofertami filmowymi. Po zagraniu w „Chopinie. Pragnieniu miłości” pozostawałem na drugim torze. Nie miałem żadnych propozycji.
Mogę być z tobą szczery?
Jasne.
Oglądając „Chopina”, zastanawiałem się, kim jest aktor, który zagrał Maurycego, co to za drewno ten Woronowicz.
Być może zbyt wcześnie dostałem tę rolę..? Musiałem zapłacić frycowe, dojrzeć. Nie chciałbym się usprawiedliwiać, to byłoby śmieszne, ale na planie czułem się samotny. Ale „Pragnienie miłości” to również dobre wspomnienia. Poznałem wtedy zmarłego kilka lat temu, wybitnego operatora Edwarda Kłosińskiego. Swoimi opowieściami o realizacji filmów z Wajdą, Zanussim, Kieślowskim czy z Szulkinem zaraził mnie filmowym bakcylem.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o