Agata Kulesza: Wiadro wody na łeb

0
37
REKLAMA


Najnowszym sukcesem jest twoja rola w „Merlin Mongoł” Nikołaja Kolady w Teatrze Ateneum, w reżyserii Bogusława Lindy. Był twoim idolem?

No pewnie. Bardzo cenię Bogusia. Znakomity aktor, który nie dostaje teraz propozycji na miarę swojego talentu. Wielka szkoda. W teatrze reżyserował precyzyjnie. Prowadził nas pewnie, pamiętając o rytmach, założonej prawdzie przedstawienia.
Podczas prób napięcia między aktorem i reżyserem działają czasami stymulująco.
Każdy odpowie ci inaczej. Dla mnie to bardzo ważne, żeby praca dawała przyjemność. Żeby to nie była męka polegająca na tym, że ręce trzęsą się nam już przy śniadaniu, a potem jest tylko gorzej. Kiedy atmosfera jest dobra, możemy się otworzyć. Nie chcę, żeby ktoś ze mną walczył, nawet jeżeli ostateczny efekt byłby bardzo dobry.
Przechodziłaś przez coś takiego?
Trzęsły mi się ręce, ale potem szłam odważnie na próbę i udawałam przed „mistrzem”, że w ogóle się go nie boję. To nie są dobre wspomnienia. Aktor nie zwojuje wiele na takim zamknięciu. Mogę pracować na sto procent tylko wtedy, kiedy czuję zaufanie reżysera.
U Smarzowskiego było zaufanie?
Ogromne. Z Wojtkiem wszystko ustala się wiele tygodni przed zdjęciami. Wtedy jest czas na dyskusje i spory. Oczywiście, na planie coś jeszcze można zmodyfikować. Czasami podsuwałam jakiś pomysł, Wojtek mówił wtedy: „dobrze, spróbujmy” albo: „nie, zostajemy przy starym rozwiązaniu”. Pracując ze Smarzowskim, aktor ma poczucie, że jest twórcą.
To chyba marzenie każdego studenta szkoły teatralnej.
Podobnie było z Jasiem Komasą w „Sali samobójców”. Janek pracuje inaczej od Wojtka, jest uparty, ale również uważnie słucha naszych intuicji. Smarzowski nie lubi nadwyrężać aktora. Często poprzestałby chętnie na jednym dublu, Jasiek kręci najmniej siedemnaście, osiemnaście dubli każdej sceny. Mój rekord w „Sali samobójców” to było 38 dubli! Ale on również był dla mnie szalenie inspirujący, namawiał do korzystania z wyobraźni.
A jakiego rodzaju reżyserem jest Xawery Żuławski, reżyser serialu „Krew z krwi”, w którym grasz główną rolę Carmen Rota‑Majewskiej?
Ma własny styl. Chodzi o ekspresję, gestykulację, o wszystko. Uważnie słucha, jest czujny i chętny do rozmowy, ale potrafi także wspaniale wszystko opowiedzieć i pokazać. Myślę, że w spadku po mamie, Małgorzacie Braunek, odziedziczył talent aktorski.
Intuicyjnie podejmujesz wszystkie decyzje zawodowe?
Większość. Moja droga wygląda tak, a nie inaczej. Najpierw był teatr, potem seriale, film „Moje pieczone kurczaki”, współpraca z Filipem Bajonem, znowu teatr, ale także dar macierzyństwa, audycje dla dzieci, praca w dubbingu, wreszcie „Taniec z gwiazdami” i, o dziwo, przełom po tym wydarzeniu.
Jesteś jednym z niewielu uczestników tego show, którym ewidentnie pomogło w karierze…
To była jedna z lepszych zawodowych decyzji. Bezwarunkowa sympatia widzów była dla mnie potężnym zastrzykiem dobrej energii. Przecież absolutnie nie byłam w gronie faworytów do nagrody, podejrzewam, że traktowano mnie raczej jako mięso armatnie do szybkiego odstrzału. A potem pojawiła się ta gigantyczna akceptacja, popularność.
Jak się przez to przechodzi?
W czasie programu w ogóle niczego nie zauważyłam. Ciężko pracowałam. Ciągle treningi, wieczorami biegałam do teatru, byliśmy wtedy po premierze „Borysa Godunowa” w Teatrze Dramatycznym. Naraz uświadomiłam sobie, że telefon rozgrzał się do czerwoności, ludzie przyglądają mi się na ulicy, uśmiechają, z drugiej strony wiedziałam przecież, że we mnie nic się nie zmieniło. I raczej już nie zmieni.
Ale ja w ogóle jestem chyba nietypowym przypadkiem. Ludzie najpierw polubili mnie prywatnie za udział w „Tańcu z gwiazdami”, dopiero potem docenili zawodowo za role filmowe. Dziwna kolejność.
Jednak zanim pojawiłaś się w „Tańcu z gwiazdami”, a potem w „Róży” i w „Sali samobójców”, robiłaś zawodowo bardzo różne rzeczy. Na przykład występowałaś w „Kabarecie Olgi Lipińskiej”.
Przez pięć lat! Śpiewałam, tańczyłam, czasami nawet występowałam w scenkach.
Wcześniej w Szkole Teatralnej trafiłaś pod opiekę Mai Komorowskiej i Wiesława Komasy.
Byli opiekunami naszego roku. Z Mają Komorowską zrobiliśmy piękny dyplom – „Letników” według Gorkiego, z Wiesławem Komasą – przedstawienie na podstawie „Matki” Witkacego. Pamiętam, że czasem na zajęcia z Komasą przychodził taki uroczy blondynek, syn naszego profesora. Miał na imię Janek…
W Teatrze Dramatycznym występowałaś w wielu przedstawieniach u dobrych reżyserów, ale trudno mówić o jakichś spektakularnych kreacjach.
Grałam u Cieplaka, Domalika, Cieślaka. Czułam się spełniona. Wydaje mi się jednak, że byłam wtedy aktorsko słabsza, gorzej grałam. Teraz jest lepiej. Uspokoiłam się, coś się odblokowało.

REKLAMA

Mówisz w wywiadach: „bardzo lubię epizody” albo „uwielbiam seriale”.
Powinnam się z tego tłumaczyć? Dzięki tasiemcom nabrałam zawodowej sprawności. Warsztatowo niewiele mnie już zaskoczy. Działam jak dobrze naoliwiony mechanizm. A epizody i drugi plan są cudownym doświadczeniem. Raptem wczoraj, w przerwie między próbami do „Merlin Mongoł”, rozmawiałam na ten temat z Marcinem Dorocińskim. Mówiliśmy o kinie Mike’a Leigh, o „Sekretach i kłamstwach”. Jaki to skarbiec emocji. Czasami jakaś twarz pojawia się zaledwie w dwóch, trzech scenach. Tyle wystarczy, żeby z epizodu wyłoniła się głęboka prawda o ludzkich kompleksach, unikach, miłości i samotności.
Przed „Różą” i „Salą samobójców”, twoimi najważniejszymi filmowymi rolami była Magda w telewizyjnych „Moich pieczonych kurczakach” Iwony Siekierzyńskiej oraz Krystyna w krótkometrażowym filmie Anny Kazejak‑Dawid „Kilka prostych słów”.
„Kilka prostych słów” było dyplomem Ani, później zagrałam u niej w „Skrzydlatych świniach”. Asystentem Iwonki Siekierzyńskiej na planie „Kurczaków” był Leszek Dawid, mąż Kazejak. Zagrałam w jego dyplomie oraz epizod w „Ki”. Tak to u mnie wyglądało. Krok po kroku, od jednego spotkania do drugiego, epizod po epizodzie. Do celu.
Do „Róży”?
Można tak powiedzieć.
Odreagowałaś już tę rolę, nabrałaś dystansu?
Tak, o ile się da.
Kilka miesięcy temu mówiłaś mi: „Boję się zobaczyć to w kinie. Jeszcze za wcześnie, nie teraz”.
Widziałam raz w Gdyni. W wielkich nerwach. Może niebawem odważę się obejrzeć ponownie. To nie jest postać, obok której można przejść ze wzruszeniem ramion. Róża Kwiatkowska głęboko we mnie tkwi. Jak drzazga. Kiedy po premierze „Róży” spotykałam się z dziennikarkami, kilka razy przydarzyła mi się identyczna historia. Płakałam ja, płakały one. To prawdziwe emocje.
Ciągle nosisz zdjęcie Róży w notesie?
Rzadko zabieram ten notes, ale dzisiaj wyjątkowo mam ze sobą.
Pokażesz?
Zobacz, dużo różnych rzeczy. To jest moja córka, tuż po urodzeniu. A tutaj ja się śmieję. O, fotka z „Tańca z gwiazdami”. Albo moja mama z psami i kotami. Jest także „Róża”. Tutaj, zobacz, Agatka Kulesza, lat pięć, na spacerze z mamą. Dostałam wtedy nowy, plastikowy zegarek, z dumą go pokazuję.
Jesteś podobna do mamy.
Tak mówią. A to moje ulubione zdjęcie z reżyserem Smarzowskim. I jeszcze jedno, spektakl Piny Bausch. Na ciało tancerki przelewa się strumień wody. Patrząc na to zdjęcie, mówię sobie: „Kulka, jak poczujesz, że wariujesz, po prostu wylej sobie wiadro wody na łeb”.
W życiu nie jesteś zagubiona, przynajmniej nie sprawiasz takiego wrażenia. Dystans, poczucie humoru, żadnych gwiazdorskich póz, normalna rodzina.
Trochę za bardzo jestem ustabilizowana. I mąż, i dziecko, i robota, i latam codziennie do pracy. Kolorowe pisma nie bardzo mają o czym ze mną rozmawiać. Ani rozwodu, ani kochanka…
W antygwiazdorskiej postawie jesteś bliska Kasi Nosowskiej, Twojej koleżance ze szczecińskiej podstawówki.
Podobno pierwszy raz bawiłyśmy się razem w wieku trzech lat. Tego nie pamiętamy. Ale za to w pamięci utkwił nam inny obrazek. Mamy z Kaśką pięć lat i malujemy lalkę farbkami. W podstawówce byłyśmy kumpelami. Przyjaźniłyśmy się w czasach licealnych. Potem zdawałyśmy razem do PWST. Nosowska jest bardzo utalentowana aktorsko, ale wtedy się nie dostała. Myślę, że dobrze się stało. Kasia jest zbyt samoistną, samostanowiącą osobowością, żeby mogła podporządkować się zespołowym regułom obowiązującym w tym zawodzie.
Przyjaźń trwa nadal?
Nasz kontakt jest rzadki, ale intensywny. Łączą nas wspomnienia. Pamiętamy nasze domy, spacery, klasówki. Kilka dni temu zadzwoniłam do Kasi, mówiąc, że cholernie boję się tej premiery, wciąż do końca nie wiem, jak to zagrać, usłyszałam: „Przyjedź, napijemy się whisky, wszystko ci opowiem”.
Chodziłem wtedy do liceum w Tarnowie. Sukces Nosowskiej i Hey nie miał sobie równych. To był rockowy szał, Nosowska z dnia na dzień stała się naszą idolką.
Ja to pamiętam trochę inaczej. Byłam na drugim roku szkoły teatralnej, a ludzie z Hey przyjeżdżali do mnie się wykąpać. Mieszkali wtedy w Izabelinie i nie mieli wody. Mówiąc serio: Kaśka była i jest dla mnie wzorem. Jest naprawdę bezkompromisowa. Robi swoje na własnych warunkach. Odniosła sukces wyłącznie dzięki talentowi, żadnych marketingowych sztuczek. Ma charyzmę, jednocześnie jest jedną z najskromniejszych dziewczyn, jakie znam. Kiedyś zadzwoniła do mnie, mówiąc: „Agata, wiesz, ja jestem nieutalentowana.” Zapytałam: „Ile płyt sprzedałaś?”. „Trzy miliony”. „I tyle osób dało się nabrać? ”.
Ale rozumiem Kasię. Sama mam często chwile totalnego zwątpienia, czuję się uzurpatorem w zawodzie. Ale potem znowu pojawia się coś niezwykłego. Wtedy zakwitam. Jak róża.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o