Agnieszka Holland: Byłam nieznośna, lubiłam prowokować

0
35
agnieszka-holland
REKLAMA

Tegorocznej Tarnowskiej Nagrodzie Filmowej towarzyszyła wystawa retrospektywna poświęcona Pani osobie, chciałabym więc namówić Panią na wspomnienia. Dlaczego wybrała Pani zawód reżysera filmowego?
Miałam szczęście dojrzewać w momencie, kiedy kino, i to takie artystyczne, cieszyło się dobrym zdrowiem i miało powodzenie. To była sztuka, nikt tego nie negował. Na świecie żyli i tworzyli Bergman, Fellini, Antonioni, Kurosawa, a w Polsce – Munk, Wajda, Has, Kawalerowicz. Generacja twórców, o której mówię, przeżyła II wojnę światową w różnych krajach, w różnych sytuacjach – jedni bardziej tragicznie, inni mniej, ale doświadczenia wojenne miały dla nich ważny wymiar informatywny i dały im pewien obowiązek mówienia rzeczy istotnych. A widz również czuł, że pójście do kina to nie jest tylko rozrywka, ale też intelektualna przygoda, poszerzenie własnej wrażliwości. Zresztą mieliśmy w kinach fantastyczny repertuar mimo tego, że była cenzura. Kiedy więc wahałam się, co mam ze sobą zrobić, doszłam do wniosku, że to musi być coś twórczego. Malowałam i przez chwilę zastanawiałam się, czy nie poświęcić się temu zawodowo. Szybko jednak uświadomiłam sobie, że to mi nie wystarczy. Chciałam wyrażać się przez wizualną twórczość, opowiadać historie i mieć władzę, czyli mówić ludziom, co mają robić. Taką władzę ma oczywiście polityk, ale w Polsce komunistycznej ten zawód nie wchodził w grę. Przy mojej fascynacji kinem naturalny więc był wybór reżyserii – w czasie realizacji zdjęć zbiera się mniejsza lub większa ekipa ludzi, czasem jest ich 30, czasem 300, i ci ludzie mają jednego przewodnika, i to ja nim jestem.
Studiowała Pani w praskiej szkole filmowej FAMU. Proszę opowiedzieć o tamtym okresie swego życia i specyfice studiów w stolicy ówczesnej Czechosłowacji.
Praga to miasto piękne, magiczne, dla mnie chyba najpiękniejsze w Europie – bogactwo architektury, stylów, bogactwo pejzaży i ludzi. Pierwszym dla mnie, siedemnastolatki z opiekuńczego domu, szokującym odkryciem było to, że ludzie tam mieszkający różnią się od nas, Polaków. Mówią językiem, którego można nauczyć się w kilka tygodni, jak się człowiek uprze, są jednak inni – ich wrażliwość jest inna, kultura inna, stosunek do świata i siebie nawzajem także jest inny, choć oczywiście istnieją również pewne uniwersalne podobieństwa. Wkrótce na te obserwacje nałożyły się wydarzenia polityczne. Kiedy byłam na II roku, przyszła Praska Wiosna, dostarczając nam wszystkim intensywnych doświadczeń i politycznych, i ludycznych. Nagle okazało się, że jest wolność, a ta, jak wiadomo, jest czymś bardzo pociągającym, przynajmniej przez chwilę. Potem z kolei ta wolność została brutalnie stłumiona – przyjechały sowieckie i niestety również polskie czołgi. Zobaczyłam wtedy, że ludzie wcale nie mają takiej siły oporu, jak wydawało się w chwilach euforii. Jeśli mają do wyboru w miarę wygodne życie za cenę jakichś kompromisów albo więzienie i prześladowania, to zwykle wybierają to pierwsze. Sama zaczęłam sobie zadawać pytanie, jak ja zachowałabym się, gdybym znalazła się w prawdziwej opresji. Mam wrażenie, że te doświadczenia odbiły się później w moich filmach.
Do tamtych wydarzeń wróciła Pani niedawno, realizując dla czeskiej telewizji miniserial „Gorejący krzew”.
To jest czterogodzinny film według scenariusza młodego Czecha – Stepana Hulika. Opowiada historię samospalenia Jana Palacha, studenta, mojego rówieśnika, na Placu Wacława w Pradze w styczniu 1969. Podpalił się nie tyle w proteście przeciwko sowieckiej okupacji, ale przeciwko powszechnej jej akceptacji. Nie będę opowiadać dokładnie treści obrazu, powiem tylko, że jest to dość precyzyjna fenomenologia procesu i skutków, jakie ten akt wywołał wśród najbliższych, jakie były jego koszty, konsekwencje polityczne i społeczne. Myślę, że ten film się udał, bo jest bardzo ewokacyjny, wywarł na Czechach ogromne wrażenie. Zrobiliśmy coś, co okazało się ważne dla całego narodu, było szokiem emocjonalnym i poznawczym. Otrzymałam nagrodę Czeskiego Lwa i stałam się w Czechach artystą narodowym – to dla mnie bardzo przyjemne i wzruszające.
Jak Pani wspomina swoich praskich nauczycieli?
Na FAMU uczyliśmy się najwięcej od siebie nawzajem, bo najlepiej twórczo otwierają koledzy. Jeśli zaś chodzi o profesorów, to opiekunem mojego roku był Karel Kachyna, ciekawy reżyser i bardzo skomplikowany człowiek – niekoniecznie sympatyczny, dość konformistyczny, ironiczny i skąpy do bólu. Swoje skąpstwo obnosił ostentacyjnie, więc kiedy na mój ślub z Laco Adamikiem przyniósł reprodukcję i skrzynkę wina, wszyscy byli zdumieni. Ale potem sam to wino wypił i kompletnie sztywnego musieliśmy odwozić go do domu. Myślę, że mnie lubił, choć nieustannie kłóciliśmy się. W tamtym czasie byłam nieznośna i lubiłam prowokować. Na przykład seminarium z reżyserii prowadził na I roku Elmar Klos, który w ramach ćwiczeń zabierał nas w różne miejsca w Pradze i trzeba było opowiadać, jaką scenę filmową w określonej przestrzeni by się nakręciło. Ja miałam zawsze tę samą odpowiedź. Mówiłam, że tu najlepiej byłoby wpuścić terrorystów i urządzić strzelaninę. Aż w końcu obraził się i przestał zadawać mi pytania.
Czasy praskie to także dla Pani czas miłości. Wspomniała Pani o Laco Adamiku…
Słowacja dała polskiej kulturze najlepsze, co miała, czyli Laco. Byliśmy na tym samym roku. Początkowo przyglądaliśmy się sobie, a po paru miesiącach zaczęło iskrzyć i przeżyliśmy studencką miłość. Później był ślub i różne kłopoty, a przede wszystkim brak pieniędzy. Ale wspomnienia z tamtego okresu mam bardzo dobre – wszystko było nowe, ciekawe i pełne intensywności. Po studiach zdecydowaliśmy się na przyjazd do Polski. Sytuacja polityczna w ówczesnej Czechosłowacji była nie do wytrzymania, w Polsce tymczasem była zmiana ekipy rządzącej i można było spodziewać się „odwilży”. Wkrótce urodziła się Kasia (Kasia Adamik, reżyser – przyp. red.). Razem z Laco zrobiliśmy kilka niezłych spektakli w Teatrze Telewizji. Filmów raczej wspólnie nie moglibyśmy kręcić, bo to bardziej osobista wypowiedź, ale te teatralne rzeczy szły nam bardzo dobrze.
Ostatecznie jednak Państwo rozstaliście się.
Cóż, życie. Nie było mu łatwo w Polsce – ja byłam u siebie, moje filmy zyskały rozgłos, a on czuł się jak na emigracji. Przystosowanie się zajęło mu trochę czasu. Zresztą para reżyserów w jednym domu to bardzo niekomfortowa sytuacja. Nasze rozstanie przypieczętował fakt, że w stanie wojennym byłam poza Polską i postanowiłam nie wracać, tym bardziej że w kraju groziło mi aresztowanie. Laco tymczasem nie chciał wyjeżdżać i po raz kolejny przeżywać trud odnalezienia się w obcym środowisku. Sądzę, że to ostatecznie zadecydowało o tym, że nasze drogi się rozeszły.

REKLAMA

Jako reżyser zrobiła Pani za granicą prawdziwą karierę – trzy z Pani filmów nominowane były do Oscara: „Gorzkie żniwa”, „Europa, Europa”, „W ciemności”. Czy uważa je Pani za najważniejsze w swoim dorobku?
To niewątpliwie filmy ważne, chociażby przez sam temat, który jest dla mnie istotny osobiście. Ale takie bolesne obrazy muszę później odchorować, zawalczyć z depresją. Jeśli zaś chodzi o samą pracę przy realizacji, to mam filmy, które chyba bardziej lubię, choć nie cieszyły się aż takim powodzeniem, np. „Olivier, Olivier” czy „Plac Waszyngtona”. Dotykam w nich czegoś bardziej intymnego, konkretnego, ale nie mniej ważnego.
Sama Pani też stawała przed kamerą, choćby w „Przesłuchaniu” Bugajskiego. Świetna rola.
Każdy reżyser powinien mieć coś z aktora. Zresztą mieliśmy zajęcia z aktorstwa w szkole na I i II roku. To bardzo pomaga później we współpracy na planie. Realizując na przykład „Plac Waszyngtona”, pracowałam z Jennifer Jason Leigh, która perfekcyjnie, wręcz maniakalnie przygotowuje się do roli – przeczytała wszystkie książki Henry’ego Jamesa, nauczyła się dziewiętnastowiecznych obyczajów, przez dwa miesiące chodziła w gorsecie, żeby się przyzwyczaić, choć ciągle mdlała. Obawiałam się nawet, że będzie kimś w rodzaju konsultanta, ale nie wymądrzała się. W pewnej scenie zażądałam od niej, żeby się zarumieniła, co wprowadziło ją w konsternację. Twierdziła, że tego nie da się zrobić na zawołanie: „Mogę się rozpłakać, ale zarumienić? Jak mam to zrobić? ” A ja jej na to: „To jest proste, popatrz” i zarumieniłam się. Jak mi się to udało, nie wiem. Ale od tej pory miała do mnie absolutne zaufanie.
W ekipach filmów kręconych przez Panią za granicą zawsze pojawiają się twórcy z Polski – Jacek Petrycki, Zbigniew Preissner, Jan A.P.Kaczmarek, Jolanta Dylewska, Antoni Łazarkiewicz…
To są przyjaciele, ludzie, z którymi dobrze się rozumiem. Jeśli kogoś zupełnie się nie zna, to pierwsze spotkania z operatorem, scenografem czy kompozytorem mogą być bardzo ciekawe, ale zbudowanie jakiejś wspólnoty zawsze zabiera dużo czasu. Poza tym fajnie mieć paru rodaków w ekipie, bo są takim oparciem. Nie muszę im tłumaczyć wszystkich dowcipów ani opowiadać historii mojego życia w takiej wersji, że sama jej nie poznaję po koniecznych uproszczeniach.
Pani właściwie mogłaby robić kino rodzinne, bo siostra Magdalena Łazarkiewicz – reżyser, córka Kasia Adamik – reżyser, siostrzeniec Antoni Łazarkiewicz – kompozytor.
Z siostrą i córką zrobiłyśmy dla TVP serial „Ekipa”. Nieźle nam się udał, w polskiej telewizji taki film o kulisach polityki to była wówczas absolutna nowość. Bardzo lubię współpracować z Kasią, bo rozumiemy się bez słów. Przy kręceniu jednego z odcinków amerykańskiego serialu „The Wire”, gdzie Kasia reżyserowała drugą ekipę, w przerwie poszłyśmy całkiem niezależnie do pustej hali zrobić trochę zdjęć pod przyszłe ujęcia. Kiedy je później porównałyśmy, były niemal identyczne. To świadczy o tym, że mamy ten sam tor myślenia w pracy.
Ostatnia Pani produkcja to miniserial dla amerykańskiej telewizji „Rosemary’s Baby”. Jak się pracowało przy ekranizacji książki Iry Levina po słynnej adaptacji Romana Polańskiego?
Zastanawiałam się, czy przyjąć tę propozycję. Wiedziałam też, że w amerykańskiej „sieciówce” ambitny film nie znajdzie uznania. Trzeba było pomyśleć o realizacji czegoś bardziej lekkiego, „popowego”. Obejrzałam trochę horrorów z tamtych czasów, film Polańskiego także, i wymyśliłam, że można by trochę zasugerować się „Omenem” czy „Egzorcystą”. Akcję umieściliśmy w Paryżu, do którego przyjeżdża młode amerykańskie małżeństwo w związku z pracą. Ona jest Murzynką, więc Mii Farrow nie przypomina. Jest mocną kobietą i walczy, żeby być sobą, zrozumieć sytuację, w jakiej się znalazła. Z kolei diabelska para sąsiadów to ludzie bogaci, piękni i cyniczni, ale szalenie atrakcyjni – taki dyskretny urok burżuazji. Ogląda się to bardzo dobrze. Tę realizację potraktowałam trochę jak ćwiczenie stylistyczne. No i praca dla Polaków była, których jak zwykle wciągnęłam w przedsięwzięcie.
Zamierza Pani w najbliższym czasie nakręcić coś w Polsce?
Myślę o adaptacji takiej dziwnej książki Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Jest to ekonomiczno‑feministyczno‑ekologiczny kryminał. Muszę przyznać, że ze scenariuszem bardzo się męczymy, choć wydawało mi się, że ten tekst będzie łatwy do przeniesienia na ekran. Czuję zaniepokojenie i zaciekawienie zarazem.
Życzę więc powodzenia i dziękuję za rozmowę.

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments