Albo koczek, albo loczek…

0
84
REKLAMA

„W sypialni” to eksperyment. Reżyser‑debiutant, film w zasadzie bez budżetu, mogło nic z tego nie wyjść…
Ryzyko jest wliczone w ten zawód. Kto nie ryzykuje, drepcze w miejscu, zresztą nigdy nie kalkulowałam w zawodzie. Idę za emocjami, zdrowy rozsądek zostawiam na boku. Być może gdybym była rozpuszczona mnogością propozycji zawodowych, zachowywałabym się inaczej, ale nie jestem. Przeciwnie, czuję się niewykorzystana.
„W sypialni” to film niemal w całości zbudowany na Twojej postaci.
Kamera podąża za bohaterką, jakby ktoś nieustannie mnie podglądał. To frapowało od pierwszej lektury scenariusza. Spodobał mi się także rysunek psychologiczny bohaterki. O Edycie nie da się powiedzieć, czy jest silna, czy słaba, wrażliwa, czy gruboskórna. Enigma, tajemnica.
Ewa‑Edyta jest wiarygodna w każdej scenie. Pracując przy filmie niemal niezależnym, nie obawiałaś się, że cała para może iść w gwizdek?
Tego nie wiesz nigdy. A odwaga według mnie powinna być podstawową cechą aktora, obok talentu rzecz jasna (śmiech). Często z bardzo dobrych scenariuszy powstają fatalne filmy. Na szczęście niczego nie można zaprogramować. Tymczasem udział w „W sypialni” nieoczekiwanie stał się dla mnie czymś w rodzaju nowego otwarcia. Najpierw nagroda na festiwalu „Młodzi i film”, potem w Toronto, bardzo dobre recenzje, również zagraniczne. Propozycja od Tomka Wasilewskiego pojawiła się zresztą w idealnym momencie. Chodziło o przełamanie. Wreszcie poczułam się odważna, mocna. Mogę wszystko.
W stwierdzeniu „mogę wszystko” nie ma przesady – Twoja uroda jest bardzo plastyczna. W zależności od kontekstu sceny na ekranie gaśniesz lub rozkwitasz. Amantka ze skazą.
Zawsze był ze mną kłopot. Już w szkole aktorskiej słyszałam komentarze – ani ładna, ani brzydka, pomiędzy. Jak ją obsadzać? Grałam zatem najczęściej mocne dziewczyny. Do takich ról predestynowały mnie warunki zewnętrzne. Smutek w oczach, niski głos. Ale cały czas tęskniłam za chuliganem we mnie, za urwisem, który chciałby zrobić brzydkiego psikusa.
„W sypialni” jest filmem opowiadanym z kobiecej perspektywy, skupionym na emocjach i twarzy bohaterki.
Prawie nie znałam Tomka Wasilewskiego, kiedy otrzymałam scenariusz. Po pierwszej lekturze właśnie to wydawało mi się najbardziej zdumiewające. Zaskoczyło mnie, że młody chłopak chce debiutować w kinie opowieścią o dojrzałej kobiecie. W polskim filmie rzecz niemal nie do pomyślenia.
W Twoich najciekawszych rolach telewizyjnych i filmowych z ostatnich lat – Magdy ze „Świadka koronnego”, Wandy w „Przemianach”, szefowej gabinetu premiera w serialu „Ekipa”, Sokołowskiej we „Wszystko, co kocham” – byłaś przede wszystkim charakterystyczna: mocna, czasami wyzywająca. Edyta to inny rodzaj ekspresji.
Czy ja wiem? Tak myślisz? Role, które wymieniłeś, były jednak zróżnicowane, obawiałabym się zbyt prostych kategoryzacji. Intuicyjnie dbam o to, żeby wszystkie postaci były złożone, tworzyły emocjonalny rebus, z którym musimy się mierzyć. Zgadzam się jednak, że Edyta była nową barwą w zawodowym dossiers. W aktorze jest silna potrzeba akceptacji ze strony widza, chcemy, by nasza postać była lubiana, a jej wybory zrozumiałe. Edyta wydaje się impregnowana na tego typu zamówienie. Jej wybory są trudne do wytłumaczenia z racjonalnego punktu widzenia. Taniec na kruchym lodzie.
Na swoim koncie masz jednak role rysowane mocną, drapieżną kreską. Na przykład Monikę w „Kochaj i tańcz”.
Nie miałam wyjścia. Moja postać była prawie niezauważalna w scenariuszu. Aż kusiło, żeby coś z tym zrobić. Była primabalerina – to jest przecież temat!
Taniec oznacza bliskie ci emocje. Całkiem poważnie planowałaś karierę baletnicy.
Czy dziewięcioletnia dziewczyna może „całkiem poważnie” planować cokolwiek? Nie sądzę. Masz jednak rację, chciałam tańczyć. Wyjechałam z rodzinnego Białegostoku do internatu w Warszawie, to był trudny czas. Rodzice daleko, szkoła bardzo wymagająca, dieta, a ja byłam małą dziewczynką. Pewnie i tak nie zostałabym tancerką. To okrutny zawód. Już bym była emerytką.

REKLAMA

W szkole baletowej po raz pierwszy pomyślałaś o aktorstwie?
Sprowokowana twoim pytaniem przypomniałam sobie pewną sytuację z tamtego okresu. Występowałyśmy już w teatrze, charakteryzatorem był staruszek, który w Teatrze Wielkim spędził całe życie. Pudrował nas, dobrze to pamiętam, zajęczą łapką. XIX‑wieczny zwyczaj już wtedy był kompletnym anachronizmem. Byłam stremowana, zakompleksiona, bardzo wstydliwa, a ów starszy pan z zajęczą łapką w dłoni długo mi się przyglądał, po czym pokiwał głową i stwierdził kategorycznie: „Powinnaś być aktorką”. Kto wie, być może właśnie w tym momencie obudziłam się z długiego snu. A może to był sen? Sama nie wiem.
Tęsknisz za tańcem?
Bardzo. Ale to nie znaczy, że chciałabym wystąpić w „Tańcu z gwiazdami”. Na pewno tęsknię za teatrem, za kontaktem z widzem, brakuje mi i lubię teatr tańca. Chętnie wzięłabym udział w widowisku takim, jak „Nancy. Wywiad” z Magdą Popławską. Wyrażanie ekspresji poprzez ruch, ciało, taniec, niekoniecznie słowa. Lubię grać milczeniem – twarzą, gestami. Taka była Edyta w „W sypialni”. Ucieszyłaby mnie propozycja roli, w której w ogóle nie musiałabym niczego mówić. Ani jednego dialogu. Wszystko w środku, we mnie.
Takie mam marzenia. A rzeczywistość jest taka, że to reżyserzy przychodzą do mnie z propozycją, a nie odwrotnie, więc jestem cierpliwa. Chodzę na zdjęcia próbne, czekam. Oczywiście dokonuję jakichś wyborów, czasami pewnie kontrowersyjnych.
Jak reklama zupek?
Tak jak udział w pewnej reklamie… Mam jednak wrażenie, że to w minimalnym stopniu decyduje o mojej tak zwanej karierze. Dla mnie to zagadka. Za każdym razem staram się pracować najlepiej, jak potrafię, dać z siebie wszystko, ale nigdy, przenigdy nie wiem, jakie to będzie miało konsekwencje, jak zostanę odebrana. Na przykład znienacka stałam się „celebrytą”, a to kompletnie nie moja bajka. Nie zapraszam tabloidów do domu, nie wypowiadam się na każdy temat, nie chodzę na rauty itd. – naprawdę mnie to krępuje i zawstydza. Jestem tylko aktorką. Dosyć normalną dziewczyną, tak mi się wydaje. Nie strzelam fochów, nie mam much w nosie. Nawet Tomek Wasilewski mówił mi, że bał się zadzwonić do mnie ze scenariuszem „W sypialni”, myślał, że go odrzucę – jestem gwiazdą. Bzdury.
Właśnie skończyłaś zdjęcia do „Płynących wieżowców”, jego drugiego filmu. Jesteś ulubioną aktorką Wasilewskiego?
Wiesz dobrze, jak to jest z tymi ulubionymi aktorkami reżyserów. Nie mam złudzeń. Zobacz na Pedro Almodóvara. Zakochuje się w jednej aktorce, po kilku latach w następnej. Nic na to nie poradzimy.
Ścięłaś włosy. Pierwszy raz widzę cię obciętą tak krótko. Bardzo twarzowo.
Dziękuję.
Dla przyjemności czy dla roli?
Dla siebie. Pretekstem była postać matki głównego bohatera w „Płynących wieżowcach” – chcieliśmy, żeby była rock’n’rollowa, a ja szukałam w sobie czegoś nowego, jakiegoś przełamania.
Tych przełamań jest coraz więcej. Chyba po raz pierwszy grasz w kinie matkę?
Nie po raz pierwszy. Zaskoczę cię może – matki teraz gra się bardzo wcześnie, zwłaszcza w komediach romantycznych, gdzie wszyscy powinni być ładni i niepomarszczeni. To temat na dłuższą rozmowę pod tytułem „kult młodości”. Mając trzydzieści parę lat, można grać w kinie matkę dwudziestokilkuletniej aktorki po Szkole Teatralnej. Miałam taką sytuację. A w wieku 33 lat w „Magdzie M.” grałam mamę czwórki dzieci. Ostatnio usłyszałam, że do pewnej roli wyglądam zbyt młodo i świeżo. W scenariuszu było wpisane: 45 lat, ja mam 41… No cóż, musiałam przełknąć to jako komplement.
Kilka miesięcy temu rozmawiałem w „Filmie” z Agatą Kuleszą, z którą byłaś na jednym roku w szkole teatralnej, ona również mówiła, że bardzo długo szukała w kinie własnej barwy. Dopiero dzisiaj jest gotowa.
Może ze mną jest podobnie? Nie wiem. Patrząc na swoje początki, widzę, jak bardzo się zmieniłam. Jestem dużo pewniejsza siebie, znam swoje ograniczenia.
Zawsze byłaś w porządku. Pamiętam twoją cudowną Janeczkę Jurewicz, siostrę Maryśki w znakomitej, pierwszej „Bożej podszewce” Izabelli Cywińskiej. Miałaś takie śmieszne loczki.
Wszystko ci się pokręciło. Koka miałam. Loczki były w drugiej części.
No dobrze, koczek. Teraz czekam wreszcie na film, w którym będziesz miała trwałą ondulację. Albo tapir.
Akurat takie masz marzenia? Żebym była natapirowana? No tak, wiadomo, polscy krytycy filmowi (śmiech).

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o