Czechow uniwersalnie współczesny

0
34
trzy-siostry1
REKLAMA

„Trzy siostry” to jedna z czterech najsłynniejszych sztuk rosyjskiego pisarza, obok „Mewy”, „Wiśniowego sadu” i „Wujaszka Wani”. Napisana na początku XX wieku zaskoczyła ówczesnych widzów… brakiem akcji. Bohaterowie krążą po scenie, rozmawiają, wygłaszają monologi. W rzeczywistości jednak w dramacie dzieje się bardzo wiele, nie jeden, a kilka wątków kłębi się w nim i płynie podskórnym, ukrytym, ale wartkim nurtem.
Oto Olga, Masza i Irina oraz ich brat Andrzej, moskwiczanie z urodzenia, od jedenastu lat mieszkają w stutysięcznym mieście gubernialnym. Siostry nieustannie marzą o powrocie do Moskwy, która jawi im się jak ziemia obiecana, szansa na realizację marzeń o lepszym życiu i karierze naukowej brata. Tymczasem tkwią na prowincji w poczuciu beznadziejności i niespełnienia. Mimo to w szarej, otaczającej je rzeczywistości usiłują znaleźć jakiś sens i osobiste szczęście. Przez ich dom przewijają się goście – głównie oficerowie ze stacjonujących w mieście oddziałów wojskowych. O względy najmłodszej Iriny rywalizują, z tragicznym zresztą skutkiem, baron Tuzenbach i kapitan Solony. Średnia Masza, żona nauczyciela Kułygina, zbuntowana i nieszczęśliwa, wikła się w romans z żonatym podpułkownikiem Wierszyninem, zaś Andrzej wplątuje się w nieudane małżeństwo z małostkową i drobnomieszczańską Nataszą. Najbardziej poukładane życie wiedzie najstarsza z sióstr Olga, nauczycielka, a później przełożona gimnazjum, ale też jest osobą najbardziej zgorzkniałą z całego rodzeństwa – praca nie daje jej zadowolenia, a jedynie poczucie zmęczenia i powolnego starzenia się.
Zmagający się z życiem bohaterowie „Trzech sióstr” usiłują odpowiedzieć na egzystencjalne pytanie: po co to wszystko? Chcieliby podążać za marzeniami, zmieniać świat, pracować dla przyszłych pokoleń, ale są zbyt słabi i bierni, dlatego finał sztuki tchnie pesymizmem z małą wszakże iskierką nadziei.
Współczesny odbiorca może powątpiewać w zasadność wystawiania dziś dramatu o rosyjskich inteligentach sprzed ponad stu lat, ich marzeniach czy przebrzmiałych tęsknotach. A jednak okazuje się, że Czechowowscy bohaterowie są bardzo do nas podobni i bez trudu w ich losach czy przeżyciach odnajdziemy analogie do nas samych. Bowiem w ich postaciach zawarł pisarz ponadczasowe i ogólnoludzkie postawy, odwieczne pytania o szczęście, sens życia, przemijania itp.
Tym właśnie tropem podążyli twórcy tarnowskiego spektaklu. Inscenizacja zawiera sporo elementów aktualizujących i przybliżających współczesnej publiczności problematykę sztuki. Nie znaczy to bynajmniej, że postaci dramatu rozmawiają przez komórki czy używają komputerów, bo Ewelina Pietrowiak uwspółcześnia to, co obserwujemy na scenie, znacznie bardziej finezyjnie niż poprzez proste dodanie paru nowoczesnych gadżetów. Zjawisko aktualizacji i uniwersalizacji przejawia się w wielu drobiazgach scenograficznych i kostiumowych, a także w muzyce, w reżyserskich rozwiązaniach dla poszczególnych epizodów czy w końcu w grze aktorskiej. Najkrócej rzecz ujmując, na scenie dominuje eklektyzm stylistyczny, który w efekcie lokuje całą opowieść poza konkretnym czasem i przestrzenią.
W swojej koncepcji inscenizacyjnej reżyserka szczęśliwie położyła nacisk na emocje bohaterów, a nie na ich intelektualne rozważania. Dzięki temu przedstawienie zyskało trochę drapieżności, przykuwa uwagę, a przede wszystkim nie nuży. Pod tym kątem przycięty został tekst i poprowadzeni aktorzy. Jest kilka „perełek” w spektaklu, które szczególnie zapisują się w pamięci, a są wynikiem pomysłowości Eweliny Pietrowiak i jej swobodnego stosunku do oryginału dramatycznego. Do nich należy otwierająca akt I rozmowa sióstr w zaskakującej scenerii trzepaka podwórzowego, namiętna scena miłosna między Wierszyninem i Maszą, chóralny śpiew aktorów, kończący pierwszą część spektaklu, podczas którego artyści brawurowo wykonują dwie kolędy – ukraińską i rosyjską. Ponadto uwagę zwraca dramatyczne pożegnanie Maszy i Wierszynina, obserwowane z ukrycia przez męża Maszy – Kułygina, no i wreszcie mała reżyserska prowokacja pod adresem tarnowian, o której nie sposób nie wspomnieć. Oto Andrzej Prozorow (Piotr Hudziak) w akcie IV wygłasza niepochlebny tekst o społeczeństwie prowincjonalnego, stutysięcznego miasta, stojąc frontem do publiczności i kierując go wyraźnie w jej stronę, jakby twórczyni spektaklu kazała nam się w nim przejrzeć niby w krzywym zwierciadle.

REKLAMA

Mocną stroną widowiska jest obsada aktorska. Na plan pierwszy wysuwają się zdecydowanie panie: Zofia Zoń, Matylda Baczyńska, Kinga Piąty i Matylda Damięcka (gościnnie), które granym przez siebie bohaterkom nadały rysy wyraziste, indywidualne i głębokie.

Nieco w tle z konieczności pozostali panowie, ale i oni stworzyli przekonujące kreacje sceniczne: Jerzy Pal w roli poczciwego Kułygina, Ireneusz Pastuszak jako wrażliwy i nieszczęśliwy Wierszynin, Kamil Urban jako pełen optymizmu Tuzenbach, Piotr Hudziak w roli Andrzeja przydeptanego pantoflem żony drobnomieszczanki oraz Tomasz Piasecki jako dobrotliwy, ale i cyniczny Czebutykin czy Michał Wiśniewski grający zamkniętego w sobie i mrocznego Solonego. Role drugiego planu – Ewy Sąsiadek (Anfisa) i Jerzego Ogrodnickiego – (Fierapont) też warte są pozytywnego dostrzeżenia i odnotowania. Słowem: porządna robota aktorska i reżyserski nadzór.
Ewelina Pietrowiak jest też autorką znakomitej scenografii do spektaklu. Na scenie dominuje salon umieszczony na podwyższeniu, który w razie potrzeby zamienia się w sypialnię. Resztę przestrzeni zajmuje otoczenie domu, choć podział między podwórzem a mieszkaniem nie jest tu ścisły, a scenografia pomyślana jest tak, by obydwa miejsca przenikały się i dawały szeroką przestrzeń do gry aktorskiej. Tak więc pod podestem znajdzie ustronie zakochana para – Masza i Wierszynin, na schodach przysiadać będą salonowi goście, a z górnej konstrukcji znad salonu w ostatnim akcie siostry obserwować będą wymarsz wojska z miasta. Jasny kolor i ażurowe ściany domu w stylu romantycznym kontrastują z obskurnym, podwórzowym trzepakiem i oponami samochodowymi rozrzuconymi w przodzie sceny, dając niesamowity efekt estetyczny. Ale nie tylko na efekt to zestawienie zostało pomyślane, bo nie ma sprzętu czy przedmiotu w tej przestrzeni, który nie byłby wykorzystany w sztuce – trzepak to np. miejsce spotkań sióstr, a opony to fotele zajmowane przez rozmówców w trakcie toczonych dysput. Można rzec, że cała dekoracja „pracuje”, także obręcz do gry w kosza czy stojąca vis‑a‑vis ławeczka.
Całości widowiska dopełniają pomysłowe kostiumy Anny Nykowskiej‑Duszyńskiej i muzyka Michała Górczyńskiego, która przez większość spektaklu odgrywa rolę tła, pobrzmiewając cichutko. Od czasu do czasu jednak daje o sobie znać głośnymi, ciekawymi wstawkami, jak choćby liryczny temat grany przez skrzypce w połączeniu z elektroniczną perkusją. Muzyczna oprawa przedstawienia to także wspomniane kolędy, rosyjska piosenka o pułkowniku, wojskowy marsz towarzyszący odchodzącemu wojsku oraz skrzypcowe popisy Piotra Hudziaka.
„Trzy siostry” Czechowa w Tarnowskim Teatrze to solidna pod każdym względem realizacja sceniczna, którą niewątpliwie warto zobaczyć. Nie trąci myszką ani nie nudzi, ma swój pazur, emocjonalny ładunek i współczesne konotacje. Spodoba się tym, którzy w teatrze szukają nie tylko rozrywki, ale też refleksji, intelektualnego przeżycia lub po prostu dobrego widowiska na wysokim poziomie artystycznym.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o