Ewelina Pietrowiak: Wierzę teatrowi…

0
81
pietrowiak1
REKLAMA

Po zapoznaniu się z Pani CV muszę przyznać, że imponująco wygląda rubryka wykształcenie – najpierw architektura na Politechnice Poznańskiej, później reżyseria na Akademii Teatralnej w Warszawie, a obecnie Podyplomowe Studia Wokalne na Uniwersytecie Muzycznym w Warszawie. Ma Pani dużo różnorodnych talentów…

REKLAMA

Trudno mi zajrzeć w środek własnej głowy, co tak naprawdę się w niej dzieje i z czego ta nadpobudliwość wynika. Odkąd pamiętam, interesowało mnie wszystko, lubiłam większość szkolnych przedmiotów, chodziłam równolegle do szkoły muzycznej. W liceum miałam wielki problem z wyborem studiów. Ponieważ od dziecka uwielbiałam rysować i mam raczej ścisły umysł, zdecydowałam się na architekturę. Było to trochę wymuszone, bo nigdy nie marzyłam o karierze architekta, ale wybiła godzina matury i coś musiałam z sobą zrobić. Na studiach zaczęło się moje chodzenie do teatru, najpierw „cywilizowane”, raz w tygodniu, potem coraz bardziej chore, maniakalne. Od tych pierwszych wizyt wiedziałam, że będę pracować w teatrze, choć najpierw myślałam o scenografii. Skończyłam architekturę jakąś siłą rozpędu, ale potem postanowiłam zdawać na reżyserię, głównie po to, by kiedyś zrobić scenografię do własnego spektaklu. Dziś jestem przede wszystkim reżyserem.
Studia podyplomowe wokalne wzięły się stąd, że zaczęłam pracować w operze, zaprzyjaźniłam się ze śpiewakami i śpiew klasyczny zafascynował mnie nie tylko jako dziedzina sztuki, ale jako niesamowity proces fizjologiczno‑intuicyjno‑umysłowy. Nigdy nie będę śpiewaczką, mam co prawda głos i jestem muzykalna, ale nie mam kompletnie żadnych predyspozycji psychicznych do „występowania” ani potrzeby bycia na scenie, uczę się śpiewać tylko dla siebie. Poza tym wiedza zdobyta na tych studiach ogromnie pomaga mi w pracy w operze.
Reżyseruje Pani zarówno spektakle operowe, jak i dramatyczne. Z jakim rodzajem pracy reżyserskiej czuje się Pani bardziej związana?
Najważniejszy jest dla mnie teatr dramatyczny i praca z aktorem. Ale nie ukrywam, że reżyserowanie oper daje inny, jedyny i niepowtarzalny w teatrze rodzaj satysfakcji. Realizuję głównie opery współczesne, a to są zwykle duże, nietypowe wyzwania inscenizacyjne. Można przy nich „rozwinąć skrzydła”, bo budżet w operze na to pozwala.
Które z dotychczasowych przedsięwzięć artystycznych uważa Pani za najbardziej znaczące dla swojej kariery i rozwoju zawodowego?
Pierwszym ważnym krokiem w zawodzie był na pewno mój debiut w Teatrze Ateneum, gdzie wystawiłam „Pokojówki” Geneta. Zdarzyło się to dzięki dziwnemu zbiegowi okoliczności. Będąc na czwartym roku reżyserii, poszłam do dyrektora Gustawa Holoubka z propozycją spektaklu, myśląc o przyszłym sezonie czy nawet odleglejszej przyszłości. A on posłuchał mnie, zobaczył projekt scenografii w 3D i po następnych pięciu minutach wybraliśmy obsadę, a po dwóch tygodniach zaczęłam próby. Do dziś nie rozumiem, jakim cudem nic wtedy nie było w teatrze realizowane, dyrektor nie miał innych planów. To był dla mnie wyjątkowo szczęśliwy przypadek, poza tym miałam jeszcze szansę poznać Gustawa Holoubka i odbyć z nim kilka fascynujących dla mnie rozmów.
Drugim ważnym dla mnie doświadczeniem zawodowym był mój debiut operowy, czyli „Jutro” Tadeusza Bairda. Przełomem było zobaczenie, jak masa ludzi – śpiewacy, dyrygent i orkiestra – wykonują na żywo operowe dzieło, którego jakąś częścią jest moja reżyseria. Skala w operze jest chyba, poza możliwością obrazowania muzyki, najbardziej pociągająca. W „Halce” St. Moniuszki, moim kolejnym spektaklu operowym w Operze Bałtyckiej, było kilkoro solistów, chór, balet i również duża orkiestra. Możliwość ogarnięcia tego wszystkiego jest po prostu narkotyczna, zawsze otwiera mi w głowie jakieś nowe przestrzenie, a jednocześnie kolejne zawodowe drzwi. Dzięki pierwszemu spektaklowi w Operze Wrocławskiej zrealizowałam następne, m.in. właśnie „Halkę”. Mam swój własny sposób słyszenia muzyki i wspaniale jest móc przekładać go na obrazy, dzielić się nim z widzami i słuchaczami.
Ostatnim ważnym krokiem w moim zawodowym życiu jest niewątpliwie objęcie funkcji dyrektora artystycznego Tarnowskiego Teatru.
Czy ta propozycja zaskoczyła Panią?
Bardzo. Nigdy wcześniej nie byłam w Tarnowie i nie pracowałam w żadnym teatrze w tym rejonie. Urodziłam się w Poznaniu, później mieszkałam w Jarocinie, potem znów w Poznaniu. Teoretycznie jestem więc Wielkopolanką, choć ostatnie dziesięć lat życia spędziłam w Warszawie i bardzo się do tego miasta przywiązałam. Propozycja dyrektora Rafała Balawejdera była kompletnym zaskoczeniem, bo nie znam tych stron. Zastanawiałam się długo. Zwłaszcza że miałam wiele do stracenia: moje dotychczasowe życie składało się z reżyserowania i podróżowania na zmianę, i, co tu kryć, wyglądało tak, jak chciałam, żeby wyglądało.
Co zadecydowało o podjęciu przez Panią pozytywnej decyzji?
Na pewno rodzaj miłej podniety, która towarzyszy nowym wyzwaniom. Nie walczyłam o to stanowisko, nie stanęłam do żadnego konkursu, ale widocznie czasem jest w życiu tak, że jakiś pociąg zatrzymuje się na naszej stacji i po prostu się do niego wsiada. Ważnym argumentem na tak był fakt, że wchodzę do nowego budynku. Te świeżo pomalowane ściany, ogromne foyer, nowa scena, wygodne fotele na widowni i cała bryła bardzo na mnie podziałały. Tarnowianie nie mają możliwości porównania, ale większość warszawskich teatrów wygląda zgoła inaczej: są o wiele starsze, o wiele mniejsze, czasami trochę obskurne. A tu wszystko jest nowe i ja wchodzę z nowymi pomysłami, zaczynamy nowy etap prawie od zera – to pociągająca perspektywa.
Patrzy Pani na ten obiekt jako architekt, ale także jako reżyser i scenograf. I jaka ocena…?
Nie najlepsza. Zostało popełnionych kilka błędów przy projektowaniu, których pewnie nie czują widzowie, ale które są uciążliwe dla nas, pracowników. Zamierzam walczyć o kolejne pieniądze, żeby poprawić choć trochę mankamentów, bo przecież ścian nie będziemy burzyć. Potrzebna jest jakaś przestrzeń dla aktorów, bo na razie nie mają swojego bufetu, miejsca, gdzie mogliby usiąść i porozmawiać. Jest tu kilka zadziwiających absurdów: widownia jest odsunięta od sceny, kilka garderób nie ma okien, stanowisko inspicjenta jest po drugiej stronie sceny niż wejście aktorów. Natomiast przestrzeń przeznaczona na salę prób była w momencie mojego przyjścia składem materiałów budowlanych, do którego zamurowano drzwi…


A techniczne wyposażenie sceny?
Jest standardowe, czyli w porządku. Chociaż szkoda, że w momencie projektowania nikt nie pomyślał o scenie obrotowej albo zapadni, teraz nie ma możliwości ruszania podłogą sceny.

Wiem, że oglądała Pani będące obecnie w repertuarze spektakle – jak je Pani ocenia?
Widziałam większość, ale oceniać nie chcę, bo są w repertuarze nie z powodu moich decyzji czy wyborów. Mogę natomiast z czystym sumieniem, mimo różnych głosów krytycznych, zapraszać tarnowian na „Makbeta”. To przedstawienie ma jedną wielką zaletę – nie jest nudne. Uważam, że jest to umiejętność przygotować taką inscenizację tej sztuki, żeby licealiści siedzieli przez cały spektakl zasłuchani i zapatrzeni, a na końcu krzyczeli i bili brawo. Co do fars, to szczerze powiem, że mam nieco inną wizję uprawiania tego gatunku. Bajki są zagrane porządnie..
Porozmawiajmy o zespole aktorskim, na temat którego z pewnością już Pani wyrobiła sobie opinię…
Dziś zespół liczy czternaście osób i nie przewiduję jakichś masowych zwolnień, wręcz przeciwnie. Zespół jest zbyt mały, doangażuję jeszcze dwie lub trzy osoby. Aktorów poznałam nie tylko w spektaklach, ale także podczas prób do „Trzech sióstr”, które mamy razem. W mojej premierze wystąpi prawie cały zespół tarnowski oraz aktorzy gościnni, m.in. do roli Nataszy zaprosiłam Matyldę Damięcką, a do roli Maszy niedawną absolwentkę łódzkiej „filmówki”, Zofię Zoń. Do Tarnowskiego Teatru wróci Michał Wiśniewski, młody aktor po krakowskiej szkole, który zagrał tu świetnie w spektaklu „mady‑baby.edu”, po czym odszedł w związku z różnymi zawirowaniami, które tu miały miejsce.
Jak układa się współpraca z władzami miejskimi?
Wszyscy, z prezydentem miasta na czele, są bardzo życzliwi i kibicują nam. Zobaczymy, jak ta współpraca będzie się rozwijać dalej.
A Pani wizja funkcjonowania Tarnowskiego Teatru w przyszłości? Chciałaby go Pani jakoś sprofilować?
To będzie teatr stricte dramatyczny o zróżnicowanym repertuarze, w którym od czasu do czasu pojawi się muzyka i śpiew. Zaczęliśmy już cykl „Solski o… aktorzy śpiewają”, następny koncert odbędzie się w kwietniu, będzie to „Solski dla Gaertner” – przygotujemy koncert dla Katarzyny Gaertner, kompozytorki, której niedawno spalił się dom.
Wracając do repertuaru – chcę, żeby tarnowianie, których przekrój wiekowy i zawodowy jest, jak w każdym dużym mieście, bardzo szeroki, znajdowali w repertuarze coś dla siebie i chętnie przekraczali próg tego budynku. Najważniejsze jest dla mnie zapraszanie dobrych reżyserów, bo to oni nadają poziom i ton teatrowi. Mają swoje wizje, ulubione utwory i pomysły na inscenizacje. Ja nie chcę niczego nikomu narzucać. Nie ufam słowom, określaniu teatru, gadaniu o teatrze. Ufam teatrowi i ludziom, którzy go robią. Jeśli przyjdą tu dobrzy reżyserzy z ciekawym repertuarem i będą dobrze, uczciwie pracować z aktorami, to aktorzy dobrze zagrają. To mój priorytet.
Dlaczego na swój „debiut” w Tarnowie wybrała Pani akurat „Trzy siostry” Czechowa?
Szukałam przede wszystkim sztuki wieloobsadowej. Chciałam poznać jak najwięcej aktorów z zespołu w pracy. Zależało mi też, żeby sztuka pasowała do tego miejsca – do tego teatru, ale też do tego miasta… I po pierwszych próbach upewniam się, że „Trzy siostry” to właściwy wybór. Jest też powód osobisty: moje wewnętrzne poczucie, że dojrzałam do Czechowa. To trudny autor, ale sądzę, że jestem w takim momencie życia i drogi zawodowej, że mam prawo się z nim zmierzyć. Do niektórych dramatopisarzy trzeba dojrzeć, trzeba mieć jakiś bagaż doświadczeń. Zdarzają się genialni aktorzy osiemnastoletni, ale nie ma genialnych osiemnastoletnich reżyserów. Nie da się reżyserować w teatrze, nie wiedząc czegoś o życiu.
Czy ma Pani w swoich planach artystycznych jakieś działania poza Tarnowem?
Na pewno będę robiła kolejną współczesną operę we Wrocławiu – II część operowej trylogii Eugeniusza Knapika. Ale to są plany na 2013 rok. Teraz muszę i chcę być w Tarnowie, żeby pilnować spektakli, które będą miały tu premiery, chcę być w kontakcie z reżyserami, którzy będą tu pracować, i z moimi aktorami. Nie mogę sobie pozwolić na dwumiesięczną nieobecność, a z tym wiąże się reżyserowanie w innym mieście. Poza tym na wiosnę czeka mnie uzupełnianie zespołu aktorskiego. To bardzo ważne decyzje, przecież w pewnym sensie ja odpowiadam za każdą osobę, która stoi na scenie przed reżyserami, którzy przyjadą tu do pracy, i przed widzami. W dodatku w tym roku kończę moje studia wokalne na Uniwersytecie Muzycznym i muszę przygotować recital dyplomowy składający się z pieśni i arii.
Z jakimi zmianami w Pani życiu wiąże się przeprowadzka do Tarnowa?
Z zasadniczymi. Na razie dużo czasu spędzam w pociągu, bo w weekendy dojeżdżam na studia do Warszawy. Ale w ciągu tygodnia mieszkam w Tarnowie i to już jest rewolucja, jestem tarnowianką! Mam nowe mieszkanie, nową drogę do pracy, nowe swoje miejsce.
Przeprowadziła się Pani z rodziną?
Nie jestem mężatką ani nie mam dzieci, jeśli o to Pani pyta. I tu się zatrzymam, bo nie chcę rozmawiać o moim życiu prywatnym.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o