Film jest odważny, jeśli opisuje rzeczywistość

0
95
kijowski-janusz
REKLAMA

Ponad tydzień spędził Pan w Tarnowie w związku z pełnieniem funkcji przewodniczącego jury Tarnowskiej Nagrody Filmowej. Jak się Pan u nas czuje?
Świetnie. Z wiekiem coraz bardziej doceniam prowincję w dobrym tego słowa znaczeniu. Sam wyniosłem się z Warszawy i od 10 lat mieszkam w Olsztynie, gdzie prowadzę Teatr im. Jaracza i bardzo to sobie chwalę. Do Warszawy jeżdżę, bo muszę, ale wpadam tam tylko, by załatwić sprawy, spotkać się z dziećmi, i szybko ruszam w drogę powrotną. Tarnów jest miastem jeszcze mniejszym niż Olsztyn, ale ma swój urok, swój klimat i lokalność.
Czy Tarnowska Nagroda Filmowa wyróżnia się jakoś na tle innych polskich festiwali filmowych i czy jest sens organizować jeszcze jedną imprezę poświęconą polskiemu kinu?
Zacznę od tego, że festiwale filmowe tak naprawdę sprawdzają się tylko w małych miastach. Na przykład festiwal berliński nie ma swojego charakteru – za duża metropolia, by impreza ta narzuciła miastu jakiś ton. Z Wenecją jest trochę lepiej z powodu jej wyspiarskiego położenia – na tej wyspie, na której znajduje się pałac festiwalowy, czuje się tę specyficzną atmosferę. Ale najlepiej się ma festiwal w małym prowansalskim miasteczku Cannes. Podobnie jest z festiwalami polskimi – gdyński tonie w trójmiejskiej aglomeracji, zaś te, które odbywają się w niedużych skupiskach miejskich, mają swój lokalny koloryt, miasta żyją tym wydarzeniem, widać je i czuć. Tarnowska Nagroda Filmowa przyznawana jest po raz 28. i mam wrażenie, że coraz więcej znaczy. Po Orłach i Lwach jest taką nagrodą, która promuje rzeczy mniej błyszczące, a bardziej głębokie, filmy mądrzejsze, niekomercyjne.
Jak podobał się Panu tegoroczny dobór filmów konkursowych?
Miałem trochę pretensji, że paru filmów nie możemy tutaj oceniać, ale po rozmowie z Jurkiem Armatą (dyrektor artystyczny TNF – przyp. red.) zrozumiałem, że nie jest to wina organizatorów. Dużo do powiedzenia mają w tej kwestii dystrybutorzy, którzy nie zawsze chcą wysłać swój film do Tarnowa, licząc na większy festiwal lub obawiając się, tuż przed wejściem obrazu do kin, pewnego falstartu marketingowego.
Jak ocenia Pan organizację imprezy?
To nie jest impreza korporacyjna i nie jest perfekcyjnie zorganizowana. Mają na to pewnie wpływ fundusze, które prawdopodobnie nie są wielkie. Ale to dobrze, bo dzięki temu TNF ma charakter rodzinny i jest przyjazna widzom. Jeżeli każdego dnia sala kina Marzenie zapełnia się podczas projekcji konkursowych, a widzów znajdują także krótkie filmy zrealizowane w Studiu Munka, publiczność zjawia się też na spotkaniach i debatach, to znaczy, że ten festiwal jest dobrze zorganizowany, bo cała reszta jest nieważna.
Jako juror, a nawet przewodniczący szacownego grona oceniającego, miał Pan swojego faworyta?
Przed przyjazdem nie. Tak się złożyło, że wszystkich filmów wcześniej nie widziałem, ale po obejrzeniu zestawu konkursowego nie miałem wątpliwości, który z nich powinien zwyciężyć. Mówię oczywiście o „Papuszy” Krzysztofa Krauze i Joanny Kos‑Krauze. Udało mi się przekonać do mojej opinii moich światłych współjurorów i nie było to wcale trudne, bo film wyróżniał się wielkością, rozmachem, plastycznością obrazu oraz oryginalnością i podjęciem arcytrudnego tematu. W zasadzie więc nad przyznaniem Grand Prix festiwalu nie toczyliśmy zażartych dyskusji ani sporów.
Jakimi kryteriami się Pan kieruje, oceniając dzieła kolegów po fachu?
To są banalne kryteria – cenię odwagę i profesjonalizm. Film jest odważny, jeśli opisuje rzeczywistość – czy to historyczną, czy współczesną – w sposób oryginalny i zdecydowany, nie jest „letni” ani „cieplutki”, czuje się, że za nim stoi autor, a jego stosunek do tematu jest gorący, nie powiela przy tym innych filmów ani mód funkcjonujących w kinie. Film jest profesjonalny, gdy czuje się, że reżyser myślał o widzu i nakręcił obraz, by się z nim kontaktować, a nie podbudować swoje artystowskie ego. Jeśli te dwie rzeczy współgrają – film jest odważny i profesjonalny – to ręce same zwierają się do oklasków.
Jaka była Pana droga do zawodu reżysera? Studiował Pan przecież historię…
W tamtych czasach nie można się było dostać do szkoły filmowej zaraz po maturze, trzeba było najpierw skończyć inne studia. Uważam, że tak powinno być nadal, bo najpierw trzeba coś przeżyć, dostać tzw. „kopa w dupę”, przeczytać trochę książek, zobaczyć kawałek świata. Szkolni prymusi rozpoczynający obecnie studia filmowe tuż po maturze kończą na ogół bardzo szybko w reklamach albo w tzw. „konfekcji filmowej”. Reżyser musi być człowiekiem dojrzałym, z doświadczeniami, nie wystarczą dobre chęci. Swoje studia historyczne na UW wspominam jako ważny okres kształtowania się moich poglądów i osobowości.
Jest Pan czołowym przedstawicielem nurtu w polskiej kinematografii zwanego kinem moralnego niepokoju. Jak po latach ocenia Pan to zjawisko?
Jako pierwszą próbę w dziejach polskiego kina powojennego nobilitacji filmu współczesnego, ale odkłamanego. Wcześniej oczywiście robiono filmy współczesne, tylko że to były raczej takie bajki dla dorosłych. Natomiast my staraliśmy się pokazać tę „skrzeczącą” rzeczywistość, która nas bolała. Te filmy cieszyły się ogromnym powodzeniem u publiczności, sądzę więc, że były ważne i potrzebne. Przygotowywały trochę pod późniejsze wydarzenia z lat 80. Myślę, że my – Kieślowski, Holland, Falk, ja – dobrze zdiagnozowaliśmy okres życia w dwóch prawdach, obrzydzenia tym, co nas otacza, wszechobecnej hipokryzji. Oczywiście trzeba było kombinować, żeby te filmy w ogóle powstały, żeby przeszły przez cenzurę i nie zawsze się to udawało. Jeśli jednak wchodziły na ekrany kin, to rozmawiały z widzem głośno o tym, o czym ludzie rozmawiali ze sobą po cichu.
Zrobił Pan filmów niewiele, ale za to ważnych na tyle, by zaznaczyć swoje miejsce w historii polskiego kina. Czy któryś z tych obrazów był dla Pana szczególnie ważny?
To się trochę zmieniało na przestrzeni lat, ale na pewno bardzo ważnym dla mnie filmem była „Maskarada” z Zapasiewiczem i Lindą, istotny był „Stan strachu” i chyba „Tragarz puchu” – zmierzenie się z bolesnym tematem polskiej historii, czyli zagładą Żydów. Ten ostatni z wymienionych był ponadto dla mnie filmem niełatwym, bo grali w nim francuscy i niemieccy aktorzy, co stanowiło dodatkowy stopień trudności w pracy nad nim.

REKLAMA

Po 2001 roku, czyli po „Kameleonie”, nie nakręcił Pan żadnego filmu. Dlaczego?
Pracowałem dla Teatru Telewizji i na przykład spektakl „Piękna pani Seidenman”, na podstawie powieści Szczypiorskiego „Początek”, robiony był jak film, tylko taką tańszą metodą, bez wielkich plenerów itd. Poza tym uciekłem trochę od filmów, bo na początku nowego wieku, ok. 2000 roku, zdałem sobie sprawę, że kino głupieje i wolałem angażować się w teatrze, gdzie komercja jeszcze nie zapuściła korzeni.
A myśli Pan coś jeszcze kiedyś nakręcić?
Złożyłem dwa scenariusze, które zostały odrzucone przez Polski Instytut Sztuki Filmowej. Złożę pewnie trzeci. Kiedyś o tym, jakie filmy w Polsce były robione, decydowali znani artyści, szefowie zespołów filmowych –Różewicz, Zanussi, Kawalerowicz, Wajda, Hoffman czy Has. Wolałbym pójść do mistrza, kolegi po fachu, podyskutować o moim pomyśle, pokłócić się nawet niż poddawać scenariusz pod osąd jakichś anonimowych nic nieznaczących ludzi, którzy nie cieszą się żadnym autorytetem ani dorobkiem. Na razie więc pasjonuję się pracą w teatrze – Teatr im. Jaracza w Olsztynie coraz lepiej prosperuje.
Zajmuje się Pan też pracą pedagogiczną jako dr hab. sztuki i profesor Uniwersytetu Warmińsko‑Mazurskiego. Czy z równą pasją?
Moją pasją jest kino i teatr, nauczanie traktuję jako powinność. W młodości miałem dużo szczęścia, udało mi się – zadebiutowałem, mając 27 lat, szybko zdobywałem nagrody i laury. Czuję, że powinienem to jakoś „oddać” młodemu pokoleniu, toteż staram się pomagać młodym ludziom na różnych etapach ich kariery. Z mojej inicjatywy powstało przed laty Studio im. Irzykowskiego, brałem udział w projekcie telewizyjnym Pokolenie 2000, promującym filmy młodych twórców, jestem dyrektorem programowym koszalińskiego festiwalu „Młodzi i film”, no i uczę kolejne roczniki młodych artystów.
Jest Pan dobrze obeznany z twórczością młodych polskich filmowców. Jaką przyszłość prorokuje Pan naszej kinematografii?
Gdyby prorokować na podstawie krótkometrażowych debiutów, etiud szkolnych, można byłoby być pełnym optymizmu. Bo to są filmy odważne, ostre, mądre, czasami piękne. Tylko że z polskim filmem jest tak jak z polską piłką nożną – drużyna juniorska zdobywa mistrzostwo Europy, a potem seniorska kadra narodowa zajmuje ostatnie miejsce w tych zawodach. W kinie polskim jest podobnie z winy naszych niedouczonych producentów, selekcjonerów i systemu PISF‑owskiego, których młodzi stają się ofiarami. Tępią swoje szpony, ich filmy tracą drapieżność, robią się takie uładzone, a najlepiej jakby kręcili same komedie romantyczne. Konformizacja to niebezpieczeństwo, z którym musi zmierzyć się każdy młody twórca, jeśli chce być artystą, a nie tylko sprawnym rzemieślnikiem. Czasami udaje się komuś wyrwać z jej szponów za ogromną cenę, ale w większości wypadków ten lot, który zapowiadali swoimi debiutami, trzydziestominutowymi filmami w Studiu Munka, zaczyna być lotem opadającym. Niestety!
Ma Pan utalentowane dzieci związane zawodowo ze sztuką filmową – córka Julia Kijowska zagrała już kilka ciekawych ról i zwróciła uwagę krytyków, syn Jakub wybrał zawód operatora filmowego.
Starałem się ze wszystkich sił wybić im z głowy te wybory życiowe. Ostrzegałem, że będą mieli straszne życie, skomplikowaną i młodość, i starość. Nie udało mi się jednak zawrócić ich z drogi. Miłość do kina, teatru jest męcząca i wyniszczająca. Ale muszę dodać, że oprócz wymienionej dwójki mam jeszcze najstarszą córkę Nataszę, artystkę‑ceramiczkę, która ma pięcioro dzieci i na razie poświęca się głównie ich wychowaniu.
Jakie ma Pan najbliższe plany zawodowe?
27 maja zaczynam próby do „Czerwonych nosów” Petera Barnesa w olsztyńskim teatrze. To jest ogromne przedstawienie na dużej scenie. Premierę planujemy na 4 października i mamy nadzieję grać ten spektakl z powodzeniem cały sezon. Jeśli chodzi o film, to scenariusze mi odrzucili – nie będę się kopał z koniem. Mam jednak pomysł na kolejny, więc zobaczymy, co przyszłość przyniesie.
Rozumiem, że jest Pan nadal „moralnie zaniepokojony”.
To jest ciągle moralny niepokój, ale w zupełnie nowej oprawie, bo czasy się zmieniły i mam wrażenie, że wróg jest dużo bardziej podstępny i wyrafinowany niż ten, przeciwko któremu robiliśmy filmy w latach 70. Teraz trzeba się nagłowić, żeby najpierw go zdefiniować, a potem zaatakować. No i taki scenariusz niekoniecznie dostanie dofinansowanie z PISF.
Życzę więc, żeby jednak dostał, i dziękuję za rozmowę.

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments