Głębiej, dalej, mocniej

0
35
gierszal1
REKLAMA

Już zostałeś ochrzczony w prasie mianem „polskiego Jamesa Deana” …
Trochę mnie to bawi, ale także denerwuje. Myślę, że określenie pojawiło się w związku z psychologicznym profilem „Zygi”, bohatera, którego gram w „Yumie” Piotra Mularuka. Ale to komplement na wyrost. Nie chciałbym stylizować się na kogokolwiek.
Dominik w „Sali samobójców” Jana Komasy nie radzi sobie z oczekiwaniami narzucanymi przez rodziców, szkołę, środowisko.
Ciągle ktoś mówi mu o tym, jak powinien wyglądać, o czym myśleć, ale żaden z drogowskazów nie jest klarowny. Dominik nie wie, dlaczego powinien iść na studia i robić karierę. Jest inteligentny i nadwrażliwy. Być może dlatego tak mocno odczuwa brak kręgosłupa moralnego, który pomógłby mu w podejmowaniu właściwych decyzji.
„Kręgosłup moralny” kojarzy mi się z niedzielną katechezą.
Każdy, kto zobaczy „Salę samobójców”, zrozumie, że nie chodzi o żadną ideologię, tylko portret pewnej postawy. Dominik nie jest facetem bezwolnym, ale zwyczajnie nikt mu dotąd nie powiedział, co jest w życiu ważne.
I dlatego tak desperacko chwyta się momentów, w których traktowany jest nie tylko jako „atrakcyjny przedmiot pożądania”?
Lgnie do ludzi, którzy obdarzają go akceptacją, ciepłem albo miłością. Fascynuje go kolega z klasy – Aleks, albo wirtualna Sylwia.
Ale czy naprawdę, w ich przypadku, chodzi o „akceptację, ciepło, miłość”?
Nie wiem. Niedawno odgrzebałem jeden z pierwszych mejli przysłanych mi przez Janka Komasę. Miałem za zadanie przypomnieć sobie portret Jana Pawła II. Z jednej strony przywołać w pamięci sprawy niepodważalne: charyzmę, humanizm, tolerancję papieża; z drugiej liczne grzechy instytucji, na której czele Jan Paweł II stał i które, siłą rzeczy, firmował. Wszystko ma awers i rewers, dobrą i złą stronę. Żyjemy w czasach bez jednoznacznych wartości i autorytetów.
Dominik to ofiara tego społecznego wybrakowania?
Na pewno. Z determinacją lokuje uczucia w przyjaciołach, którzy, jak mu się wydaje, akceptują Dominika takim, jaki jest. Przecież Sylwia jest postacią negatywną, niszczącą. Ale ona także, podobnie jak Aleks, daje Dominikowi siłę. Mówi: możesz decydować o sobie, możesz być okrutny i niesprawiedliwy. Masz moc.
Rzeczywiście, Dominik potrafi być agresywny i niesprawiedliwy. Na przykład w scenach kłótni z matką.
Jego stosunek do matki jest skomplikowany. Oglądając „Salę samobójców”, odkryłem, że jest to również film o postępującej chorobie całej rodziny. Nie wiadomo, gdzie tkwi geneza tej degrengolady. Przecież Agata Kulesza i Krzysztof Pieczyński, moi filmowi rodzice, nie grają potworów. Rodzice jak inni. Zabiegani, skupieni na sobie, ale na swój sposób kochający syna. Jednak wszyscy w tej rodzinie chorują na brak czułości, empatii, nieumiejętność przekazywania uczuć. Pracując nad rolą Dominika, sporo myślałem o Hamlecie i jego relacji z Gertrudą. W „Sali samobójców” związek bohatera z matką jest równie mocny, biologiczny. Matka jest na początku i na końcu. Ostatnie słowa Dominika w filmie to właśnie: „mama” …
Filmowa Sylwia grana przez Romę Gąsiorowską to wykwit anonimowej, często destrukcyjnej społeczności wirtualnej. Internet uzależnia. Twoje pokolenie nie wyobraża sobie życia bez klikania.
Staram się podchodzić do tego z dystansem. Nie mam konta na Facebooku, nie czuję się „dzieckiem Neostrady”. Wychowywałem się, grając w piłkę i biegając po podwórku, ale przyglądam się temu zjawisku z uwagą. Dzieciaki uczą się dzisiaj liter z klawiatury, Internet staje się molochem bez dna, nowym stylem życia. YouTube wdarł się w naszą kulturę, o powstaniu Facebooka David Fincher nakręcił nominowany do Oscara film, sam również codziennie przeglądam portale. Internet zastępuje mi prasę drukowaną, traktuję sieć jak gazetę codzienną.
I na pewno stale wpisujesz w Google swoje nazwisko…
Nie, ale moja mama sprawdza to czasami i donosi mi o wszystkich komentarzach… (śmiech)

REKLAMA

W „Sali samobójców” destrukcyjna siła Internetu została, moim zdaniem, przedstawiona zbyt jaskrawo. Nie bardzo wierzę w totalne załamanie Dominika po obejrzeniu na Facebooku kompromitujących go materiałów.
Przygotowując się do zdjęć, zaliczyliśmy z Jankiem Komasą kilka imprez organizowanych przez nastolatków. Uderzyło nas, że na tak zwanych „domówkach” obowiązuje znane z modnych warszawskich klubów prawo segregacji. Nie wszyscy chętni mogą się dostać. Selekcjoner, najczęściej gospodarz, wybiera tylko najładniejszych albo najbogatszych itd.
Któregoś wieczoru obeszliśmy kilka imprez. Wszystkie, łącznie ze studniówką, były niewypałami. Wulgarne, anemiczne, wysilone. Ale następnego dnia na Facebooku wyglądały świetnie. Na zdjęciach ktoś się całował, tańczył, wymiotował… To nie miało nic wspólnego z rzeczywistością, ale było trwałym świadectwem. „Fejs” mówi: było zajebiście. I „Fejs” ma rację. Dominika to załamało.
Na razie selekcjonujesz propozycje, nie godzisz się na intensywną aktywność w mediach.
Udzieliłem kilku wywiadów, ale promuję film, nie markę „Jakub Gierszał”. Doskonale zdaję sobie sprawę, że w tym zawodzie trzeba iść na kompromisy. Życie to nie zawsze idealizm. Mam jednak nadzieję, że nie stracę czujności.
A co myślisz, kiedy czytasz o sobie, że masz swoje pięć minut, które powinieneś wykorzystać jak najlepiej, najintensywniej?
Pięć minut to mgnienie, chciałbym popracować trochę dłużej, żeby w przyszłości móc powiedzieć: tak, jestem aktorem, jestem twórcą. Marzę o tym, żeby otrzymywać różne propozycje, spełniać się w wielu gatunkach, podejmować nowe próby. Szczęśliwie po psychologicznej „Sali samobójców” gram teraz w zupełnie odmiennym, sensacyjnym filmie, „Yuma”.
W szekspirowskim „Hamlecie” w reżyserii Jana Peszka, dyplomowym przestawieniu PWST w Krakowie, dostałeś wymarzoną, tytułową rolę.
Pracując nad dyplomem, czerpałem inspirację również z „Sali samobójców”. Jak wspominałem wcześniej, „Hamlet” był jedną z najważniejszych lektur kierunkujących mnie w myśleniu o postaci Dominika. Ogromne znaczenie miała również osobowość Jana Peszka. Jest znakomitym pedagogiem. Podrzuca pewne pigułki myśli, które wracają w odpowiednim miejscu i czasie.
Kto, poza Peszkiem, jest dla Ciebie wzorem wśród aktorów?
Mam ogromny szacunek dla osobowości w rodzaju Janusza Gajosa, Zbigniewa Zapasiewicza czy Marka Kondrata. Udowodnili, że ten zawód można traktować serio. Kiedy czytam wywiady z Alem Pacino, to ich lektura inspiruje mnie, żeby się rozwijać, iść do przodu. Nie zadowalać się aktualnym stanem posiadania, tylko sięgać coraz głębiej, dalej, mocniej…
Jesienią w kinach pojawi się „Yuma” Piotra Mularuka. Czy w tytule rzeczywiście chodzi o nawiązanie do klasycznego westernu Delmera Davesa z 1957 roku – „15:10 do Yumy”?
Na granicy polsko‑niemieckiej na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku młodzi ludzie „jumali”, czyli kradli towary z Niemiec, przewożąc je w pociągu, który ruszał o 15.10. W Polsce było wtedy szaro i brudno, a w Niemczech można było dostać – i zabrać – wszystko, o czym się zamarzyło. Rowery, sprzęt elektroniczny, z czasem nawet samochody.
Grany przez Ciebie „Zyga” nie jest jednak typowym złodziejem?
Myślę o nim z sympatią. To dobry chłopak, marzyciel z ambicjami zmiany świata, trochę Robin Hood. Zabiera bogatym, ponieważ widzi dookoła biedę z nędzą. Robi to z dobrego serca.
Domyślam się, że realizując film w Niemczech, czułeś się równie dobrze jak w Polsce.
Mieszkałem w Niemczech do jedenastego roku życia. To były ważne, inicjacyjne lata. Miałem zaledwie dwa miesiące, kiedy rodzice wyjechali z Polski.
W 1988 roku aktorski wydział PWST w Krakowie ukończył Twój ojciec – Marek Gierszał, pracujący dzisiaj z powodzeniem jako reżyser teatralny.
Ojciec na pewno zaszczepił we mnie pasję do aktorstwa, filmu i teatru. Decyzja o tym, żeby studiować w Krakowie, była podyktowana również jego doświadczeniami. Przez chwilę wahałem się wprawdzie między Krakowem i Łodzią, ale w końcu zdecydowałem się na Kraków. Nie żałuję.
Patrząc na biografie najciekawszych aktorskich osobowości z ostatnich lat, widać pewną prawidłowość: studia w Krakowie i szybka przeprowadzka do Warszawy…
Na razie mieszkam w Krakowie. Ale nie wykluczam zmiany adresu. W Krakowie miło spędza się czas, ale wcześniej czy później zaczynamy myśleć o ucieczce. Nie wiem, o co dokładnie chodzi, być może o magmowaty, zawiesisty klimat; jakieś spowolnienie; „betonowy” oddech… Na studiach się tego nie czuje. Najważniejsza jest praca, rozwój. Na uczelni przesiadujemy od rana do wieczora, ale potem zaczyna się mimowolne spowolnienie. Chciałbym tego uniknąć.
A jak dzisiaj, z perspektywy czasu, wspominasz debiut we „Wszystko co kocham” Jacka Borcucha? Rola Kazika, przyjaciela Janka (Mateusz Kościukiewicz), po raz pierwszy zwróciła uwagę na Twoje nazwisko.
Byłem zafascynowany planem filmowym, panującą tam atmosferą. Patrzyłem na kolegów i Jacka Borcucha, i myślałem: „Wow, ja naprawdę tutaj jestem”! Od tamtego czasu trochę się zmieniło… Ale „WCK” będzie zawsze ważnym punktem odniesienia. Jak pierwszy raz z dziewczyną, pierwsze zakochanie, debiutanckie nadzieje na przyszłość. Jak wszystko, co kochamy.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o