Iza Kuna: Moim problemem są ambicje

0
116
iza-kuna
REKLAMA

 

REKLAMA

Jeszcze kilka lat temu niewiele osób o Tobie wiedziało…
Przełomem był film „Lejdis” Tomasza Koneckiego i Andrzeja Saramonowicza. Popularności tego tytułu zawdzięczam nie tyle popularność, bo teraz wszyscy są popularni, co docenienie mojej pracy. Przestałam być anonimowa.
Ale z duetem Konecki i Saramonowicz pracowałaś już wcześniej. W 2003 roku zagrałaś siostrę Felicytę w „Ciele”, potem była wróżka Ewa w serialu „Tango z aniołem”, w końcu Gośka w „Lejdis” i Klara w „Idealnym facecie dla mojej dziewczyny”.
Bardzo dużo im zawdzięczam. Po raz pierwszy spotkałam się z Andrzejem Saramonowiczem, kiedy grałam w etiudach realizowanych w Mistrzowskiej Szkole Andrzeja Wajdy, której Saramonowicz był studentem. Wprawdzie akurat w etiudzie Andrzeja nie zagrałam, ale zostałam przez niego zaproszona na casting do „Ciała”. Nienawidzę zdjęć próbnych, spinam się wtedy i z reguły wypadam fatalnie, ale tym razem wszystko odbyło się bezboleśnie. Na planie Tomek i Andrzej – czyli „chłopcy” (do dzisiaj tak ich nazywam), robili po prostu swoje, zapewniając jednak aktorom duże poczucie bezpieczeństwa. Winszowałabym sobie taką atmosferę na planie do końca życia.

Czyli sielanka?
Nie, bo z każdą kolejną propozycją boję się coraz bardziej. Za każdym razem czuję się w obowiązku, żeby przeskoczyć siebie. Chciałabym udowodnić, że kredyt zaufania, którym zostałam obdarzona, nie był na wyrost. Poza tym ja zawsze jestem z siebie niezadowolona. Z reguły mam silne poczucie niedosytu. Więcej rzeczy mi się nie podoba, niż podoba.
Filmy Saramonowicza wypełnia aktorski, kobiecy żywioł. W silnie zmaskulinizowanym polskim kinie to prawdziwy ewenement.
Powód jest chyba prozaiczny – Andrzej bardzo lubi kobiety. Doskonale pamiętam nasze pierwsze spotkania i niekończące się rozmowy telefoniczne, podczas których opowiadałam mu o swoich historiach miłosnych. Zwierzałam się Saramonowiczowi jak najlepszej koleżance. Poza tym Andrzej jest bardzo inteligentny – co mi się w nim chyba najbardziej podoba oprócz tego, że jest dosyć przystojny.
Inteligentny, przystojny, lubi kobiety. Tajemnica sukcesu w Polsce?
Połowa tajemnicy. Saramonowicz nie tylko lubi kobiety, ale także doskonale wyczuwa różne niuanse i potrafi trafnie opisać rozmaite sytuacje, stany emocjonalne. Poza tym jest strasznym cholerykiem. Od lat zapamiętale się z nim kłócę – jak z najlepszą koleżanką – ale w trakcie tych naszych spięć idzie na noże. Prawdziwa masakra.


Jako Kaśka, przyrodnia siostra Julii w „33 scenach z życia” Małgorzaty Szumowskiej, musiałaś zmierzyć się z rolą, która ma swój pierwowzór w realnej postaci – siostrze reżyserki, Katarzynie T. Nowak.
Ale Julia to nie Małgorzata, a ja nie byłam Kaśką. Oczywiście, w tym filmie znalazło się wiele sytuacji, które jakoś tam łączą się z życiem reżyserki, ale większość wydarzeń została wymyślona. Natomiast sama praca z Małgosią Szumowską była dla mnie bardzo ważna w sensie rozwoju. Pierwszy raz zetknęłam się z taką osobowością. Próby były gigantycznym stresem. Cokolwiek zrobiłam, Gośka krzyczała na mnie, że jest źle, nie tak jak trzeba, fatalnie. Po trzech czy czterech tego typu seansach byłam bliska rozpaczy, bo dotychczas słyszałam raczej komplementy, ewentualnie jakieś obojętne uwagi. I dopiero po pewnym czasie zrozumiałam, że Gośka nie robiła tego po to, żeby mnie dotknąć, ale że naprawdę doskonale wiedziała, jakie rzeczy musi uzyskać od aktora. A kiedy przyglądałam się Julii Jentsch, która pokornie, z niemieckim porządkiem, wiele razy powtarzała każdą scenę, pomyślałam sobie: „Kuna, nie możesz się tak tym wszystkim przejmować, powinnaś wreszcie zachowywać się jak dorosła osoba, nie jak małe dziecko, na które się krzyczy. Szumowska ma prawo mieć swoje zdanie”.
Od czasu znakomitej roli w „33 scenach z życia” Szumowskiej i „Idealnym facecie dla mojej dziewczyny” masz swoje pięć minut. „Galerianki”, „Śniadanie do łóżka”, wkrótce w kinach pojawi się „Lincz” …
Nic podobnego. Zawsze miałam wrażenie, że pracuję bardzo dużo, co niekoniecznie przekładało się na konkretne oferty filmowe. Nigdy nie miałam ich zbyt wiele, teraz też nie dostaję wielu propozycji. Już się przyzwyczaiłam. W szkole Wajdy zagrałam w ponad czterdziestu filmach, których prawie nikt nie widział. Kiedy trzydziestominutowy film Norah McGettigan „Jak to jest być moją matką”, w którym wystąpiłam, otrzymał nagrodę na festiwalu w San Sebastian, media milczały na ten temat. Trudno, c’est la vie. Czasami wpadam w depresję, bo chciałabym dostać jakąś nową, fajną rolę albo nawet niefajną, ale szybko mi przechodzi. Poza tym ja mam depresję niezależnie od tego, czy pracuję, czy nie (śmiech).
Nawet w trakcie tej rozmowy rozsadza Cię energia. Nic zatem dziwnego, że samo aktorstwo już Ci nie wystarcza. Wydałaś książkę, piszesz scenariusze, prowadzisz bloga, chcesz reżyserować…
Moim największym problemem są ambicje. Cały czas muszę udowadniać sobie, że jestem potrzebna, potrafię odnaleźć się w każdej sytuacji. Gdybym pracowała tylko w teatrze na etacie, na pewno nie dałabym sobie rady w życiu.
Finansowo?
To także – bardzo długo wychowywałam sama córkę, dlatego życie zmusiło mnie do podejmowania różnych, niekoniecznie związanych z aktorstwem wyzwań. Robiłam w życiu najdziwniejsze rzeczy…
A czym jest dla Ciebie pisanie?
Przede wszystkim przyjemnością. Książka „Klara” miała swój początek w moim blogu. Wcześniej nie czytałam żadnego bloga, dlatego po otrzymaniu propozycji założenia własnego poprosiłam o przysłanie mi jakichś linków. Zobaczyłam, że niemal wszystkie wpisy są bliskie formule dziennika. Są opisem wrażeń, emocji albo recenzją spektakli czy książek. Spróbowałam pisać w taki sam sposób, ale uznałam, że to kompletnie nie mój żywioł. I dlatego wymyślałam Klarę.
Klara z Twojego bloga ma coś wspólnego z Klarą z „Idealnego faceta”.
Absolutny zbieg okoliczności.
A co mają ze sobą wspólnego Klara i Iza?
W każdej drzemie kuna. Iza Kuna.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o