Jak kochać kolor

0
111
Jerzy Ruszel
REKLAMA

W którym momencie swojego życia wiedziałeś, że swoją drogę zawodową zwiążesz ze sztuką?
To było bardzo wcześnie. Już w dzieciństwie lubiłem malować, rysować, lepić coś w glinie i choć była to tylko zabawa, wiedziałem, że nic innego mnie nie interesuje. Mieszkaliśmy niedaleko Pałacu Młodzieży i mama posyłała mnie tam na zajęcia, a ją chętnie na nie chodziłem. W tamtych czasach, jeśli zauważono u dziecka jakieś zamiłowania i zdolności, od razu znajdowały się odpowiednie materiały – farby, kartony i inne. To była duża pomoc. Później zaczęła się szkoła, w której cały czas czekałem na lekcje plastyki – to były moje najlepsze godziny. Podczas nich miałem czasem na ławce 30 kartek, na których szybko szkicowałem np. martwe natury i posyłałem między ławki. Koledzy nieumiejący rysować kolorowali je tylko i oddawali pani. Natomiast w starszych klasach zafascynowała mnie geometria, zaczęło się kreślenie – to było dla mnie coś bardzo spektakularnego. Wiele lat później zaowocowało tym, że na Akademii Sztuk Pięknych już od III roku jako asystent dostałem godziny z rysunku technicznego i geometrii wykreślnej, które prowadziłem do końca studiów. To bardzo ważny, rozwijający przedmiot na wszystkich wydziałach szkół artystycznych. W międzyczasie oczywiście skończyłem Liceum Plastyczne w Tarnowie, bo żadna inna szkoła średnia nie wchodziła w rachubę.
Dlaczego jako kierunek studiów na ASP w Krakowie wybrałeś architekturę wnętrz?
W szkole plastycznej byłem na meblarstwie artystycznym, bo wówczas w Tarnowie było tylko meblarstwo i tkactwo, przy czym to drugie wybierały głównie dziewczęta. Niemniej dobrze czułem się „w meblu”, więc naturalną kontynuacją wydawała się właśnie architektura wnętrz. Tym bardziej że na rynku nie było ciekawych mebli, sprzęty były oklepane i we wszystkich domach podobne. Istniała szansa, żeby to zmienić.
Zająłeś się kiedykolwiek później tym meblarstwem?
Oczywiście, do tej pory się tym zajmuję – nawet trzy tygodnie temu zrobiłem do Norymbergi na targi stołek metodą gięto‑klejoną. Poza tym w Zespole Szkół Plastycznych w Tarnowie prowadzę zajęcia z meblarstwa. Meblarstwo to nie tylko mój zawód, ale także niesamowite hobby. Jesteś zdziwiona, dlatego że nie robiłem na ten temat wystaw. Przymierzam się dopiero do takiej dużej ekspozycji związanej ogólnie z małą architekturą, w tym rzecz jasna z meblarstwem, ale będzie to kosztowało bardzo dużo pracy. Trzeba porobić zdjęcia w terenie – kościołów, kaplic, mauzoleów, wnętrz obiektów sakralnych i nie tylko, w Polsce, Francji, Niemczech, Indonezji. Jest tego sporo i tysiące projektów indywidualnych.
Z takich większych ostatnich realizacji w okolicach Tarnowa w ubiegłym roku zaprojektowałem mauzoleum na cmentarzu w Zbylitowskiej Górze z kopułą z brązu oraz ołtarz polowy przy kościele Matki Boskiej Fatimskiej z ciekawą konstrukcją inżynierską jedenastometrowego dachu, który wisi bez podpór, jak balkon. Tak więc cały czas zajmuję się i meblarstwem, i małą architekturą.
Jacy mistrzowie stanowili dla Ciebie wzorzec, jakich artystów podziwiałeś, uczyłeś się od nich?
Jeżeli chodzi ci o twórców, którymi się zachwycałem i inspirowałem, to zmieniało się to w moim życiu tak jak zmieniają się w sposób naturalny ludzkie upodobania i gusty. Początkowo w malarstwie byli to mistrzowie realizmu – Tintoretto, Delacroix, Cezanne. Gdy zaczęło mnie interesować światło, przyszedł czas Rembrandta, a na koniec fascynacja sztuką współczesną. Obecnie podróżując co roku po Europie, zwiedzam właśnie muzea sztuki współczesnej, które spotkać można nawet w małych europejskich miasteczkach.
A nauczyciele, którzy zapisali się wyjątkowo pozytywnie w Twojej edukacji artystycznej?
Myślę, że to byli nauczyciele przede wszystkim ze szkoły średniej, bo to taki ważny okres dojrzewania młodego człowieka i kształtowania jego osobowości. Z malarzy byli to więc prof. Röhrenschef, prof. Drobiecki czy Szuszkiewicz, a konkretnego rzemiosła w meblarstwie nauczył mnie prof. Krawczyk. Później dyplom robiłem na akademii u profesora Jerzego Swałdka, w jego pracowni zostałem też asystentem na niespełna 10 lat – do czasu przeniesienia się z rodziną do Tarnowa. Zdecydowały o tym przede wszystkim kwestie mieszkaniowe, pracownia itp.

REKLAMA

O ile wiem, w czasach krakowskich zdobyłeś stypendium miasta Krakowa.
Ponieważ po studiach podczas pracy na uczelni zająłem się rzeźbą. Od 1984 roku działałem prężnie w sekcji rzeźbiarskiej krakowskiego ZPAP – przy moim udziale lub współudziale powstało kilka pomników, zdobyłem też parę nagród, w tym tę finansową, o której wspomniałaś. To były bardzo konkretne pieniądze, które pozwoliły mi przez kilka lat pracować, tworzyć, rozwijać się. Kupiłem pracownię, narzędzia, odpowiednie materiały i od tej pory zaczęła się przygoda poważna, jeśli chodzi o wytwarzanie większych elementów – odlewów, rzeźb, pomników.
W międzyczasie poznałeś kobietę swojego życia, zakochałeś się, ożeniłeś…
Rzeczywiście tak było. Moja żona jest architektem, więc ma podobne zainteresowania jak ja. Obecnie pracuje w Zespole Szkół Budowlanych w Tarnowie i wykłada przedmioty związane z historią sztuki i architektury, projektowaniem i budownictwem. Mamy dwóch synów – Marcin jest malarzem po krakowskiej ASP, mieszka i tworzy w Krakowie, a młodszy Jakub studiuje formy przemysłowe w Instytucie Sztuki PWSZ w Tarnowie.
Czy w czasach, gdy dzieci były małe, dało się utrzymać rodzinę z pracy artystycznej?
Było więcej zamówień niż teraz. To był okres, w którym zaczęły rozwijać się kawiarnie. Wnętrza były zazwyczaj obskurne i poszukiwano twórców, którzy szybko zrobią projekt i zajmą się wykonaniem. Ja miałem takie możliwości. Mieliśmy stolarnię na ASP, więc niektóre rzeczy zlecałem tam, a inne robiłem sam, bo miałem swój zestaw maszyn. Tych wnętrz zrobiłem kilka, m.in. w Hotelu Holiday w Krakowie, a w Hotelu Saskim do dzisiaj w holu wisi mój olbrzymi obraz i wszystkie dekoracje, boazerie pozostały niezmienione od tamtego czasu. Kiedy przeniosłem się do Tarnowa, zatrudniłem moich trzech braci i trzy inne osoby po studium konserwacji. Robiliśmy barokowe meble na rynek polski i niemiecki, zarabiając przy tym niezłe pieniądze. Później jednak popyt był coraz mniejszy.
Jak trafiłeś na rynki zagraniczne? Miałeś stamtąd nie tylko zlecenia, ale także wystawiałeś swoje malarstwo.
W Hamburgu miałem nawet kilka wystaw. A trafiłem tam przypadkiem i podjąłem współpracę z firmą meblarską. Firma ta wysyłała mnie wielokrotnie na delegacje do Indonezji, gdzie w fabrykach mebli trzeba było poprawiać formy, złocenia, rzeźby. Pomagałem też szefowi wybierać antykwaryczne przedmioty, które ściągał do Niemiec – kwestia polegała na weryfikacji i wyborze oryginałów. Z kolei w Indonezji poznałem i zaprzyjaźniłem się z Niemcem, który kupił zamek we Francji, tuż przy granicy hiszpańskiej. Obiekt był w ruinie, więc przyjaciel poprosił mnie o pomoc. Cały remont z projektem wnętrz i doprowadzenie zamku do stanu obecnego trwały 15 lat. Byłem tam nie tylko projektantem, wykonawcą, ale też głównym organizatorem prac i tłumaczem, bo pracowników ściągnąłem z Polski. Za to dziś w każdej chwili mogę tam pojechać i tworzyć, mam tam pracownię i całe piętro do dyspozycji.
Malujesz, rzeźbisz, projektujesz małą architekturę, meble, całe wnętrza. W czym spełniasz się najbardziej?
Najprzyjemniejsze jest malowanie, zawsze mam przy sobie szkicownik i ołówek. Kiedy mam potrzebę, to rysuję, łapiąc to „coś”. Okazuje się, że większość ludzi ceni i rozumie malarstwo. Większość ma też w domu jakiś obraz – dobry, zły, nieważne, ale jest. Rzeźbę – niekoniecznie, bo na rzeźbie trzeba się trochę znać, na grafice tym bardziej, nie mówiąc o innych gałęziach sztuki, do których odbioru trzeba mieć konkretną wiedzę. Poza tym kochamy kolor, to coś pozytywnego w naszej egzystencji. Życzymy nawet komuś „kolorowego życia” czy „kolorowych snów”. Zdecydowanie więc najbardziej lubię malować.
Skąd czerpiesz natchnienie do swojej twórczości?
Różnie. Jak maluję w plenerze, to odtwarzam czy przetwarzam to, co widzę. Jak siedzę w pracowni przed pustą ścianą, to muszę czerpać z głowy – z przeżyć, doświadczeń, myśli. Kompilacja tego wszystkiego wylewa się na materiał, który mam pod ręką. Mam farbę, wychodzi kolor, ołówek – rysunek, glinę – forma przestrzenna. Ważne jest więc, by poruszać się po świecie, gromadzić wrażenia, zdobywać doświadczenia, ładować akumulatory. Nie można usiąść w miejscu i czerpać tę wenę nie wiadomo z czego.
W tym roku przypada trzydziestolecie Twojej pracy artystycznej. Co uważasz za swoje życiowe osiągnięcie, a co nazwałbyś porażką?
Porażek staram się nie zauważać, tym bardziej że zawsze po nich przychodzą sukcesy. Jeżeli coś mi się nie udaje, to tylko po to, żeby mnie zdopingować do działania, to dla mnie sygnał, że muszę więcej i lepiej pracować. Jeżeli chciałem zrobić jakąś rzeźbę czy cykl obrazów i tego nie zrealizowałem, to staram się nadrobić to w innym terminie i od razu zabieram się do roboty. Nie mam więc poczucia porażki. Nie pamiętam sytuacji, żebym coś sobie w życiu założył i tego nie osiągnął, ale zawsze planuję realnie, np. że pojadę do Paryża i do niego jadę, nie zakładam natomiast, że polecę na Księżyc.
Poza tym jestem szczęśliwym człowiekiem, bo udało mi się wszystko, o czym marzy większość ludzi. Ukończyłem szkoły, które chciałem, założyłem rodzinę, zbudowałem dom, mam pracownię, robię to, co kocham, żyję na niezłym poziomie i niczego mi nie brakuje. Wiem, że oczekujesz ode mnie, żebym wskazał jakiś obraz, rzeźbę czy projekt, z którego jestem wyjątkowo dumny. Są oczywiście takie dzieła, które uważam za najlepsze, jestem do nich wyjątkowo przywiązany, nie sprzedaję ich. Ale to tylko moje zdanie, ktoś może mieć na ich temat całkiem odmienną opinię. O sukcesach w sztuce nic pewnego powiedzieć się nie da. Wolę więc za osiągnięcie uważać na przykład nauczenie się języka niemieckiego, bo w szkole byłem pod tym względem tzw. „nogą”. Nie zdołałem opanować ani rosyjskiego, ani francuskiego, ani angielskiego. W końcu jednak zmusiło mnie życie i nauczyłem się niemieckiego, mówię nim biegle. Czy to nie sukces?
Jakie masz najbliższe plany artystyczne?
Teraz wybieram się do Francji do przyjaciela i będę tam malował. Po drodze zatrzymam się w Besançon, żeby w imieniu naszej szkoły nawiązać kontakty z tamtejszą szkołą artystyczną. Natomiast następną wystawę, po tej w muzeum, będę miał wspólnie z przyjaciółmi w marcu w teatrze. Mamy taką grupę dwóch pokoleń, którą tworzą ze mną Juliusz Słomka i Tomasz Głowacz. Są ode mnie znacznie młodsi, ale rozumiemy się i podobnie myślimy o sztuce. Cała nasza trójka lubi tradycyjne malarstwo, aczkolwiek nie stronimy od różnych działań eksperymentalnych. Wystawa będzie nosiła tytuł „Moje najpiękniejsze miejsce”. A później w ciągu roku na pewno się jeszcze coś urodzi.
Jesteś bardzo pogodnym człowiekiem, życzę Ci więc z okazji Twego jubileuszu, żeby radość tworzenia i życia nie opuszczała Cię przez następne 30 lat.
Ojej, 30 lat!? To chyba niemożliwe! Ale dziękuję bardzo.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o