Jak rodzi się zbrodnia?

0
72
Recenzja Ikebany

Historię złej Ewy, napisaną przez tarnowianina Marcina Skórę w inscenizacji reżyserskiego tandemu – Bohdana Roberta Graczyka i Dariusza Stanisława Starczewskiego, ze znakomitą Matyldą Baczyńską, śledzi się z niesłabnącym zainteresowaniem do ostatniej minuty trwania widowiska. Przedstawienie wciąga publiczność, a aktorka czaruje widzów, czasem wodzi za nos, w dobrym tego słowa znaczeniu, przez okrągłe półtorej godziny. To warto zobaczyć.
Zanim tarnowscy teatromani mieli okazję obejrzeć tekst byłego policjanta w scenicznej wersji, wokół „Ikebany” w lokalnych mediach krążyły różne opowieści. Autor nie krył zresztą, że pisząc go, inspirował się prawdziwymi zdarzeniami, które miały miejsce w mieście nad Białą kilkanaście lat temu. W ich następstwie śmierć poniosły trzy osoby w tym dwoje dzieci. Choć tragiczne okoliczności – morderstwa skupione wokół jednej kobiety, zawiłe śledztwa i niepewne jego wyniki – trudno usunąć z pamięci, to tamte realia sprzed lat nie są dobrym kluczem do odbioru spektaklu. Na scenie oglądamy bowiem całkiem inną fabułę, która ma własny tok dramatyczny i jeśli coś odzwierciedla, to przede wszystkim autorską i reżyserską kreatywność.
O czym zatem jest „Ikebana”? Opowieścią o tym jak zło rodzi zło, jak dzieciństwo spędzone w domu okrutnego ojca niszczy psychikę i zaburza zdolność do społecznego funkcjonowania człowieka w oparciu o powszechnie akceptowane wartości. Mówiąc kolokwialnie: czym skorupka za młodu nasiąknie… Brak miłości i ciepła w okresie dorastania niszczy umiejętność kochania w wieku dojrzałym i wyklucza empatię. Obserwujemy na scenie coś na kształt narodzin zbrodni i zbrodniarki. Przy czym postać bohaterki bynajmniej nie jest jednoznaczna. Jej pokrętnemu sposobowi myślenia czasem trudno odmówić racji. Bo czy kłamstwo nie bywa pożyteczne, skoro chroni najpierw przed bezwzględnością rodzica, a potem mściwością męża? Nawet jeśli prawda wyjdzie na jaw, to lepiej dostać w skórę raz niż obrywać na okrągło. A los Ewy nie oszczędza, jej życie naznaczone jest stratami, także tymi najboleśniejszymi, jak samobójstwo matki, śmierć siostry w niejasnych okolicznościach i w końcu morderstwo dziecka. Więc fakt, że jej późniejsza zbrodnia budzi najwyższą odrazę, nie chroni widzów przed współczuciem dla niej, zaś niekłamane uczucia dla córki oraz szczery zachwyt dla kwiatów i pasja w ich układaniu (stąd tytułowa „Ikebana”) zdają się opromieniać jej postać. Proste i łatwe sądy nie są tu właściwe. To zresztą siła tekstu Marcina Skóry.
Metalowe drzwi w tle, żelazne łóżko i szafka – scenografia przenosi nas do celi więziennej. Jednak za pomocą różnych rekwizytów jej autorka Justyna Banasiak uzyskała dodatkowe przestrzenie, w których znajdziemy się wraz z bohaterką. Kwiaty stojące w wiadrze sugerują kwiaciarnię, oznakowane jak w policyjnej praktyce cyframi przedmioty – popełnione przestępstwo. Wspomniana szafka zamienia się w dziecinny wózek, stół do przesłuchań, a nawet konfesjonał. Wiele funkcji spełnia poduszka. W tym znakomitym zagospodarowaniu sceny wszystko gra, mobilizuje wyobraźnię. Do tego piosenki zespołu HEY i projekcje napisów przypominające nieme początki kinematografii – twórcy inscenizacji postarali się atrakcyjnie „opakować” sztukę.
Spektakl ma też bardzo dobrą kompozycję, pomyślaną tak, by odbiorców zaskakiwać i fundować emocjonalną huśtawkę. Pierwsza scena wyciszona, z kołysanką, jest nieco tajemnicza – to, co odzwierciedla, nabiera dla widzów sensu w kontekście później poznanych wypadków. Łagodna w niej Ewa w okamgnieniu przeistacza się w agresywną oskarżycielkę i w wulgarnych zwrotach do publiczności wypomina ludzką skłonność do oceniania innych. To na krótko budzi niechęć, ale szybko z niej trzeba się wycofać, gdy za sprawą wspomnień złej kobiety przenosimy się do jej rodzinnego domu. Odtąd, trochę jak z puzzli, z fragmentów niechronologicznych opowieści układamy jej historię z tragicznym finałem. Nie jest to jednak „smucenie” na jednej nucie. W relacjach bohaterki wstrząsające zdarzenia sąsiadują z ironicznym dystansem, a nawet zabawnymi anegdotami, jak choćby ta o cygańskim rosole za 12 tys. Oprócz faktów, poznajemy jej rozmowy z duchami jako formę ucieczki od rzeczywistości trudnej do zaakceptowania, a także pełną nienawiści obsesję na punkcie znajomego policjanta, odrzuconego zalotnika i śledczego w jednej osobie, w końcu również ofiarę – skrzywdzonego rodzica. Wszystko przeplatane informacjami o kwiatach, wiązankach i upodobaniach klientów kwiaciarni.
Bogactwo zdarzeń, różnorodność tonów, zmienność nastrojów w monodramie chłoniemy dzięki fantastycznej Matyldzie Baczyńskiej, która nie schodząc ze sceny, przez półtorej godziny niestrudzenie prowadzi nas przez zakręty życiowe Ewy Nowickiej i meandry jej duszy. Aktorka przechodzi liczne metamorfozy – od szeptu do krzyku, czasem zgrabnie balansując na granicy egzaltacji, ale nie popadając w sztuczność. Z publicznością przy tym nawiązuje znakomity kontakt i wzbudza zrozumienie widzów dla odtwarzanej postaci – o dziwo, bo gra przecież złą kobietę. A może nie? Może tylko głęboko skrzywdzoną i oszalałą z rozpaczy?
Niełatwo zdobyć w tej materii pewność, ale warto spróbować, oglądając świetne przedstawienie.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o