Joanna Kulig: Góralki tak mają…

0
118
REKLAMA

Nie pamiętam, żeby którakolwiek z polskich aktorek debiutowała w kinie europejskim z takim rozmachem.
Ostatni czas był fantastyczną przygodą. Nowi ludzie, obce języki, próba zdefiniowania tego, kim jestem, na czym tak naprawdę zależy mi w zawodzie.
Na statusie gwiazdy?
Rozumiem, że to żart? Fałszywa skromność jest mi obca, ale w określeniu „gwiazda” jest coś tandetnego, paradoksalnie nieprzyjemnego. Kiedy patrzę w niebo, uśmiecham się na widok gwiazd, ale czytając o „gwiazdach” w kolorówkach, czuję się głupio. Podoba mi się inne, mniej modne określenie: artysta. Chciałabym być artystką.
Po filmach Pawlikowskiego, Szumowskiej i Justice Twoje zawodowe dossiers wygląda zupełnie inaczej.
Takich rzeczy nie można przewidzieć. Na studiach zastanawiałam się, dlaczego w szkole teatralnej nie próbujemy scen w języku angielskim. Myślałam wtedy, jakby to wyglądało, gdybym któregoś dnia znalazła się na planie filmowym za granicą. Gdybym usłyszała wówczas, że spotka mnie to już za kilkanaście miesięcy, puknęłabym się w czoło.
Binoche, Hawke, Scott Thomas to pierwsza liga aktorska. Bałaś się spotkania z takimi gwiazdami?
Paweł Pawlikowski ciągle powtarzał mi, żebym nie miała żadnych kompleksów. W końcu mu uwierzyłam. Na planie byłam dumna, że jestem Polką. Czułam swoją słowiańskość. Wiedziałam, że mam trochę inny charakter, różnię się od pozostałych. To była wartość dodana. Parę osób przestrzegało mnie przed Juliette Binoche, twierdząc, że jest apodyktyczna i zarozumiała. Nie miałam takiego wrażenia. Juliette jest świadoma swojej pozycji, ale także otwarta na improwizacje, szaleństwo. W pewnym momencie powiedziała: „Joanna musi mieć wolność, zróbmy tak, jak ona chce”. Bardzo mi tym zaimponowała.
Na planie nie krygujesz się, niczego nie udajesz. Od reżyserów wiem, że masz odwagę mówić rzeczy nie zawsze przyjemne.
Dyplomacja niczemu nie służy, dedukcja – wręcz przeciwnie. W pracy staram się być maksymalnie szczera, nawet za cenę szyderstwa. Są różne metody dochodzenia do roli. Niektórzy bazują na emocjonalności, ja zadaję mnóstwo pytań, chcę wiedzieć wszystko. To mi pomaga.
Szczerość to twoja wizytówka.
Góralki tak mają (śmiech). Jestem dziewczyną z gór. W mojej wiosce, Muszynce koło Krynicy, mieszka zaledwie trzysta osób, wszyscy się znaliśmy. Przyroda i ludzie dali mi kręgosłup. Miałam z czego czerpać. Moje pochodzenie to także charakter. Trudna do wyrażenia biologiczna łączność z naturą.
Słyszałem, że na planie jednego z filmów po nieuzasadnionym ataku reżysera ostro wkroczyłaś do akcji…
Nie lubię arogancji. Wiem, że dla części twórców filmowych aktor to tylko narzędzie służące do przeprowadzenia ich wizji, ale bardzo mi się nie podoba, kiedy traktuje się nas przedmiotowo. Jesteśmy przede wszystkim ludźmi – na planie filmowym oddajemy nie tylko emocje, ale także fizyczność. Łatwo o nadużycia. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że niektórzy mogą sobie pozwolić na więcej, inni na mniej, uważam jednak, że na planie filmowym wszystkim należy się taki sam szacunek.
Jaki był układ pomiędzy tobą a Ethanem Hawke i Kristin Scott Thomas na planie „Kobiety z piątej dzielnicy”?
Partnerski. Z Kristin nie miałam wspólnych scen, ale spotykałyśmy się w garderobie. Świetna, dowcipna i inteligenta kobieta. A z Ethanem bardzo się zaprzyjaźniłam.
W telewizyjnym wywiadzie Hawke mówił, że jesteś dla niego „objawieniem” i marzy o tym, żeby napisano dla was kolejny scenariusz.
Cały czas opowiadał o „naszym” filmie. Ethan miałby zagrać żołnierza, ja – piosenkarkę w jazzowej knajpie… Nawet jeżeli to tylko kurtuazja, była szalenie miła.
W filmie śpiewasz „Tomaszów” z repertuaru Ewy Demarczyk.
To ukochany utwór Pawlikowskiego. Starałam się sprostać legendzie oryginału.
Śpiewasz od zawsze.
Tygodnie, miesiące, lata ćwiczeń. Teraz dopiero widzę, jak wiele mi to dało, do jakiego stopnia pomogło. Dobry słuch, konieczna w muzyce koncentracja nauczyły mnie odpowiedniego skupienia, koniecznego w przygotowaniu każdej roli filmowej. Pracę w kinie traktuję „muzycznie”. Sceny i dialogi mają dla mnie swój wewnętrzny rytm, feeling. Tak zresztą – na rytmach – pracuje Paweł Pawlikowski. Byliśmy w jednym teamie.
W PWST w Krakowie studiowałaś na wydziale o specjalności wokalno–aktorskiej.
Odkąd pamiętam, śpiewanie było najważniejsze. Aktorstwo dramatyczne pojawiało się niejako przy okazji.
A wiesz, że w Internecie ciągle można znaleźć twój występ w „Szansie na sukces”, kiedy jako piętnastoletnia dziewczynka wygrałaś ten program, śpiewając „Między ciszą a ciszą” Grzegorza Turnaua.
Nie przestaje mnie dziwić, że ciągle jestem rozpoznawana dzięki udziałowi w programie, który był pokazywany trzynaście lat temu… Trudno wytłumaczyć ten fenomen. Może po prostu ludzie polubili mój głos?
Do ról w filmach Szumowskiej i Pawlikowskiego nauczyłaś się języka francuskiego. Od podstaw.
Propozycje były kuszące. Nie wahałam się nawet przez moment. Na rok przed rozpoczęciem zdjęć do „Sponsoringu” dowiedziałam się, że być może zagram w tym filmie. Zaczęłam uczyć się francuskiego. Trudno było mi jednak skupić się wyłącznie na języku. Pomimo rezygnacji z etatu w „Starym Teatrze” ciągle występowałam tam gościnnie, pojawiałam się w kinie i w telewizji. Właściwie dopiero kilkumiesięczny pobyt w Paryżu i stały kontakt z językiem pozwolił mi poczuć się pewniej z francuskim.
Można się definitywnie pozbyć polskiego akcentu?
To trudne, ale nie niemożliwe. Przykład Andrzeja Seweryna we Francji czy Alicji Bachledy‑Curuś, która w kinie amerykańskim mówi bez śladu akcentu, jest wymowny. W innym wypadku możemy grać role Polaków czy Rosjan. Nie ma ich tak wiele. Dlatego będę uczyła się dalej. Juliette Binoche bardzo mnie na to namawiała.
Biegle władająca francuskim Kristin Scott Thomas, z którą grałaś w „Kobiecie…”, jest aktorką nominalnie brytyjską, ale w ostatnich kilkunastu latach największe sukcesy odnosi w filmach francuskojęzycznych.
No widzisz. Granice się rozmywają. Jesteśmy w permanentnej podróży. Czasami chodzi o pociąg do Warszawy, czasami o bilet do Paryża.
Zimą spotkaliśmy się w Krynicy. Zaprowadziłaś mnie m.in. do Twojej szkoły muzycznej. Lubisz wracać do tamtego czasu?
Bardzo. Muzykę mam w genach. Mój dziadek samodzielnie wystrugał skrzypce. Pochodzę z biednej rodziny, dlatego jako nastolatka dorabiałam sobie, gdzie tylko mogłam: na przykład występując na różnych imprezach. Grałam na keyboardzie, śpiewałam. W końcu ukończyłam szkołę muzyczną pierwszego stopnia w klasie fortepianu w Krynicy, a następnie szkołę średnią w klasie śpiewu wokalnego w Krakowie. Mieszkając w Krynicy, codziennie, po zajęciach w technikum hotelarskim, przez kilka godzin, do późnego wieczora ćwiczyłam na fortepianie, śpiewałam. Wspominam ten okres z dużym sentymentem.

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o