Kobieta potęgą jest…

0
heroiny
heroiny
REKLAMA

Przedstawienie wróciło na sceniczne deski po wakacyjnej przerwie i prezentowane będzie w nowym roku, stąd kilka słów o nim, tym bardziej że warte jest uwagi widzów. „Heroiny” to widowisko kameralne, dowcipne, ale niepozbawione głębszej refleksji, powstałe w szczytnym celu upamiętnienia 100‑lecia otrzymania przez kobiety w Polsce praw politycznych. I co ważne – świetnie zagrane przez czwórkę aktorów.
Agata Biziuk, autorka zarówno tekstu „Heroin”, jak i jego inscenizacji, dała się już poznać w tarnowskim teatrze jako współtwórczyni mądrej bajki „Babcia mówi pa, pa”. Ponadto podczas ostatniej Talii jej spektakl „Skłodowska. Radium Girl”, zrealizowany w Teatrze Papahema w Białymstoku, uhonorowany został przez jury I nagrodą. Szkoda, że jurorzy festiwalu nie widzieli „Heroin”, bo te są jeszcze lepsze od opowieści o noblistce i sądzę, że znacznie atrakcyjniejsze w odbiorze. Sztuka powstała z myślą o setnej rocznicy nadania w naszym kraju praw kobietom, rocznicy, o której nie tak głośno w mediach, jak o stuleciu wolnej ojczyzny – to oczywiście zrozumiałe, ale i nad tym „kobiecym jubileuszem” trzeba się pochylić, zważywszy, że dotyczy połowy mieszkańców Polski. Mając temat na uwadze, słusznie spodziewać się należy w przedstawieniu akcentów feministycznych, ale zapewniam, że i widzom płci męskiej przypadnie ono do gustu w równym stopniu, co paniom.
Widowisko ma modną ostatnio w teatrze afabularną formę – składa się z luźnych epizodów powiązanych ze sobą tematem, ale nie ciągiem akcji. Całość zaś ujęta jest w kompozycyjną klamrę uzasadniającą swobodne przechodzenie między scenami. Tą klamrą jest świętowanie setnych urodzin praw wyborczych kobiet i… wywoływanie duchów (wyraźne nawiązania do II części „Dziadów”) z głębokiej przeszłości, z czasów, gdy nawet władczynie zasiadające na tronie musiały uginać się pod ciężarem obowiązków, poświęcenia i surowych praw funkcjonujących w patriarchalnym świecie. W ten sposób poznajemy kilka postaci historycznych i ich losy. Brzmi poważnie, ale nie jest, bo kolejne scenki, nawet te wywołujące zadumę czy emocje, nasycone są humorem w takiej ilości, że blisko im do kabaretowych skeczów.
Zanim jednak przed publicznością staną polskie królowe – tytułowe Heroiny, pojawia się ku zaskoczeniu wszystkich mężczyzna – św. Stanisław ze Szczepanowa, ojciec narodu. Stajemy się obserwatorami sporu między nim a Bolesławem Śmiałym, a nawet procesu sądowego, w którym świadkami są średniowieczni kronikarze i w którym prawda historyczna miesza się z mitami i legendami. A wszystko z satyrycznym pazurem i dowcipem. Kolejno pojawiają się wreszcie i matki narodu – Jadwiga, Bona Sforza i Anna Jagiellonka, każda z własną mniej lub bardziej dramatyczną opowieścią i buntem przeciwko marginalizacji w męskim świecie oraz historycznemu zaszufladkowaniu.
Co rusz też w ich odległe dziejowo perypetie miesza się współczesność, głównie z mocno nasyconym ironią przekazem – a to za sprawą rzecznika praw dziecka, a to w związku z kultem ciała, dążenia kobiet do doskonałości poprzez dietę i gimnastykę czy też logicznymi zasadami łączenia się w pary, lub bardziej poważnie – z przypomnieniem o istnieniu wciąż na świecie miejsc, gdzie kobietę traktuje się jak przedmiot. Do tego ze sceny płynie dużo wpadającej w ucho muzyki autorstwa Piotra Klimka i melodyjnych piosenek znakomicie wykonanych przez aktorów na żywo, wplecionych między epizody.
Kabaretowa, lekka forma sprawdza się na medal w tej inscenizacji wyreżyserowanej bardzo sumiennie i drobiazgowo. Szybkie tempo, błyskawiczne zmiany nastrojów i scenicznych okoliczności, ciągłe mieszanie konwencji dramatycznych wymagają pewnej dyscypliny przekazu, która nie kuleje ani przez moment. Duża w tym również zasługa wykonawców: Matyldy Baczyńskiej, Karoliny Gibki, Kingi Piąty i Aleksandra Fiałka. Aktorzy co chwilę „zmieniają maski”, wcielenia, a nawet płeć – jedyny facet na scenie jest równie przekonujący w roli biskupa Stanisława, co i Anny Jagiellonki, udane męskie kreacje zaliczają także panie. Wszyscy do tego śpiewają i grają na różnych instrumentach (Aleksander Fiałek nawet kilka dźwięków udanie wydobywa z saksofonu), a choć nie są to wirtuozerskie popisy, to całkiem nieźle sobie radzą z muzyczną materią przedstawienia. Talenty w każdym razie tarnowscy artyści prezentują różnorodne i za to chapeau bas.
Ciekawa jest też scenografia z „nieistniejącymi drzwiami” w tle sceny, których „nie wolno używać”, a które sygnalizują widzom magiczną rzeczywistość – przestrzeń dedykowaną duchom i zjawom. Nie mogę tylko wybaczyć Marice Wojciechowskiej, autorce dekoracji, że lasem mikrofonów zasłoniła piękne i symboliczne żelazne serce, niestety nie z każdego miejsca widowni dostrzegalne. Wymowne są oczywiście i czarne ptaki siedzące na mikrofonach, ale tego serca żal, w tej sytuacji bowiem zagraca tylko scenę. Ot, taka uwaga na koniec skrupulatnej recenzentki.
Niemniej „Heroiny” to spektakl godny polecenia wszystkim teatromanom – świetny, trochę niegrzeczny tekst, lekka forma, muzyczna oprawa, aktorska klasa. Zapewnia blisko półtorej godziny inteligentnej rozrywki, każe pomyśleć, ale nie znuży, a przy tym serdecznie ubawi. Każdy, kto odwiedzi Małą Scenę Solskiego, nie pożałuje.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze
0
Napisz komentarzx