Maciej Stuhr: Jest mi tak sobie…

0
99
maciej-stuhr
REKLAMA

Kiedy się poznaliśmy, studiowałeś psychologię, występowałeś w kabarecie oraz w popularnych filmach Olafa Lubaszenki.
Jesteśmy oldboy’ami!
Pamiętam Twoje pierwsze role teatralne, również porażki. Byłeś fatalny jako Orlando w dyplomowym „Jak wam się podoba” Szekspira, reżyserował Andrzej Wajda.
O Jezu, to było bolesne. Miałem grać Rozalindę. W końcu mistrz przestraszył się tego pomysłu i na dwa tygodnie przed premierą obsadził mnie w roli Orlanda. Nie wyszło.
Nie zagrałeś Rozalindy, ale konsekwentnie szukałeś dla siebie miejsca w coraz trudniejszym, problematycznym repertuarze. Spełnieniem tej drogi są dwie premiery – „Obława” Marcina Krzyształowicza i „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego.
Mam wrażenie, że w końcu udało mi się wyswobodzić z cienia ojca. Dyżurne pytanie wszystkich dziennikarzy kolorowych pism przez lata wyglądało identycznie: „Czy odziedziczyłem talent w genach? ”. Pytają o to coraz rzadziej. Dlatego cieszę się, że zauważasz konsekwencję moich wyborów. To właśnie jedna z najlepszych rzeczy, którą przejąłem po tacie. Nie musiał niczego mówić, wystarczyło, że widziałem, jak pracuje. Patrząc na jego drogę, doceniałem, że zawsze, w każdym momencie, warto iść (jeszcze) dalej. Mała stabilizacja to trucizna. Kiedy na ekranach królował film „Fuks” i „Chłopaki nie płaczą”, dobrze wiedziałem, że dla mnie to dopiero początek.
Zdecydowałeś się wtedy zdawać do PWST.
Większość znajomych pukała się w czoło. Mówili: po co ci to, masz propozycje, jesteś lubiany przez publiczność, stajesz się popularny. A ja czułem, że na razie zrobiłem pierwszy krok, muszę inwestować w siebie, nie konsumować. I że chodzi o inwestycję na lata.
Przyglądając się karierze ojca, jego przyjaciół, wiedziałem, jakie to wszystko potrafi być krótkie, efemeryczne i znikome. Dzisiaj jesteś kochany, jutro możesz zostać zlinczowany. Nie wolno zachłystywać się pięciominutową sławą. Dlatego myślę o sobie w perspektywie dziesięciu lat. Kiedy dostaję scenariusz, zastanawiam się, czy przyszły film pomoże mi jakoś w zawodowym życiu, poprowadzi drogą, którą chciałbym nadal podążać. Bo chciałbym zaskakiwać siebie i widza, podejmować nieoczywiste, czasami radykalne wybory. Nie chcę, żeby było łatwo.
Jesteś szczęśliwcem, który może wybierać scenariusze.
To prawda, łatwo się wymądrzać. Mam komfort finansowy, który pozwala czasami wybrzydzać. Nie muszę aktorstwem za wszelką cenę zarabiać na życie. Zawsze mogę poprowadzić imprezę, powiedzieć „dobry wieczór państwu” i dzięki uczciwie zarobionym w ten sposób pieniądzom odmówić udziału w głupiej komedii albo w serialu, ale gdybym nie miał takich możliwości, pewnie mówiłbym inaczej. Wymienione przez ciebie tytuły, „Obława” i „Pokłosie”, są dla mnie potwierdzeniem sensu obranej niegdyś drogi. Cieszę się, że mogłem zagrać w tych filmach. Bez względu na rezultat warto było zaryzykować.
Dużą rolę odegrał w twoim przypadku aktorski trening w teatrze Krzysztofa Warlikowskiego.
Warlikowski ulepił ze mnie aktora. Dzięki niemu gram inaczej, świadomie. To przydaje się w kinie, nawet w rzeczach tak odległych jak „Listy do M.”. Teatralna przygoda ciągle trwa. W lipcu zagraliśmy „Anioły w Ameryce” na festiwalu „Open’er”. To było jak sięgnięcie do źródeł. Po raz pierwszy wystąpiliśmy wyłącznie przed tak zwanymi „normalsami”, graliśmy dla dzieciaków mieszkających na polu namiotowym. Przychodzili na przedstawienie w zabłoconych kaloszach, tysiące osób odchodziło z kwitkiem, bo brakowało miejsc, ale ci, którzy dostali się na spektakl, patrzyli na nas z rozdziawionymi buziami. Jedno z najpiękniejszych wydarzeń teatralnych w życiu.
Jakim wydarzeniem był dla ciebie udział w „Obławie”? W Polsce filmów na temat drugiej wojny światowej powstało wiele, tutaj mamy jednak do czynienia z zupełnie nowym ujęciem tematu.
To mnie zaintrygowało już od pierwszej lektury scenariusza. Wracamy do wojennych traum, ale jak gdyby od nowa. Dla naszego pokolenia oraz pokoleń młodszych wojna to prehistoria. Nie mamy balastu współuczestnika tamtych wydarzeń, co pozwalałoby na przewartościowanie kontekstów, odkrywanie jak to wszystko wyglądało naprawdę, bez mitologizującej osłonki.
Historia nami manipuluje.
Jesteśmy zaledwie pionkami, dlatego z zamkniętych doświadczeń warto czerpać na przyszłość. Bo historia ciągle czegoś nas uczy.
Po premierze „Pokłosia” była zadyma…
Afera wybuchała, zanim jeszcze powstał film. Władek Pasikowski parę lat temu udzielił obszernego wywiadu „Gazecie Wyborczej”. To wystarczyło, żeby „prawdziwi Polacy” zademonstrowali „prawdziwe emocje”. Temat relacji polsko‑żydowskich w czasie wojny obrósł wieloma stereotypami. Prawdę o tamtych czasach, o Jedwabnem i podobnych miejscach albo się wypiera, albo przemilcza.
„Pokłosie” należy jednak traktować dopiero jako początek drogi. Pasikowski wbudował mocny temat w ramy tradycyjnego gatunku, thrillera.
Na festiwalu w Gdyni usłyszałem, że forma, którą zaproponował Władek, ma się nijak do treści, ponieważ „Pokłosie” jest w pewnym sensie filmem komercyjnym i nawet jeżeli Pasikowski opowiada o tragicznych sprawach, czyni to w konwencji tradycyjnego, teoretycznie lżejszego kina gatunkowego. Gdyby odrzeć „Pokłosie” z traumy polsko‑żydowskiej, wyszłoby czyste, gatunkowe kino. Ktoś zapytał mnie na festiwalu, czy tak wolno? Uważam, że tak trzeba, bo tylko w ten sposób możemy oswajać tabu. Dętej historycznej rozprawy nie przeczyta nikt, film zobaczą tysiące ludzi. Nie ma innej drogi żeby szersze grono ludzi zastanowiło się nad zadawnionymi grzechami, żebyśmy opowiedzieli o tym światu. Tylko to nas uleczy.

REKLAMA

Mam problem z Twoim bohaterem. Nie wierzę w jego natychmiastową przemianę, misję odkrywania prawdy za wszelką cenę.
Są takie przypadki, kiedy człowiek słyszy w sobie mocny, wewnętrzny głos, który podpowiada mu, mówiąc górnolotnie, że pewnych spraw nie wolno zostawić biegowi historii. Nie miałem z tym problemów. Ja mu uwierzyłem.
Niektórzy aktorzy obawiali się zagrania w „Pokłosiu”. Rezygnowali nawet tuż przed rozpoczęciem zdjęć. Nie miałeś żadnych oporów?
Przeciwnie, od dawna czekałem na coś takiego. Taką rolę, taki film. Temat nie był dla mnie żadnym szokiem, przecież od lat obracamy się wokół podobnych spraw w spektaklach Warlikowskiego, choćby w „ (A) polonni”. Przeczytałem scenariusz Władka kilka lat temu, kręciliśmy drugą część „Gliny”. Usłyszałem od Pasikowskiego: „Przeczytaj, i tak nigdy tego nie nakręcę, nie pozwolą mi”. Zachwyciłem się tym tekstem, do dzisiaj uważam, że to jeden z najlepszych scenariuszy, jakie kiedykolwiek miałem w rękach. Wtedy byłem za młody, żeby wziąć udział w „Pokłosiu”, zatem akurat w moim przypadku przeszkody związane z dopięciem budżetu były korzystne, ponieważ dzięki przesuwającemu się stale rozpoczęciu zdjęć dorosłem do roli Józefa Kaliny.
Pasikowski obsadził cię w tym filmie przekornie. Nie pasujesz do roli chłopa.
To było zmartwienie. Z jednej strony straszna frajda, że ktoś obdarza cię aż takim zaufaniem, z drugiej pojawiło się pytanie, jak mam zagrać małorolnego z moją aparycją, z bagażem tego wszystkiego, z czym kojarzę się ludziom? Bałem się, że kiedy zacznę wiązać snopki, widzowie wybuchną śmiechem. Pierwsze dni były stresujące. Ciągle dopytywałem Allana Starskiego, jak to wygląda. Mam nadzieję, że wyszło O.K.
Twoją filmografię otwiera mocny tytuł: dziesiąty odcinek „Dekalogu” w reżyserii wspomnianego wcześniej Kieślowskiego. Miałeś wtedy trzynaście lat.
Dla mnie Kieślowski to był po prostu wujek, ktoś bardzo bliski, najbliższy przyjaciel mojego ojca. Warto o tym pamiętać, że ojciec towarzyszył aktorsko Krzysztofowi najdłużej, grał u niego najczęściej, razem pracowali także nad scenariuszami, tato pomagał mu w pisaniu dialogów itd. Kieślowski przyjeżdżał do nas, wypalał tony papierosów, wspaniale opowiadał. Ale ten mój aktorski debiut w dziesiątym odcinku „Dekalogu” pamiętam jak przez mgłę. Ważniejsze były spotkania prywatne.
Za to dobrze brzmi w CV: „Zaczynałem u Kieślowskiego”.
I nie jest to w żaden sposób stwierdzenie naciągane.
W zeszłym roku wyreżyserowałeś dla telewizji program „Smuteczek” z piosenkami „Starszych Panów”. Nowy rozdział?
Nie, raczej nie, ale mam nadzieję, że będą kolejne takie przygody. To pierwsze doświadczenie reżyserskie w moim życiu. Myślę, że dobrze wiedziałem, czego chcę. Wystarczyło, bagatela, namówić do udziału w tym przedsięwzięciu wspaniałych artystów. Zgodzili się po znajomości.
Jesteśmy niemal rówieśnikami. Środowisko teatralno‑filmowe jest tak niewielkie, że w zawodowych sprawach obracamy się wciąż w podobnym gronie. Nasze szczęście polega również na tym, że mieliśmy szansę poznać i zaprzyjaźnić się z wielkimi postaciami, których już nie ma. Mówię o tym, bo przypomniała mi się teraz romantyczna podróż, którą odbyliśmy wspólnie z panią Marią Kornatowską.
To było stosunkowo niedawno, chyba dwa lata temu.
Pani Maria opowiadała nam cudowne historie o kinie, Nowym Jorku, o życiu. Niestety, nie ma już pani Kornatowskiej.
No widzisz, tak to właśnie jest, w tym sensie praca w filmie jest czymś błogosławionym, ponieważ zapewnia namiastkę nieśmiertelności, zostawia trwały ślad. Tego nie daje teatr. Mam wrażenie, że Warlikowski najbardziej zazdrości filmowcom, że coś po nich zostanie. Tęsknię za wieloma artystami, przyjaciółmi ojca albo moimi, którzy odeszli.
Za kim najbardziej?
Chyba za Kieślowskim. Nigdy nie wyraziłem zgody na tę śmierć, bardzo ją przeżyłem. Nawet gdyby nie kręcił więcej filmów, pozostałby autorytetem. Był wspaniałą, świetlistą postacią. Pamiętasz dokument Krzysztofa Wierzbickiego o Kieślowskim „I’m so‑so”?
„Jest mi tak sobie”.
No właśnie. Krzysztof w momencie wielkiego międzynarodowego sukcesu dostał amerykańskiego agenta. Nie mógł zrozumieć, że ten człowiek na pytanie „how are you”, odpowiadał zawsze „I’m extremaly well”. Krzysiek mówił, że bardzo go to dziwi, ponieważ nigdy nie był w stanie „extremaly well”, rzadko jest „well”. On jest „so‑so”.
A Ty?
So‑so. Jestem pogodny, optymistyczny, chyba mam poczucie humoru, ale każdy dobry żart jest przecież podszyty tragicznym oglądem świata. Stańczyk czuwa.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o