Maja Ostaszewska: Szukam, waham się, walczę…

0
103
ostaszewska2
REKLAMA

„Uwikłanie” to kryminał. Bardzo męski gatunek…
Tak, ale „Uwikłanie” jest również filmem psychologicznym. Napięcia rozgrywają się między ludźmi, nie wynikają jedynie z brawurowych scen pościgów albo strzelanin. Kryminał, nazwijmy go, chandlerowski, rządzi się swoimi prawami. Jeżeli pojawiają się kobiety, z reguły są to femmes fatale. Moja bohaterka jest inna. Zależało nam na tym, żeby w Agacie była trudno uchwytna dwoistość. Z jednej strony to typowa prokurator. Wyróżnia ją mocny, stanowczy chód, zdecydowane poglądy; z drugiej – delikatność i wrażliwość.
Rola Agaty w „Uwikłaniu” dla części widzów była zaskoczeniem. Dotychczas, przynajmniej w kinie, byłaś kojarzona głównie z eterycznymi mimozami.
Kobieta na granicy załamania nerwowego – oto ja! (śmiech). W ten sposób byłam postrzegana i obsadzana. Po „Katyniu” Andrzeja Wajdy, niezwykle zresztą dla mnie ważnym nie tylko zawodowo, ale również ludzko, przybyła mi jeszcze jedna specjalizacja – aktorki występującej w filmach wojennych. Ostaszewska: albo wariatka, albo na wojnie.
Bardzo lubię Twoją zabójczo śmieszną rólkę Lidki w „Ile waży koń trojański”.
Juliusz Machulski dał mi szansę zagrania roli stricte komediowej. Okazało się, że mnóstwo ludzi zapamiętało ten epizod.
W teatrze od początku grałaś w urozmaiconym repertuarze.
Niestety, niewielu filmowców pojawia się w teatrze. Znamienne, że niemal na wszystkich premierach widuję pana Andrzeja Wajdę, który znajduje czas i siły, żeby być na bieżąco z nowościami, widuję Krzysztofa Krauzego, Agnieszkę Holland i Magdę Łazarkiewicz, może jeszcze Michała Kwiecińskiego, ale znakomita większość reżyserów filmowych jakoś się nie spieszy.
Na szczęście moje ostatnie role są bardziej zróżnicowane. Sporą frajdę daje mi na przykład granie Beaty w popularnym serialu „Przepis na życie”. To udany projekt: świetna obsada, inteligentne dialogi, znakomity odbiór widzów.
Rozmawiamy o Twoim wizerunku aktorskim, ale przecież podobne zaszeregowanie dotyczy również Twojej osoby. Przed naszym wywiadem z przekonaniem odrzuciłem research. Nie próbowałem czytać niczego na Twój temat, wiedząc doskonale, że w każdym wywiadzie dowiem się tych samych rzeczy. Ostaszewska, wiadomo: buddyzm, wegetarianizm i znani rodzice.
Tak, ale akurat fakt, że niemal w każdym wywiadzie ze mną pojawia się temat wegetarianizmu, bardzo mnie cieszy. Jestem daleka od poczucia, że aktor ma jakąkolwiek misję do spełnienia, ale jeżeli dzięki popularności mogę zwrócić uwagę mediów, a tym samym społeczeństwa, na krzywdę, jaką wyrządza się zwierzętom, robię to z przekonaniem.
Czyli w Twoim wegetarianizmie nie chodzi o dobry wygląd, tylko stosunek do zwierząt?
Nie ironizuj. Zresztą tak naprawdę jedno wynika z drugiego. Mięso, które kupujemy w sklepach, jest niezdrowe: nafaszerowane sterydami, trujące. Zwierzęta rzeźne są przetrzymywane w nieludzkich warunkach, wariują z cierpienia. A chorując, wytwarzają toksyczne substancje, które następnie spożywamy. Znajomi pytali mnie: „Jak to możliwe, że po urodzeniu drugiego dziecka tak błyskawicznie udało ci się wrócić do dawnej figury? ”. Odpowiedź jest prosta: ponieważ jestem wegetarianką. Znasz otyłych wegetarian?
Nie zastanawiałem się. Chyba nie…

REKLAMA

No właśnie. Oczywiście, nie będziemy robić wywiadu na ten temat, ale akurat pytania dotyczące zwierząt są dla mnie istotne. Zawsze chętnie o tym rozmawiam. Inaczej z pozostałymi tematami. Scenariusz z reguły wygląda podobnie. Umawiam się na wywiad, po czym słyszę: „Właśnie przeczytałam/przeczytałem, że jest Pani buddystką”. I co z tego? Już wszystko na ten temat powiedziałam.
Jesteś popularna, ale nie plastikowa. Babskie magazyny z górnej półki nie są szczególnie zainteresowane Twoimi rolami, ale buddyzm jest trendy.
Niedzielne paplanie na ten temat nie ma żadnego sensu.
Wkurzyć Cię?
Próbuj.

Chciałbym porozmawiać o Twojej rodzinie.
Przepisz sobie z innych wywiadów.
Nie, bo zainteresowali mnie tym razem nie Twoi rodzice i rodzeństwo, ale babcia – Krystyna Ostaszewska. Była sławną aktorką.
O, akurat o babci nie opowiadałam tak wiele. Babcia jest dla mnie postacią mityczną. Zmarła, zanim się urodziłam, ale wszyscy, którzy ją znali, twierdzą, że jesteśmy do siebie podobne. Z wyglądu i temperamentu. Babcia ma ciekawy dorobek aktorski. Najpierw, obok m.in. Karola Wojtyły, była aktorką Teatru Rapsodycznego w Krakowie. Premiera pierwszego, legendarnego przedstawienia tego teatru – „Król Duch”, odbyła się w 1941 roku w jej mieszkaniu przy ulicy Komorowskiego. Późniejszy papież miał być zresztą ojcem chrzestnym mojego ojca. Tak się nie stało i może trochę szkoda – byłby to zapewne jedyny chrześniak Jana Pawła II, który został buddystą (śmiech).
Krystyna Ostaszewska aż do połowy lat 60. ubiegłego wieku była aktorskim filarem Teatru Starego. Występowała w spektaklach Zygmunta Hübnera, Konrada Swinarskiego, Jerzego Jarockiego czy Lidii Zamkow.
Część profesorów PWST, którzy znali i pamiętali babcię, mówiło mi, że jestem do niej zadziwiająco podobna.
Babci zawdzięczasz dobre, aktorskie geny, cała reszta to jednak efekt determinacji, talentu, szczęścia. Masz poczucie zawodowego spełnienia?
Spełnienie jest lenistwem, a ja ciągle szukam, waham się, walczę. Nie, nie czuję się w pełni spełniona – przeciwnie, mam wieczny niedosyt. Wydaje mi się, że jestem teraz w najlepszym zawodowo okresie. Rozpiera mnie energia. W kinie nie przekroczyłam jeszcze niebezpiecznej dla aktorek granicy, po której otrzymujemy już głównie dekoracyjne role matek, ciotek. Z drugiej strony, jestem o wiele dojrzalsza niż, powiedzmy, dziesięć lat temu. Różnica jest nieporównywalna. Chciałabym wybierać, zmagać się z rolami. Jednak nie dostaję wielu ciekawych propozycji.
Są jakieś ciekawe dla kobiet w tym kraju,?
Niewiele. Poza tym, być może niektórzy reżyserzy trochę o mnie zapomnieli. Przez ostatnie trzy lata miałam moment zawodowego wyciszenia. Na świat przyszła dwójka moich dzieci, skupiłam się na ich wychowaniu. Mniej pracowałam.
W „Przemianach” Barczyka wystąpiłaś w scenach erotycznych, które do dzisiaj są uważane za najmocniejsze w polskim kinie ostatnich lat.
Naprawdę? Ktoś prowadzi takie rankingi? Sceny erotyczne nie są łatwe, ale znam gorsze doświadczenia (śmiech). Poza tym czułam się bardzo bezpiecznie, grając z Jackiem Poniedziałkiem. Byliśmy w tym bardzo razem i bardzo fair. No i nie kochaliśmy się przecież naprawdę. To tylko warsztat. Węch, intuicja, założona organiczność. W tym zawodzie ważne jest ciągłe przypominanie o tym, że jesteśmy zwierzętami. Odwołujemy się do naszej zwierzęcości.
Odważnie powiedziane. „Jesteśmy zwierzętami” … Nie wszystkim się to spodoba.
Tak, bo „zwierzęce” kojarzy się z czymś prymitywnym, wulgarnym. Nie zgadzam się z tym. Zabijając intuicję, gubimy to, co w nas najlepsze. Żyjemy w czasach, w których zaprogramowany został prymat myślenia. Najważniejszy jest mózg. Ale wystarczy poczytać fantazje Philipa K. Dicka, żeby zrozumieć, że od tego myślenia w końcu zaczną nam pękać głowy. Według mnie rozum wcale nie jest najważniejszy, tylko szeroko pojęta duchowość. I chyba coraz więcej ludzi zaczyna uważać podobnie. Następuje kulturowe rozprężenie, coraz dotkliwiej odczuwamy potrzebę mitu, odwołujemy się do rytuału, metafizyki. W aktorstwie to kwestia podstawowa.
Jako widz, kinoman, jakie emocje cenisz najwyżej?
Wzruszenie. Są filmy, które mogłabym oglądać po sto razy. Na przykład „Co się wydarzyło w Madison Country” Eastwooda albo „Tajemnicę Brokeback Mountain”. Film Anga Lee znam właściwie na pamięć. Niedawno „Brokeback” powtarzano w telewizji. Pomyślałam: co tam, obejrzę dziesięć minut. Zostałam do końca. I znowu było to samo. Znowu ryk.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o