Marcin Hycnar: Robić teatr dla ludzi

0
359
Marcin Hycnar
REKLAMA

Dobiegł końca w miejskim teatrze pierwszy sezon pod Pana dyrekcją artystyczną. Czy wyobrażenia o pełnionej funkcji wytrzymały próbę w zetknięciu z praktyką?
Wydaje mi się, że nie miałem jakichś oczekiwań, które oderwane byłyby od rzeczywistości. Moje dotychczasowe doświadczenia teatralne sprawiły, że wyobrażałem sobie sprawowanie funkcji dyrektora artystycznego w sposób nieodbiegający od realiów. Natomiast nie ukrywam, że kilka drobnych rzeczy na etapie dyrektorowania stanowiło dla mnie pewne novum, z którym trzeba było sobie dać radę – poznać procedury załatwiania różnych spraw, nauczyć się rozmawiać z podległymi mi ludźmi, ustalić zasady współpracy z nimi. Myślę, że ten pierwszy sezon był dobrym czasem na porozumienie się z zespołem artystycznym i zespołem administracji teatru. Nie jestem więc ani rozczarowany, ani nic przesadnie mnie nie zaskoczyło, a z tym, co było nowe, poradziliśmy sobie wspólnie.
Czy udało się zrealizować wszystkie Pana artystyczne zamierzenia?
Tak. Bardzo się z tego cieszę. Jak wiadomo, już w czerwcu ubiegłego roku, kiedy obejmowałem stanowisko, ogłosiliśmy plan na cały sezon i poza małą korektą nie było w nim zmian. Ta jedna, o której wspominam, to wystawienie na Małej Scenie zamiast „Siostry mojej siostry” sztuki „Płuca” z powodów od nas niezależnych – po prostu agent autorki dramatu nagle po wielomiesięcznych staraniach odmówił nam prawa do produkcji spektaklu.
Plan był bardzo ambitny i aktorzy musieli sprostać wyzwaniu intensywnej pracy. Niektórzy wchodzili z produkcji w produkcję, nie mając przerwy między próbami. To był bardzo gorący czas także dla ekipy technicznej, a finał sezonu utrudnił nam dodatkowo remont zaplecza teatralnego. Ale jakoś się nam udało i ostatnie dwie premiery czerwcowe także odbyły się bez przeszkód.
Mieliśmy w teatrze siedem premier. Który ze spektakli uznałby Pan za wyjątkowe wydarzenie?
Jestem bardzo pozytywnie podbudowany tym, co zdarzyło się na Małej Scenie. Recital Karoliny Gibki „Bądź taka, nie bądź taka” cieszy się wśród widzów dużym powodzeniem, a był to debiut reżyserski Joanny Satanowskiej. Szczęśliwa okazała się dla nas wspomniana korekta w planach, czyli realizacja „Płuc”, powstało bowiem poruszające widowisko dające publiczności coś więcej niż tylko rozrywkę. Nasza „Ikebana” znalazła się w finale konkursu na wystawienie polskiej sztuki współczesnej, co jest niebywałym sukcesem. A ostatnia premiera na Małej Scenie, „Heroiny” Agaty Biziuk to też wydarzenie – bardzo inteligentnie wyreżyserowane przedstawienie o tematyce zdawałoby się kontrowersyjnej, bo dotyczącej praw kobiet, ale podanej z niezwykłą czułością, teatralny majstersztyk reżysersko‑aktorski.
Na Dużej Scenie z kolei staraliśmy się zbyt radykalnie nie eksperymentować, ale nie było spektaklu, który nie trzymałby poziomu. Może nie wypada mi mówić o „Porachunkach z katem”, które wyreżyserowałem, ale przyznane na Talii nagrody dla aktorów i wysoki wynik w głosowaniu publiczności świadczą o tym, że to było udane otwarcie sezonu. Następne było „Poskromienie złośnicy”. Dzisiaj otrzymałem informację, że komisja kwalifikacyjna festiwalu Szekspirowskiego wprawdzie nie zakwalifikowała spektaklu do finału w Gdańsku, ale Anna Gryszkówna otrzymała wyróżnienie za jego reżyserię. Natomiast o „Balladynie” Bożeny Suchockiej mówi się, jak słyszałem, wśród tarnowskich teatromanów, że to najlepsze przedstawienie od lat w tym teatrze. Zastanawialiśmy się, czy „Akademia Pana Kleksa” w nowoczesnym koncepcie reżyserskim Darii Kopiec nie będzie propozycją dla wąskiego grona odbiorców, ale okazało się, że przedstawienie ma zdumiewająco szeroki target – dorośli chętnie oglądają je pewnie z sentymentu do filmu sprzed lat, a młodzi widzowie zwracają uwagę na dynamikę widowiska, na jego formę i choreografię, którą można uznać za wybitną.
Nie chciałbym zabrzmieć nieskromnie, ale myślę, że to był dobry sezon.

REKLAMA

Jak dotąd proponował Pan w Tarnowie teatr wprawdzie różnorodny, bo była i klasyka, i teksty współczesne młodych autorów, był to też teatr nie zawsze dosłowny, niestroniący od skrótów odwołujących się do wyobraźni, ale równocześnie „ugrzeczniony”. W poprzednich latach zdarzały się na miejskiej scenie przedstawienia prowokacyjne, które wywoływały burze i kontrowersje, jak choćby „Gwiazda” wg Kajzara lub „Kalkstein. Czarne słońce”. Czy w przyszłym sezonie taką linię repertuarową chce Pan zachować – bezpieczną, unikającą ryzyka?
W moim prywatnym mniemaniu i jako twórcy nigdy nie należy planować skandalu u zarania, to znaczy przystępować do pracy z założeniem, żeby komuś „dowalić” czy kogoś dotknąć. I raczej staram się zapraszać tu ludzi, którzy myślą podobnie. Natomiast nie mogę się zgodzić z określeniem teatr „ugrzeczniony”, bo choć „Heroiny” nie są spektaklem obliczonym na skandal, to poruszane w nim tematy są dość odważne i trudno przewidzieć, jak zostanie przyjęty, bo dopiero zaczęliśmy go eksploatować. Myślę, że dotychczasowy dobór repertuaru był chyba jak na Tarnów dobry, nie widzę w każdym razie powodu, by robić rewolucję. Wychodzę z założenia, że trzeba robić teatr dla ludzi, a nie przeciwko nim. Zdarza się, że na „kontrowersyjnych” przedstawieniach po kilkunastu wieczorach brakuje odbiorców, a przy budżecie, który mamy, nie możemy sobie pozwolić na dokładanie do spektakli.
Jak rozumiem Pana plany artystyczne są związane z finansami i przewidywaną frekwencją…
To jest trudna sztuka oscylowania między zachowaniem ambicji artystycznych a pozyskaniem widzów. Z jednej strony musimy dbać o zachowanie płynności finansowej instytucji, a z drugiej – żeby to nie był tylko teatr lekki, łatwy i przyjemny, bo warto publiczność nakłaniać do dyskusji na różne tematy czy konfrontować młode pokolenia z nowymi realizacjami klasycznych tekstów. Każde pokolenie powinno mieć swojego „Hamleta”, swoją „Balladynę”. I tak sobie myślę, że to, co tutaj robimy, jest ważne, choć nie tak opłacalne finansowo jak wystawianie fars. Mój pierwszy sezon w tarnowskim teatrze świadczy, że ta metoda na Tarnów się sprawdza.
Czy wyniki finansowe i frekwencyjne to potwierdzają?
Tak. Mieliśmy 84% frekwencji w ciągu sezonu i wpływy w wysokości 968 tys. zł, więc prawie milion. Te dane nie obejmują dwóch spektakli, które jeszcze zagramy. Publiczności było trochę mniej niż w poprzednich sezonach – odwiedziło nas 56 tys. widzów, a we wcześniejszym sezonie było ich 58 tys. Niemniej sytuacja jest dość stabilna, a wahnięcia nie są na razie groźne, nie ma poważnego odpływu odbiorców. Ludzie po prostu z roku na rok mniej chętnie chodzą do teatru, to tendencja zauważalna nie tylko u nas.
Mijający sezon przebiegał pod hasłem „Kobiety o kobietach”. Czy każdy następny też będzie miał myśl przewodnią?
Tak się staramy. Najbliższy sezon planujemy pod hasłem „A to Polska właśnie! ”, zaczerpniętym z „Wesela” Wyspiańskiego. Chcemy przy okazji rocznicy 100‑lecia odzyskania niepodległości podzielić się z widzami tym, co w polskiej literaturze najlepsze i najciekawsze. Planujemy powrót na tarnowską scenę autorów, którzy tu dawno nie byli grani – Gombrowicza i Mrożka, oraz niegrani byli chwilę jak Fredro, autorów, których dzieła są w naszej literaturze kamieniami milowymi i którzy są rozpoznawalni także na świecie. Konkretnie przymierzamy się do „Ślubów panieńskich”, „Tanga” i „Trans‑Atlantyku”. To będą flagowe realizacje na Dużej Scenie. W ramach hasła „A to Polska właśnie” na Małej Scenie zamierzamy pokazać, jak to jest z tą Polską dzisiaj – będziemy sięgać po teksty współczesne, ale o tytułach za wcześnie mówić, bo nie jesteśmy jeszcze na tym etapie zaawansowania rozmów z reżyserami, by ujawniać szczegóły. Poza tym czeka nas wyjątkowe przedsięwzięcie w tym sezonie – będzie to koprodukcja tarnowskiego teatru z Akademią Teatralną w Warszawie. Na uroczystość rocznicy 100‑lecia odzyskania niepodległości przedstawienie wyreżyseruje Cezary Studniak, szef Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, będzie to zarazem dyplom pierwszego rocznika nowego kierunku w warszawskiej akademii – aktorstwo teatru muzycznego. Dziewiątka młodych ludzi połączy siły z piątką naszych aktorów i powstanie spektakl, który będzie grany i w Warszawie, i w Tarnowie. Tekst tego widowiska, którego tytuł pozostaje na razie tajemnicą, konstruuje dramaturg Michał Pabian, opierając się przede wszystkim na materiałach historycznych, tj. pamiętnikach i wspomnieniach z roku 1918.
Czy zamierza Pan wyreżyserować coś na scenie Solskiego w najbliższym czasie?
Myślę o tym i raczej się to zdarzy, więc mogę zdradzić, że na przyszłoroczną Talię prawdopodobnie zrealizuję z naszym zespołem „Księżniczkę na opak wywróconą” Calderona w imitacji Rymkiewicza.
A propos Talii, od niej rozpocznie się sezon. Co pokaże tarnowski teatr w tym roku na festiwalu?
„Śluby panieńskie” w reżyserii Wojciecha Malajkata. Premiera już 16 września, a później tym przedstawieniem otworzymy festiwal 21 września.
Kończąc naszą rozmowę, czego Panu życzyć na nadchodzący sezon?
Chciałbym, żeby nie było gorzej i to pod każdym względem. To znaczy, żeby nam nie ubyło widzów, żeby dotacja została przynajmniej na obecnym poziomie, bo pozwala ona jako tako przeżyć, żeby to, co już się nam udało, z powodzeniem kontynuować. Mamy trochę drobnych sukcesów, o których mówiłem, naszymi spektaklami zainteresowany jest teatr w Zabrzu, organizujący festiwal „Rzeczywistość przedstawiona” i wszystko wskazuje na to, że uda się nam tam pojechać z jednym lub dwoma przedstawieniami, więc jakoś te nasze starania są zauważane na zewnątrz. I tego bym sobie nadal życzył.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o