Marek Bukowski: Mój pociąg przyspiesza

0
116
marek-bukowski2
REKLAMA

Dlaczego w pewnym momencie zrezygnowałeś z aktorstwa? Nie dostawałeś ciekawych propozycji?
Propozycje miałem w zasadzie przez cały czas. Były różne, niektóre interesujące. Poza wywiadem, mogę wymienić tytuły kilku głośnych filmów, w których nie zagrałem, ponieważ miałem wówczas inne priorytety życiowe. Pisałem scenariusze, robiłem filmy. I ta praca absorbowała mnie w stu procentach, a nie chciałem niczego odfajkowywać, nie musiałem także występować w kinie czy w telewizji dla kasy. Zrobiłem długą przerwę. Z aktorstwa odszedłem w sposób całkowicie świadomy i w tym samym stylu wracam.
Come back zapoczątkował popularny serial „Przystań”.
Po prostu zadzwonił do mnie Filip Zylber, reżyser, którego cenię zarówno zawodowo (zrobiliśmy razem m.in. „Pożegnanie z Marią”), jak i prywatnie, i powiedział, że ma dla mnie główną rolę w nowym serialu. Propozycja była zaskakująca, ale pomyślałem – w zasadzie dlaczego nie? Może wystarczy już tego pauzowania? Wróciłem.
Warto dodać, że Filipowi Zylberowi, poza „Pożegnaniem jesieni” i serialem „Przystań”, zawdzięczasz również świetne role w Teatrze Telewizji.
Dobrze, że o tym wspominasz. Był czas, kiedy grałem w Teatrze Telewizji naprawdę dużo. Świetne spektakle, wartościowe wyzwania. Wystąpiłem m.in. w „Sercu” Amicisa w reżyserii Rolanda Rowińskiego, zagrałem tytułową rolę w głośnym „Księciu Homburgu” Kleista w reżyserii Krzysztofa Langa. Wiele razy pracowaliśmy także z Filipem. To były mądre i ważne przedstawienia: „Wilk Kazański” według Rylskiego czy „Disneyland” Dygata, literacki pierwowzór filmu „Jowita”.

REKLAMA

A jak trafiłeś na plan „Uwikłania”? Z castingu?
Nie było zdjęć próbnych. Jacek Bromski pamiętał mnie z dawnych lat, jakiś czas temu zaproponował mi rolę w swoim filmie. Nie udało się wtedy, spełniło teraz. Jestem bardzo zadowolony z efektu naszego spotkania. Lubię ten film. Ze wszystkich propozycji, które dostałem ostatnio, ta była zdecydowanie najciekawsza.
Pamiętam moment – to było gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy polskie kino nie bardzo wiedziało, co z Tobą począć. Po wspaniałych rolach w filmach Andrzeja Barańskiego traktowano Cię albo jako urodziwego modela („Wrony” Kędzierzawskiej, „Dama Kameliowa” Antczaka), albo usiłowano przebrać za gangstera („Polska śmierć” Krzystka, „Nocne graffiti” Dutkiewicza).
Teraz, zwłaszcza w serialach, jestem przebierany głównie w szaty amanta. Trudno, krawiec kraje, jak mu materii staje. Ze schematami nie wygramy. Jestem cierpliwy. Mogę jeszcze trochę poczekać na role, w których uda mi się zagrać coś nowego.
Mówiłeś wcześniej, że do aktorstwa wróciłeś w sposób świadomy. Tym razem zostaniesz na dłużej?
Mam nadzieję, ale to nie zależy tylko ode mnie. Niczego nie można być pewnym. Kiedy zadzwonił Filip Zylber, wydawało się, że jestem już na całkowitym aucie. Wprawdzie rok wcześniej dostałem ciekawą propozycję głównej roli w filmie, ale tamten projekt nie doszedł do skutku. Poza tym, Filip musiał ostro o mnie zawalczyć, przekonać producentów, że poradzę sobie w „Przystani”.
Trudno w to uwierzyć.
Jednak kilka lat minęło. Niektórzy o mnie zapomnieli. Poza tym, w pewnym momencie zmieniłem się fizycznie. Mocno przytyłem. Zrobiłem się misio. Ale już jest, mam nadzieję, w porządku.
Stanowisz teraz smaczny kąsek dla kolorowych magazynów kobiecych. Niby rozpoznawalny, ale jeszcze niezgrany i bardzo tajemniczy.
Ze mną nie będzie tak łatwo. Ciężko wyciągnąć ze mnie pikantne rzeczy. Żadnego kokietowania, skandalicznych wypowiedzi, obgadywania kolegów itd. Uchodzę za mistrza uników. Odpowiadam tyle, ile chcę.
Twój najnowszy film, „Uwikłanie” w reżyserii Jacka Bromskiego, to kryminał. Gatunek niemal nieobecny w polskim kinie.
Kiedy dziennikarze pytają mnie, z jakimi filmami można zestawić „Uwikłanie”, do głowy przychodzą głównie amerykańskie tytuły. Humphrey Bogart, facet w prochowcu, takie klimaty. W Polsce tego typu kina prawie się nie kręci.
Jak myślisz, dlaczego?
Mam wrażenie, że przyjęła się teza, że kino gatunkowe: kryminał, thriller, melodramat albo komedia, to pozycje drugorzędne. A przecież nakręcenie dobrego kryminału albo inteligentnej komedii wymaga dużego talentu. Niestety, w Polsce takich filmów się nie ceni.

Grany przez Ciebie komisarz Smolar z „Uwikłania” nie potwierdza filmowego stereotypu policjanta‑gamonia. Jest inteligentny, tajemniczy, lekko cyniczny.
W kilku wywiadach powoływałem się na Chandlera. Bo to rzeczywiście Chandlerowski bohater. Tylko czy młodemu pokoleniu cokolwiek to jeszcze mówi? W każdym razie, pracując nad rolą, starałem się nie przesadzić w żadną stronę. Łatwo było o pretensjonalność. Seksowny dymek z papieroska, wymowne spojrzenie itd. Nie mogłem na to pozwolić. Poza tym, musiałem odnieść się do aktorów, którzy mnie otaczali. A na planie „Uwikłania” pojawiła się cała plejada: Maja Ostaszewska, Krzysztof Globisz, Andrzej Seweryn, Krzysztof Pieczyński, Danuta Stenka, Krzysztof Stroiński i wielu innych. Mocne, wspaniałe osobowości aktorskie. Wiadomo było, że dadzą postaciom siłę, że zaświecą.
Moim zdaniem, na tak wspaniałym tle wypadłeś bardzo dobrze.
Chciałem być wiarygodny. Podświadomie czułem, że Smolar jest w kontrze do pozostałych bohaterów. To facet ulepiony z innej gliny. Uważam, że pomysł, żeby męską postać z powieści Zygmunta Miłoszewskiego rozbić w filmie na parę bohaterów, był świetny. Dzięki temu zabiegowi Smolar idzie swoją drogą. Jest cyniczny, zarozumiały, wie wszystko na temat funkcjonowania policji. Ale kiedy na jego drodze pojawia się grana przez Maję Ostaszewską prokurator Agata Szacka, od razu zaczyna iskrzyć.


Między Szacką a Smolarem nie ma dzikiej namiętności…
Nie są nastolatkami. Swoje przeżyli. W pewnym wieku samokontrola jest silna. Oboje tkwią w wygodnym schemacie, boją się szaleństwa. Ona jest hipokrytką wywodzącą się z wielopokoleniowej prawniczej rodziny, która w pewnym momencie wyszła za mąż, niekoniecznie z miłości. On, niby wierny sobie i nonszalancki, jest facetem rozbitym, uwikłanym w rozmaite układy osobiste i zawodowe. No właśnie: uwikłanie. Tytuł filmu trafia w sedno. Oglądamy dorosłych, inteligentnych ludzi, którzy znaleźli się w klinczu. Muszą podjąć radykalne decyzje.
W polskim kinie oglądamy z reguły wiecznie młodych chłopców i chichoczące panienki. Prawie nie ma dojrzałych kobiet i mężczyzn. Patrząc na Ciebie w „Uwikłaniu”, pomyślałem – w końcu jakiś normalny facet.
Ja tylko gram męskiego (śmiech).

Bo tak naprawdę jesteś chichoczącą dziewczynką.
Niedobrze, odkryłeś wszystkie karty…
Jesteś reżyserem, scenarzystą i producentem dwóch filmów – „Bloku.pl” z 2001 roku i „Sukcesu” z 2003. Bohaterem tego drugiego filmu był Marek, Twój rówieśnik. Mimowolnie narzucają się skojarzenia autobiograficzne.
Nie, to nie był film autobiograficzny. Mówił natomiast o moim pokoleniu. Opowiadał o dokonywaniu trudnych wyborów, wplątaniu w historię itd.
Realizacja tych tytułów kosztowała Cię mnóstwo wysiłku, było warto?
Absolutnie. Niczego nie można porównać z reżyserią. To wielka satysfakcja. Jestem szczęśliwy i dumny, że udało mi się zrobić te dwie, moim zdaniem, szczere wypowiedzi artystyczne. Praca nad „Blokiem.pl” i „Sukcesem” dała mi doświadczenie, z którego korzystam do tej pory.
Reżyseria dwóch filmów to konkret, ale co jeszcze robiłeś, kiedy nie było Cię w kinie ani w telewizji?
Zajmowałem się wieloma rzeczami. Założyłem firmę, realizowałem programy telewizyjne, reklamy, dużo pisałem, pracowałem u innych producentów. Na pewno nie zmarnowałem tych lat. Niczego nie żałuję.
A jak, z perspektywy czasu, wspominasz debiut filmowy? Rolę Admirała w cudownym „Nad rzeką, której nie ma” Andrzeja Barańskiego zagrałeś w wieku 21 lat…
Nie spotkałem jeszcze ani jednej osoby, która powiedziałaby, że ten film jej się nie podobał. Trochę mnie to peszy. Lubię niedoskonałości. Jeremy Clarkson, opisując najpiękniejszy widok na świecie, zazwyczaj skupia się na paskudnym słupie telegraficznym, psującym krajobrazową sielankę. Rozumiem faceta. Czytałem kiedyś anegdotę o Roberto Rosselinim. Oglądał z Ingrid Bergman świeżo ukończony film. „To jest idealne, perfekcyjne, bez wad” – usłyszał. Szybko pobiegł do montażowni i ciachnął gotowy materiał w trzech przypadkowych miejscach. Teraz film ma wady – powiedział. I to jest dopiero prawdziwe kino.
Ale „Nad rzeką, której nie ma” jest naprawdę filmem bez wad. Arcydzieło.
Jestem szczęściarzem, że na początku drogi spotkałem kogoś takiego jak Andrzej Barański. Utalentowanego, skromnego, dowcipnego. Nie mogłem trafić pod lepsze skrzydła.
A kim wtedy byłeś, kiedy występowałeś w „Nad rzeką, której nie ma”?
Miałem trochę ponad dwadzieścia lat. Czy byłem romantyczny? Nie wiem, byłem amebą bezkształtną.
W tym filmie wszystko wiesz, rozumiesz. Naprawdę kochasz te piękne i smutne dziewczyny, i one Ciebie kochają.
Magia kina. Współzależność intuicji, dobrej atmosfery na planie, spotkania właściwych osób w idealnym miejscu. Pamiętam doskonale plenery, nasze rozmowy, ale sam już nie wiem, ile w tym wszystkim było prawdy, a ile wmówienia…
Przypuszczalnie „Uwikłanie” będzie w Twoim przypadku początkiem nowego rozdziału kariery aktorskiej.
Nie wiem, czy tak będzie. Rynek w Polsce jest nielogiczny. Trudno wyrokować o czymkolwiek. Ale przyzwyczaiłem się do długiego dystansu. Nigdy nie miałem wrażenia, że pociąg z napisem „kariera Marka Bukowskiego” pędzi jak szalony. Czasami trochę pojechał, potem zatrzymał się na kilku stacyjkach, ruszył znowu i ponownie się zatrzymał. Wszystko odbywa się rytmem szarpanym.
Teraz Twój pociąg zdecydowanie przyspiesza.
Zobaczymy, gdzie tym razem dojedzie.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o